Izrael: Lotniskowe procedury bezpieczeństwa

Dzień 2, 19.11.2017, cz. 3/3

Kontrole na lotniskach Izraela owiane są już wręcz legendarną sławą. Przy okazji poprzedniego pobytu w tym kraju naczytaliśmy się i nasłuchaliśmy całej masy opowieści o tym, jak to wygląda przekraczanie granicy. Szczególnie w drodze powrotnej. Wtedy nam się upiekło – nie możemy mówić o żadnej uciążliwości podczas wjazdu czy wyjazdu z kraju. Wszystko poszło zadziwiająco szybko i sprawnie. Tym razem jednak tego szczęścia nie mieliśmy i na własnej skórze przekonaliśmy się, co to znaczy trafić na izraelskie procedury bezpieczeństwa.

Po oddaniu auta pędem udaliśmy się na dworzec autobusowy – na szczęście mieliśmy blisko. Ciągle powtarzano nam, że należy być na przystanku już 20 min. wcześniej, a nas dzieliło od odjazdu raptem 15 min. Niby różnica niewielka, ale w końcu w Izraelu lepiej trzymać się zasad. Jak jednak okazało się w tym przypadku, nie było potrzeby, żeby się tak spieszyć, bo autobusu nie było nawet o planowanej godzinie odjazdu. Podstawił się z 15 min. opóźnieniem, częściowo załadowany. Jak tylko kierowca otworzył drzwi, zaczęła się jazda. Tłum tak napierał, że dosłownie zostaliśmy wciśnięci do środka. Dobrze, że mieliśmy już odliczoną kwotę na bilety (21,5 NIS od osoby – ok. 23 zł). Zajęliśmy miejsca siedzące i obserwowaliśmy sytuację. Wiadomo było, że wszyscy się nie zmieszczą, ale i tak każdy pchał się na tyle, na ile się tylko dało. Kierowca w końcu zirytował się i gdy autobus się zapełnił, rozkazał reszcie czekać na następny, który zaraz miał podjechać. Ale do środka i tak władowało się więcej osób niż było miejsc siedzących, natomiast na przystanku została garstka. Gdy w końcu ruszyliśmy, było już tak ciemno, że nie dało rady obserwować okolicy. Większość pasażerów szybko ucichła i przysnęła.

Obudziliśmy się dopiero przed lotniskiem. Ustawiając się w kolejce sądziliśmy, że uda się nam przebrnąć przez procedury tak szybko, jak miało to miejsce 3 lata wstecz w Tel Awiwie, ale nie mogliśmy się bardziej mylić.

Kontrola nr 1

Przed kolejką ustawione zostały metalowe stoły, za którymi stali pracownicy lotniska. Pierwsze skojarzenie – jak w więzieniu albo w… prosektorium. Do każdej osoby puszczano 1-2 pasażerów – pierwsza kontrola. Już po twarzach tych osób widać było, do kogo lepiej nie trafić. Mieliśmy pecha, trafiliśmy do takiej służbistki, która po sprawdzeniu naszych paszportów i zadaniu kilku pytań szybko się zirytowała. Nic nie poradzę na to, że nie mogłam zrozumieć, co mówi. Jej angielski może był bogaty w słowa, ale ich zrozumienie przy tragicznym akcencie stanowiło w panującym tam hałasie znaczny problem. Dobrze usłyszałam tylko cztery pytania – ile razy (w całym życiu) i kiedy byliśmy w Jordanii (no tak, pieczątki z kwietnia…), kim dla siebie jesteśmy, kto pakował plecaki i czy były one z nami cały czas. Po tym, jak się zdenerwowała, dalsze pytania wskazywała nam na kartce leżącej na stole. Pytania były… po polsku. Nie można było tak od razu? Czy ktoś nam coś dał w Izraelu, czy mamy ostre narzędzia, ile mamy ze sobą bagaży itp. Nie pamiętam już, ile było tych pytań na kartce, ale na pewno mniej niż 10. Okazaliśmy plecaki, do których przykleiła wydrukowane w międzyczasie taśmy, a na paszporty nakleiła kody kreskowe z nic nie mówiącymi nam numerami. Ponoć im niższa cyfra na początku, tym mniejsze potencjalne zagrożenie się stanowi – czyli znowu było nieźle. Pierwsza kontrola z głowy, bez grzebania wewnątrz plecaków.

