Izrael: Powrót i podsumowanie

15.07.2014: NAZARET – KAFARNAUM – LOTNISKO BEN GURIONA

Tak jak pisałam w poprzednim poście, na powrót woleliśmy mieć więcej czasu. I to był dobry pomysł. Na trasie trafiliśmy na korki, ponieważ ze względu na liczne budowy nowych dróg, nie można było wyprzedzać spowalniających ruch ciężarówek. Do tego sami nie do końca mogliśmy wykorzystać niektóre możliwości na wyprzedzenie, bo nasz samochód był najzwyczajniej w świecie za słaby. Zanim zdołał się rozpędzić, trzeba było chować się już za samochodem, który chciało się wyprzedzić…

Skoro o drodze powrotnej piszę, to wspomnę w tym miejscu że ogółem stan dróg w Izraelu jest dobry.
Z Nazaretu trafiliśmy na autostradę nr 6 – chyba jedyną płatną autostradę w tym kraju.

IS_DSC_0133fot. Tak mniej więcej wyglądają drogi w Izraelu

Na autostradzie nie ma żadnych bramek i nie potrzeba winietek. Przy wjeździe na płatne odcinki skanowane są rejestracje każdego przejeżdżającego samochodu, następnie informacja o przejeździe drogą płatną przychodzi na maila i pobierana jest opłata. W przypadku wypożyczonego samochodu, informacja ta trafia do biura wypożyczalni i wypożyczalnia ściąga automatycznie odpowiednią kwotę z karty kredytowej (z zablokowanej na karcie kaucji- nam zablokowali chyba coś ok. 700 dolarów).

Wracając do opisu naszego powrotu… W drodze na lotnisko widzieliśmy kilkanaście czołgów przewożonych na lawetach w kierunku Tel Awiwu. Po 10 wyprzedzonym czołgu przestaliśmy liczyć. Przez cały wyjazd widzieliśmy mniej czołgów niż tego ostatniego dnia. Widać było, że wojsko izraelskie szykuje się do ataku lądowego. W kierunku północnym jechały same puste lawety, zapewne po kolejne transporty wojskowe. Jeszcze w samochodzie stwierdziłam, że góra jeden lub dwa dni i czołgi wjadą do Strefy Gazy. Niestety nie pomyliłam się – drugiego dnia po naszym powrocie dotarły do nas informacje o rozpoczęciu operacji lądowej.

IS_DSC_0439fot. Wojskowy transport zmierzający w kierunku Tel Awiwu

IS_DSC_0450fot. Jeden z wielu widzianych przez nas czołgów

Na lotnisko dotarliśmy ze sporym zapasem czasowym. Tuż przed wjazdem na teren lotniska jest stacja benzynowa, dlatego nie ma problemu z oddaniem zatankowanego samochodu. Co prawda o dziwo obsługa niezbyt znała angielski, ale dało się jakoś dogadać. Przed wjazdem na lotnisko stoją żołnierze i pytają o lot – dokąd i kiedy. Przy okazji dopytałam, gdzie możemy zwrócić samochód, ale jak się chwilę później okazało, pytanie było zbędne, ponieważ na terenie lotniska są bardzo dobre oznaczenia kierujące do miejsca zwrotów wszystkich wypożyczalni.

Jako że mieliśmy sporo czasu nie spieszyliśmy się. Spokojnie wyciągnęliśmy z auta wszystkie nasze rzeczy i udaliśmy się do biura wypożyczalni Thrifty. Wszystko poszło szybko i sprawnie. Obejrzeli samochód, czy przypadkiem nie powstały jakieś nowe zniszczenia, spisali licznik i tyle. Jako jedyni wsiedliśmy do podstawionego w międzyczasie busa i pojechaliśmy do terminala nr 3.

IS_DSC_0491fot. Bus i wypożyczalnia Thrifty

Standardowo odprawa lotów Wizzaira odbywa się w terminalu nr 1, ale w związku z atakami rakietowymi terminal ten został zamknięty a wszystkie loty międzynarodowe przejął terminal nr 3. Nam to było bez różnicy, ale np. kierowca busa o niczym nie wiedział. Zapytał tylko, dokąd lecimy. Gdyby nie to, że wiedzieliśmy wcześniej ze strony Wizzaira, że loty zostały przeniesione na terminal 3, wywiózłby nas na terminal 1… Gdy wysiadaliśmy stwierdził tylko, że jeżeli się nam coś pomyliło i nasz lot jest jednak z terminala nr 1, to za kilka minut będzie kolejny bus i może nas zabrać na terminal nr 1.