Kontrola nr 2

Druga kontrola polegała na przepuszczeniu przez wielkie skanery wszystkich bagaży, do których wcześniej przyczepiono wspomniane taśmy. Zeskanowano w tym miejscu numer na naklejce przytroczonej do naszych plecaków. Mężczyzna sprawdzający na monitorze zawartość pakunków kierował osoby do różnych kolejek. Ci, którzy dostali od niego kolejną taśmę-naklejkę, mogli iść dalej (naprawdę nieliczni). Nas zatrzymał mówiąc, że nie jest ok. Kazał nam stanąć w pierwszej kolejce i tyle. Próbowałam go dopytać, na co czekamy, jak długo to potrwa, czy ktoś do nas przyjdzie, ale jedynie na odczepne odpowiadał, że mamy czekać i tak, ktoś przyjdzie. No to czekaliśmy. Jak byliśmy bliżej początku w poprzedniej kolejce, tak tutaj rzędy obok pustoszały. Za to nasza kolejka nieco się wydłużyła. Gdy już praktycznie wszyscy inni zostali skontrolowani, przyszła kolej na nasz ogonek.

Kontrola nr 3

Zostaliśmy poproszeni do ostatniego stoiska. Tym razem mieliśmy więcej szczęścia. Trafiliśmy na całkiem sympatycznego chłopaka, który przeszukał mój plecak, bo to właśnie z nim było coś nie tak. Przez głowę przelatywało mi wszystko, co tylko mieliśmy wewnątrz. Jedzenie? Nie, to można. Woda? Wypita, reszta wylana. Zresztą to jeszcze nie ta kontrola. O zgrozo… a może na plaży zaplątał mi się jakiś koralowiec?! Niby robiłam im zdjęcia, ale wiedząc, że jest zakaz, żadnego specjalnie do środka nie wrzuciłam. Ale co jeśli jakiś przyczepił się do ręcznika albo do bluzki? Zaraz jednak okazało się, że to nie to. Mężczyzna przeglądał kieszeń po kieszeni. Jak chciałam mu pomóc i przytrzymać plecak, mówił, że sobie poradzi. Czyli nie wolno. W końcu znalazł to, co go interesowało. Zawiniątko na dnie plecaka. Szybko załapałam. Była to… torba z naszymi mokrymi kostiumami kąpielowymi. Z lekkim obrzydzeniem przed oślizgłą i zimną torbą wyciągnął ją, ale już do wnętrza nie zajrzał. Cała nasza trójka się roześmiała. Męża plecaka nie oglądał, puścił nas dalej.

Kontrola nr 4

Tu poszło szybko – kontrola karty pokładowej. Skanowanie bez kolejki (no tak, prawie wszyscy już nas dawno ominęli) i po sprawie. Przy poprzednich to nawet trudno nazwać to kontrolą. Mogliśmy ustawić się do czwartej kontroli… bagażu.

Kontrola nr 5

Tym razem była to właściwa kontrola bezpieczeństwa. Kolejka szła w typowo ślimaczym tempie. Druga jakoś szybciej się uwijała, ale w końcu przyszła i na nas pora. Laptop, aparat, kosmetyki na wierzch. Zapomniałam o pasku, ale bramka do wykrywania metalu nawet na niego nie zareagowała. Nie zwrócono na nas żadnej uwagi, więc zebraliśmy rzeczy i przeszliśmy do… kontroli paszportowej.

Kontrola nr 6

Należało przekazać pracownikowi lotniska paszport i niebieską karteczkę, którą otrzymaliśmy na wjeździe. Mężczyzna skanował dokumenty w jakiejś maszynie, która w zamian wypluwała różową karteczkę znaczącą, że można opuścić Izrael. Kobieta przede mną miała jakiś problem – maszyna wyświetliła jej twarz próbując może dopasować rysy do zdjęcia w dokumencie, ale coś nie poszło. Polkę skierowano zaraz do kolejnej kontroli paszportowej, tym razem w okienku. I to był prawie koniec.

Godzinę zmarnowaliśmy na te wszystkie procedury! Jeszcze zrozumiałabym to, gdyby chodziło o wjazd do Izraela, ale na wyjeździe? Dla nas skończyło się na 6 kontrolach, dla wspomnianej kobiety – na 7. No i trzeba oczywiście dodać jeszcze kontrolę karty pokładowej przed wejściem pod bramkę, ale tego już nie liczę. I tu przynajmniej można było schować paszporty. Ale tak naprawdę może być jeszcze jedna, ósma kontrola polegająca na omieceniu butów jakimś przyrządem, który później wkładany jest do maszyny – sprawdzana jest w ten sposób obecność materiałów wybuchowych. Skoro nas to ominęło, to może aż tak podejrzanie nie wyglądaliśmy.

Szok cenowy

Na lotnisku w Ovdzie jest kilka sklepów, ale z każdego z nich wychodziliśmy zszokowani cenami. Wiadomo – Izrael jest drogi, ale te sklepiki reprezentowały kosmiczny poziom cen. Chcieliśmy przywieźć sobie z tego regionu tradycyjnie już syrop daktylowy, ale jak zobaczyliśmy jego koszt, szczęki nam opadły. Gdy identyczny, tyle że wyprodukowany w Iraku syrop kupowaliśmy w Jordanii, płaciliśmy za niego 1 JOD (niecałe 6 zł). W terminalu zażyczono sobie… 45 NIS. To koło 50 zł za jedną małą butelkę! Podziękowaliśmy – w Polsce taki syrop można kupić za maksymalnie kilkanaście złotych. Kupiliśmy jedynie colę do samolotu – 13 NIS (prawie 14 zł za 0,5 l). Później jednak zorientowaliśmy się, że obok toalet można napełnić butelki zimną wodą. Cała wykładzina dookoła maszyny była zalana. Chwilę posiedzieliśmy i zaraz zaczęto nas wpuszczać pod bramkę. Bramek było… dwie. Powstało takie zamieszanie, że nawet niespecjalnie uniknęliśmy kontroli rozmiaru bagażu (kontrola nr 9!!!) – i tak mieliśmy plecaki w dozwolonych wymiarach. Siedliśmy sobie na krzesłach czekając na to, aż wpuszczą nas do samolotu. Tym razem Ryanair jednak nie popisał się punktualnością, którą tak się chwali. Gdy przyszła godzina odlotu – 20:45, my nadal byliśmy w terminalu bez żadnej informacji. Dopiero wtedy na płycie lotniska pojawił się samolot, z którego po chwili zaczęli wysiadać pasażerowie z Warszawy. Zeszło się trochę czasu. Startowaliśmy z godzinnym opóźnieniem.

Szok temperaturowy i… śnieg!

W samolocie bardzo źle spałam, do tego trochę nami porzucało, ale najgorzej było przed lądowaniem. Kapitan mówił, że mamy dobre warunki do lądowania, ale nie wspomniał o bardzo nisko zawieszonych chmurach, które to lądowanie odrobinę utrudniły. Kilka razy solidnie nami potrząsnęło, ale wylądowaliśmy – zamiast 00:10, było już koło 00:40. Wyjście na płytę lotniska było mało przyjemne – zmarzłam natychmiast. Zanim przeszliśmy kontrolę paszportową, minęło pół godziny. Gdy czekaliśmy na busa mającego zawieźć nas do naszego samochodu, zaczął padać śnieg. I pomyśleć, że jeszcze kilka godzin temu byliśmy w cieplarnianych warunkach i 27 stopniach! Pilot mówił, że na miejscu oczekiwana jest temperatura wynosząca 3 stopnie Celsjusza, ale pomylił się – w samochodzie pokazało nam 1 stopień… Czyli mieliśmy 26 stopni różnicy. W końcu wsiedliśmy do auta i na równą 3:00 byliśmy w domu. Rozpakowaliśmy tylko to, co mokre i zaraz położyliśmy się spać. Byliśmy wyczerpani, ale szczęśliwi, bo Izrael po raz kolejny nas nie zawiódł (tutaj pominę tylko temat przeprowadzania kontroli). I pomyśleć, że przy drugiej kontroli bagażu była wywieszona tabliczka z hasłem w stylu „Ejlat to twój dom”. Taaa… domowników ani gości się tak nie traktuje…