W terminalu 3 okazało się, że nic się nam nie pomyliło i faktycznie nasza odprawa odbywa się w tym miejscu. Zjechaliśmy na niższe piętro i ustawiliśmy się w ogonku do odprawy. Jednak po pewnym czasie oczekiwania, zauważyliśmy, że niektórzy mają jakieś naklejki na paszportach i walizkach. Po krótkiej rozmowie z dziewczyną przed nami okazało się, że przed odprawą trzeba podejść do dodatkowej kontroli. Nikt nas wcześniej nie zatrzymał i nie powiadomił o tym, więc musieliśmy się wrócić. Trafiliśmy na niezbyt miłą i bardzo podejrzliwą dziewczynę, która dopytywała po co byliśmy, dokąd lecimy, czy mamy coś niebezpiecznego itp. Innym zadawano te same pytania, ale widać było, że były zadawane, bo takie mają procedury. Ta nasza się naprawdę wczuła. Odpowiadaliśmy na pytania, bo rozumiemy, że w związku z sytuacją w kraju i na świecie (Izrael nie jest zbyt…hmmm…lubiany), muszą mieć odpowiednie procedury bezpieczeństwa. Jako że bagaż może zostać później sprawdzony, koniecznie trzeba zdjąć z niego kłódki. Dostaliśmy swoje naklejki na paszport (nr rozpoczynający się od 2 – im wyższy numer w skali 1-6, tym większe zagrożenie może stanowić dany osobnik) i z powrotem ustawiliśmy się w kolejce. Za nami stanęło polskie małżeństwo, które podobnie jak my wcześniej nie miało naklejek. Skierowaliśmy ich do odpowiednich stanowisk i zaraz do nas wrócili. Trafili na jakąś zupełnie roztargnioną dziewczynę, bo wzięła od nich bilet i zapomniała go oddać :)

W końcu przyszła nasza kolej na odprawę bagażu. My trafiliśmy akurat do Rosjanina, ale obok niego siedział Polak :) Walizka mieściła się w limicie bagażowym więc pojechała dalej. Co się z nią później działo – nie wiemy. Sprawdzając zawartość i układ rzeczy już w Polsce, nie zauważyliśmy, żeby ktokolwiek w niej szperał. Wszystko było na swoim miejscu tak, jak zostało zapakowane. Wróciły z nami nawet zabrane z Polski dwie awaryjne konserwy ;)
Później została już tylko kontrola paszportowa i bezpieczeństwa. Obie poszły szybko. W trakcie kontroli paszportowej dostaliśmy – ponownie zamiast stempla w paszporcie – różowe karteczki uprawniające nas do opuszczenia terytorium Izraela.

Kontrola bezpieczeństwa wyglądała nieco inaczej niż na innych lotniskach, na których miałam okazję być. Tutaj wbrew pozorom nie trzeba było ściągać z siebie wszystkich przedmiotów, które potencjalnie mogłyby zapiszczeć. Np. w Europie standardem jest, że zdejmuje się pasek od spodni. Tam nie było takiej konieczności. Wystarczyło wyjąć z plecaka laptopa (żadnego innego sprzętu, nawet lustrzanki), zdjąć zegarek i przejść przez bramkę. Nic nie piszczało. Prawdopodobnie mają jakieś lepsze systemy, bo nie chce mi się wierzyć, że po prostu łagodniej podchodzą do tej kontroli. Tam to jest niemożliwe.

Pozostało jeszcze tylko zeskanowanie przy bramkach otrzymanej w trakcie kontroli paszportowej różowej karteczki i można było iść do samolotu. Mieliśmy jeszcze ponad 1,5 godz. do lotu, tak więc pokręciliśmy się trochę po sklepach. Ceny na lotnisku niestety są bardzo wysokie. Jedyne co może być interesujące, to wody toaletowe i perfumy. Co ciekawe, ceny podane są w dolarach. Ale można płacić również szeklami. Jeżeli zostanie komuś dużo izraelskiej gotówki – może ją wydać lub wymienić w kantorze.

Jeśli ktoś chciałby kupić w Izraelu humus i tahinę, a nie ma akurat ze sobą przenośnej lodówki, zakupów może dokonać w sklepie na lotnisku. Wszystkie pyszności stoją w lodówce przy wejściu. Jest tylko jeden mały problem – nazwy na produktach napisane są po hebrajsku. Mieliśmy spory kłopot z rozszyfrowaniem tych ich hieroglifów, ale na szczęście zauważył nas młody chłopak z obsługi. Zaoferował pomoc, z której chętnie skorzystaliśmy. Dokładnie wyjaśnił co gdzie stoi, na czym polega promocja łączenia produktów (kup 2 a 3 dostaniesz gratis lub 4 a 5 dostaniesz gratis) i obiecał, że w razie problemów jest do naszej dyspozycji. Chyba był do tej naszej dyspozycji ze 4 razy ;) W pewnym momencie poznane wcześniej małżeństwo pokazało nam jakiś produkt mówiąc, że to syrop z daktyli. Kupili słoiczek i poszli dalej. Chwila minęła zanim zainteresowaliśmy się półką z tymi syropami, ale tu znów mieliśmy problem z rozszyfrowaniem nazw produktów. Wspomniany już Izraelczyk ponownie wyjaśnił nam różnicę między dwoma produktami – jeden z nich faktycznie był syropem z daktyli, natomiast drugi – znaleziony przez to małżeństwo – owszem, był syropem, ale z dodatkiem daktyli. W koszyku w końcu wylądowało to pierwsze. Po zakupach i krótkim rozeznaniu się po innych sklepach poszliśmy odszukać naszą bramkę.

I tu spotkała nas niemiła niespodzianka – okazało się, że lot jest opóźniony godzinę. Finalne opóźnienie wyniosło prawie 2,5 godz…. Początkowo nie było wiadome, czemu nasz lot został opóźniony, wśród ludzi zaczęła krążyć plotka, że prawdopodobnie związane jest to z kolejnym atakiem rakietowym, który miał miejsce pół godz. wcześniej, ale na lotnisku nie wyły żadne syreny. Później okazało się, co było przyczyną. Owszem, alarm i ewakuacja były, ale… na lotnisku w Warszawie. Ktoś zostawił bez opieki kilka walizek i w związku z procedurami, cale lotnisko zostało ewakuowane. Nasz samolot musiał czekać na pasażerów i dlatego wylecieli z tak dużym opóźnieniem.

Czas opóźnienia wykorzystaliśmy na zakupy w sklepie z kosmetykami z Morza Martwego (w każdym sklepie – nie tylko na lotnisku – Izraelczycy mieli „promocję” – jeden kosmetyk był niesamowicie drogi, ale jak kupowało się do niego drugi objęty tą samą „promocją” dostawało się go gratis – dobry sposób na wyciągnięcie pieniędzy). Skusiliśmy się też na ostatnie falafele. Obsługa w punkcie z jedzeniem była tragiczna. Można określić ją jednym słowem – chaos. U jednej osoby składało się zamówienie, inna przygotowywała połowę falafela, a jeszcze inna go dokańczała. Mieliśmy pecha, bo akurat skończyły się kulki z ciecierzycy i musieliśmy zaczekać na ich dosmażenie. W międzyczasie wszyscy zapomnieli o naszym zamówieniu. Zrobione do połowy falafele leżały na ladzie i czekały na zlitowanie. Czekały, mimo że dosmażone kulki od kilku minut były gotowe. Nikt ich nie raczył zabrać. Dziewczyna, która miała dokończyć nasze zamówienie zajęła się zbieraniem kolejnych zamówień. Po dwukrotnym dopytaniu co z naszym jedzeniem, łaskawie poleciła jeszcze jakiejś innej osobie dokończyć co zaczęła… Dobrze chociaż że falafel był pyszny i chrupiący. Na dodatek był to pierwszy ciepły falafel, jaki zjedliśmy w Izraelu.