Izrael: Timna Park

Powiązane wpisy

21 Comments

  1. Magdalena Brudniak

    I dlatego, na skutek kontroli w Ovdzie, moja noga w tym kraju już nie stanie :)

    Odpowiedz
  2. Olka

    Te kontrole to rzeczywiście mają bardzo drobiazgowe. Z jednej strony pewnie można ich zrozumieć, z drugiej to swoista strata czasu dla tych, którzy wpadają do Izraela tylko na chwilę. No ale…jak mus to mus.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      O ile fakt przeprowadzania takich kontroli w państwie takim jak Izrael jeszcze rozumiem, o tyle nie potrafię zrozumieć, dlaczego mają one miejsce tylko na wyjeździe, a nie na wjeździe do kraju :)

      Odpowiedz
  3. Marta

    Wybacz droga autorko, że zapytam, ale jak często latasz samolotami? Powiedz mi, czy naprawdę Twoim zdaniem sprawdzanie wielkości bagażu przez pracownika linii lotniczej jest „kontrolą”? W Izraelu byłam i w Tel Avivie przeszłam naprawdę niefajną i dokładną kontrolę bezpieczeństwa – ale to było uzasadnione bo znaleźli przy mnie bilet autobusowy z Palestyny a mój chłopak nie wspomniał że tam byliśmy. Poza tym – tak, potrzeba więcej czasu i cierpliwości przy wjeździe i wyjeździe z Izraela. Ale to wszystko jest uzasadnione i zdecydowanie nie obejmuje 9 kontroli – to jest już szukanie afery tam gdzie jej nie ma, nazywanie kontrolą czegoś co ZAWSZE występuje na lotnisku. Natomiast obecność materiałów wybuchowych sprawdzana jest na chybił trafił na każdym europejskim lotnisku, mi samej kilka razy się to przytrafiło.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Wybacz droga Marto, ale cały powyższy tekst dotyczy standardowej procedury, nie zaś wyjątkowych sytuacji, gdy wyjdzie na jaw, że coś się zataiło lub zapomniało powiedzieć. Co do tego, że wjazd i wyjazd z Izraela wymaga cierpliwości zgodzę się, ale na pewno nie zgodzę się, że sprawdzanie rozmiaru bagażu nie jest kontrolą. Jest to jak najbardziej kontrola, na dodatek NIE odbywająca się standardowo. Tak naprawdę tej kontroli poddana byłam może ze trzy razy na ponad 100 lotów, które do tej pory odbyłam. Nie każda osoba poddana jest sprawdzaniu wymiarów bagażu podręcznego, zdarza się, że w ogóle nie jest to kontrolowane. W Ovdzie wszystkie plecaki i walizki miały wylądować w koszu pomiarowym, ale niewielka część osób ominęła to w wyniku ogromnego zamieszania. W tekście nie piszę, że jest to też kontrola charakterystyczna jedynie dla Izraela, podobnie ze sprawdzeniem pasażera pod kątem obecności materiałów wybuchowych. To, że materiały wybuchowe sprawdzane są wyrywkowo i na innych lotniskach, nie oznacza, że nie można liczyć tego jako kontroli w Izraelu. Czyli liczba 8-9 kontroli, przez które standardowo przechodzi się na lotnisku w Ovdzie, jest jak najbardziej rzeczywista. Dokładnie opisuję cały proces – są osoby, które mogą nie mieć o nim żadnego pojęcia, sama dzięki podobnym informacjom wiedziałam przy pierwszym locie do Izraela czego się można spodziewać w tym kraju. Chyba warto wiedzieć, co będzie nas czekać krok po kroku? Eliminuje to sporo nerwów na miejscu.

      Odpowiedz
  4. Aleksandra Protasewicz

    Co do punktualności to w Rayanair to chyba standard ostatnio. Takie same opóźnienie mieliśmy ostatnio na trasie Gdańsk-Londyn.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Nie dość, że tyle lotów naodwoływali, to jeszcze teraz inne opóźniają. A tak się chwalili tą punktualnością…

      Odpowiedz
  5. Popstrykane

    a już myślałem, że o tym zapomnę :) „dwóch chłopaków i jeden bagaż? ale jak to! na pewno macie w bagażu coś co moze zakłócić przebieg lotu!”