IS_6 dzień (72)fot. Falafel na lotnisku Ben Guriona

Czas mijał nam też na rozmowach z innymi oczekującymi pasażerami. Sporo rozmawialiśmy z tym małżeństwem, które stało za nami w kolejce do odprawy. Później spotkaliśmy ponownie poznanych wcześniej Marcina i Wojtka z resztą ekipy. My opowiedzieliśmy im o naszym wyjeździe, a oni zdali nam relację ze swojego. Udało im się spędzić dwa dni w Egipcie na nurkowaniu. Początkowo obawiali się, czy będą mogli wrócić ponieważ istniało ryzyko zamknięcia granicy, ale wszystko poszło według ich planu. Jak się okazało, mieliśmy w Nazarecie naprawdę dużo szczęścia. Chłopaki opowiedzieli nam, jaką oni mieli przygodę w Nazarecie po swoim przyjeździe. Tak jak my zostawili na noc samochód, a rano jak do niego wrócili, okazało się że ktoś ukradł im obie tablice rejestracyjne. Ta przygoda kosztowała ich w wypożyczalni jakieś dodatkowe 600zł. Dodatkowo dzień po naszym powrocie do Polski pojawiła się informacja, że na Nazaret spadły rakiety. Nie wiem czy były jakieś straty czy też może Żelazna Kopuła przechwyciła te rakiety, ale udało nam się uniknąć kolejnego alarmu rakietowego. Jakby tego było mało, pojawiły się również informacje o demonstracjach w tym mieście. Muszę przyznać, że w sumie nie tylko w Nazarecie mieliśmy szczęście. W ogóle cały wyjazd był pasmem tak układających się zdarzeń, że praktycznie nie poczuliśmy, że tuż obok jest wojna. Udało nam się uniknąć wszelkich demonstracji, których kilka w tym czasie w kilku izraelskich miastach było. Byliśmy świadkami tylko dwóch ataków rakietowych, mimo że każdego dnia pojawiały się informacje o kilku takich akcjach w różnych miejscach…

Wracając do opóźnionego lotu – po 2 godz. planowanego opóźnienia wreszcie pojawiła się informacja, że będą nas wpuszczać do samolotu. Standardowo wszyscy ustawili się w ogonek do bramki i czekaliśmy. Kolejne pół godziny…

Samolot był wypełniony po brzegi, chyba nie było żadnego wolnego miejsca. Do Warszawy dotarliśmy bez przygód. Przynajmniej ja o niczym nie wiem, bo ledwo pamiętam sam start. Byłam już na tyle zmęczona, że bardzo szybko usnęłam.

Po wylądowaniu na Okęciu przeszliśmy przez kontrolę paszportową i odebraliśmy bagaż. Jako że za każdym razem jak gdzieś lecę, walizka musi zostać w jakiś sposób uszkodzona, tym razem też musiało się coś stać. Na szczęście jedyną stratą był fragment jednego z suwaków, ale ze względu na porę i chęć jak najszybszego wrócenia do domu, odpuściliśmy jakiekolwiek reklamacje (tak naprawdę za każdym razem powtarzam sobie, że przy następnym uszkodzeniu złożę reklamację i za każdym razem odpuszczam…). Po wyjściu z lotniska owiał nas przyjemny chłodny wiatr. Wsiedliśmy w taksówkę i pojechaliśmy na parking firmy, w której pracuję. Tam oczekiwał nasz pozostawiony na ostatnie kilka dni samochód.
W domu wylądowaliśmy w końcu ok. 3:30. Mąż położył się spać, a ja dalej buszowałam po domu. Rozpakowałam nasz dobytek wyjazdowy i położyłam się w końcu wtedy, kiedy małżonek wstawał przed 6:00 do pracy. Wzięłam dodatkowy dzień urlopu, więc mogłam wykorzystać go na odpoczynek. I wykorzystałam ten dzień jak nigdy. Z łóżka zwlokłam się ok. 15:00, ale ciii… ;)

Wyjazd mogę podsumować jednym zdaniem – Izrael to państwo, do którego trzeba pojechać. Jest niezwykłe z kilku różnych względów. Po pierwsze – miejsca do zobaczenia. Ogromna ilość zabytków, miejsc kultu religijnego, ale także pięknych i ciekawych parków narodowych. Po drugie – ludzie. Nie spotkało nas nic przykrego ze strony obywateli tego kraju. Wręcz przeciwnie – na każdym kroku można było liczyć na ich pomoc. Po trzecie – różnorodność. Na południu byliśmy na pustyni, w centrum czuliśmy się prawie jak w Europie, a na północy – prawie jak w tropikach. A po czwarte – znajomość angielskiego. Owszem, ze trzy razy zdarzyło się, że nie było szansy się w ogóle porozumieć (np. chłopak w sklepie w Ejlacie nie rozumiał nawet słów „credit card”), ale generalnie znajomość angielskiego wśród tamtejszej społeczności jest bardzo dobra.

Jednym słowem – WARTO! Czekamy na dalszy rozwój wydarzeń w Strefie Gazy życząc niewinnym ludziom, żeby ich koszmar się wreszcie skończył.
Jeśli sytuacja powróci do normy, czyli mniej więcej będzie podobna do tej sprzed czerwca, na pewno tam jeszcze kiedyś wrócimy.

Izrael 2014: Dziennik z podróży
Izrael: Ostatni dzień

Powiązane wpisy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close