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Taaa… z tym jednym plecakiem stanowiliście przecież zagrożenie o randzie światowej ;) Jednego nie rozumiem – kontrolują tak bardzo tych, co opuszczają Izrael, ale wpuszczają wszystkich jak leci zadając jedynie kilka pytań, na które przecież jakby się chciało, to da się skłamać

      Odpowiedz
  6. Magda K.

    Tak czytam o tym Izraelu i mam ogromną ochotę się tam wybrać (zależy mi na Jerozolimie, Betlejem i Nazaret:) Myślałam o Nowym Roku w Tel Awiwie, ale… Mam świeżutki paszport (w marcu wydany ;)) niby karteczki wizowe dają ale… Dwa mąż jest Turkiem i tu obawiam się, że moglibyśmy mieć dość długie kontrole :D Jednak nie mówię „nie” i kiedyś tam zawitamy :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Warto! Ale rzeczywiście w takiej sytuacji mogą trochę utrudnić albo przynajmniej bardziej uprzykrzyć wjazd i wyjazd z kraju. W Betlejem nie byliśmy, Nazaret naszym zdaniem jest taki sobie, ale Jerozolima… Nie wolno jej pominąć! :)

      Odpowiedz
  7. Edyta | SimplyHappy

    Dobrze wiedzieć takie rzeczy przed wyjazdem do Izraela, żeby później nie było niespodzianki. Będę pamiętać o tym na przyszłość :) Nawet myśleliśmy chwilę o Izraelu w tym miesiącu, bo były super promocje lotnicze, jednak wygrał Marrakesz :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Zakochałam się w Marrakeszu! Kilka lat od naszej podróży w tamte strony minęło, ale mam nadzieję, że miasto się przez ten czas nie zmieniło :)

      Odpowiedz
  8. Michał Kepke

    mnie pytali czy nikt mi nie dał bomby do przewiezienia myślałem ze się zleje ze smiechu

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Serio? No tak bezpośrednich pytań to nam nie zadawali – może doszli do wniosku, że wypada zachować jednak ciut powagi, w końcu po takim pytaniu można nie wytrzymać…

      Odpowiedz
  9. Olga

    Wow! ile kontroli!! Ja byłam w Izraelu 20 lat temu i nie pamiętam takich procedur ;)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Na lotnisku w Tel Awiwie 3 lata temu było właśnie zupełnie inaczej – szybko, bez problemu. Dochodzą mnie głosy, że tam wciąż tak jest. Widocznie tylko w Ovdzie tak trzepią ;)

      Odpowiedz
  10. Damian

    Przebijanie przez tyle kontroli prawdopodobnie doprowadziłoby mnie do skraju wytrzymałości. Niby bezpieczeństwa nigdy za wiele, ale co za dużo to też wiadomo… ;)

    Pozdrawiam,
    D

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Swoje trzeba tam niestety odstać ;)

      Odpowiedz
  11. Kasia Pustelny-Szewczyk

    Zastanawiam się czy ma jakieś znaczenie, jaki kolor naklejek z kodem kreskowym się dostaje. My mieliśmy białą i wszystko trwało nie więcej niż 5 min ;) Ale to było lotnisko w Tel Avivie… Na Eljat chyba muszę się przygotować psychicznie na wszystko :) Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Hmmm… przyznam szczerze, że co do koloru to nie mam pojęcia. Pamiętam, że 3 lata wcześniej w Tel Awiwie wszyscy chyba dostawali żółte naklejki – jedni szli szybciej, drudzy trochę wolniej. W Ovdzie też widziałam tylko żółty kolor, ale może coś przeoczyłam ;) Ponoć różnicę robi cyfra, która znajduje się na tych naklejkach jako pierwsza – im niższy numer, tym mniejszym jest się zagrożeniem. My mieliśmy 2 – czyli teoretycznie nie jesteśmy groźni, ale mimo wszystko z tą jedną kolejką dali nam popalić…

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close