Izrael: Rafa koralowa!

12.07.2014: EJLAT – NEVE ZOHAR

Po wymeldowaniu udaliśmy się w polecane przez właściciela hotelu okolice granicy z Egiptem. Szukaliśmy plaży, gdzie na spokojnie moglibyśmy podziwiać rafę koralową. Po dojechaniu na miejsce okazało się, że plaża nie wygląda zbyt zachęcająco, ale była przynajmniej zupełnie pusta i bezpłatna.

IS_P7120991

fot. Plaża niedaleko granicy z Egiptem

IS_P7121024

Plaża jest rzut kamieniem od granicy. Może od razu na wstępnie dodam, że jest ona fragmentem rezerwatu rafy koralowej, dlatego też niszczenie rafy jest zabronione. W przypadku próby wywiezienia kawałka koralowca, mogą nas spotkać bardzo przykre konsekwencje prawne.

Niedaleko naszego miejsca stało kilka namiotów, ale chętnych do kąpieli zupełnie brakowało, nikt się nie kręcił. Tak więc szybko odszukaliśmy w walizce buty do wody i maski do snorkelingu i weszliśmy do morza. Woda była wystarczająco ciepła, żeby się zanurzyć, jednak zdecydowanie zimniejsza niż w Morzu Śródziemnym. Pierwsze kroki były bardzo trudne, ponieważ dno Morza Czerwonego w tym miejscu pokrywały kamienie, które niekiedy osuwały się spod nóg, dodatkowo niewielkie ale silne fale utrudniały utrzymanie równowagi. Już mieliśmy zrezygnować i pojechać na plażowanie w okolice granicy z Jordanią, ale jednak się zanurzyliśmy. Pierwszy raz z maską i fajką do najłatwiejszych nie należał, ale szybko nauczyłam się korzystać ze sprzętu :) Nie spodziewałam się, że pod wodą będzie tak pięknie. Pierwszy raz widziałam rafę koralową na żywo. Była mniej kolorowa i różnorodna niż rafy pokazywane na filmach przyrodniczych, ale mimo wszystko zrobiła na mnie wrażenie. Do tego ogromne bogactwo pływających dookoła różnokolorowych ryb, które w ogóle nie bały się do nas podpływać. Były zainteresowane tylko i wyłącznie poszukiwaniem pożywienia. Jedynie amfiprion zrobił się nerwowy gdy zobaczył mój czerwony aparat foto. Skończyło się na tym, że zostaliśmy w tym miejscu.

Poniżej możecie zobaczyć zdjęcia kilku widzianych przez nas gatunków:

IS_Amfiprion

Amfiprion i ukwiał

IS_Garbiki pasiaste

Garbiki pasiaste (Abudefduf saxatilis)

IS_P7120303

Sułtanka czerwonomorska (Parupeneus forsskali)

IS_P7120323

IS_P7120356

IS_P7120413

Thalassoma klunzingeri jest gatunkiem endemicznym, co oznacza, że żyje tylko w Morzu Czerwonym:

IS_P7120438

Thalassoma klunzingeri i moja stopa :) 

IS_P7120455

IS_P7120488

IS_P7120497

Ławica garbików pasiastych

IS_P7120504

Zebrasoma desjardinii

IS_P7120507

Papugoryba

IS_P7120559

Papugoryba

IS_P7120617

Papugoryba zgryzająca pokarm

IS_P7120626

Papugoryba i Zebrasoma xanthurum

IS_P7120602

Ustniczki cesarskie (Chaetodon lunula)

IS_P7120788

Sufflamen albicaudatus

IS_Rożec arabski 1

Rożec arabski (Rhinecanthus assasi)

IS_P7120395

Mała przydacznia?

IS_P7120981

Rafa widziana z powierzchni

IS_P7120217IS_P7120256IS_P7120326IS_P7120331IS_P7120436IS_P7120490IS_P7120682IS_P7120685IS_P7120699Z wody wychodziliśmy jedynie wtedy, gdy zaczynało się nam robić zimno. Przy 46 stopniach na zewnątrz musiało dziwnie wyglądać, gdy wychodziłam z wody drżąc z zimna. Upał na zewnątrz robił się dokuczliwy dopiero po dłuższej chwili (chyba że akurat zawiewał bardzo gorący wiatr).

Niestety kilkukrotnie wpadłam na korale, nogi miałam porządnie poharatane i poobijane, ale czego się nie robi dla pięknych wspomnień ;) Jednak muszę Was ostrzec – nigdy nie dotykajcie koralowców i ryb dookoła nich pływających. Przypadkiem fala rzuciła mnie na grupę korali i do tej pory odczuwam nieprzyjemności związane z tym zdarzeniem. Dotknęłam jakiegoś koralowca, który mnie naprawdę solidnie poparzył. Od tego wypadku minął już ponad tydzień, a skóra na kilku palcach w dalszym ciągu jest mocno zaczerwieniona i swędzi. Początkowo wyglądało to jak solidne poparzenie pokrzywą – pojawiły się niewielkie piekące bąble, w tej chwili bardziej przypomina to poparzenie wrzątkiem. Podobno rany po koralowcach mogą goić się nawet kilka tygodni. Uważajcie.

Początkowo woda była zupełnie przejrzysta, ale z upływem czasu pojawiało się w niej coraz więcej drobinek, dlatego po kilku godzinach zebraliśmy się do dalszej drogi.

Jeśli ktoś chciałby skorzystać z plaży z łagodnym mniej kamienistym wejściem do morza, może wybrać się w okolice oceanarium. Plaża wygląda nieźle, niestety wstęp jest płatny. W cenie można pływać wśród koralowców, do tego ma się dostęp do pełnego węzła sanitarnego (na plaży publicznej niestety odczuwa się jego brak). W tym roku łączony bilet wstępu do oceanarium i do parku rafy koralowej kosztował 104 szekle, sam park to koszt 94 szekli za osobę dorosłą (1 szekel to ok. 0,90zł). Za 35 szekli można przepłynąć się dodatkowo łodzią ze szklanym dnem. Jeśli zawitamy jeszcze kiedyś w okolice Ejlatu, może skusimy się na wstęp do oceanarium i do parku rafy. Tym razem ze względu na cenę i brak czasu odpuściliśmy.

IS_DSC_0033fot. Obserwatorium podmorskie

Z płatnych atrakcji wybraliśmy tym razem Rafę Delfinów. Sam wstęp bez dodatkowych atrakcji kosztował 64 szekle za osobę dorosłą. Drogo, ale rzadko kiedy ma się okazję obserwować delfiny w ich prawie naturalnym środowisku. Delfiny pływają w wydzielonym akwenie, ale nie ma tam żadnej tresury. Można z nimi ponurkować lub posnorklować (opłata za wstęp i wypożyczenie sprzętu jest odpowiednio wyższa). Niestety nie potrafię ani nurkować ani zbyt dobrze pływać (umiejętność pływania na plecach na niewiele by się zdała), dlatego też nie popływaliśmy z tymi pięknymi ssakami.

IS_DSC_0090

IS_DSC_0068

IS_DSC_0094fot. Delfiny potrafią też pływać w pozycji „zdechł delfin”

IS_DSC_0109

IS_DSC_0103

IS_DSC_0158

IS_DSC_0042

IS_P7121068

Obok delfinów może wypatrzeć w wodzie stadko pokaźnych rozmiarów ryb:

IS_DSC_0078

W sklepiku z pamiątkami na Rafie Delfinów wypatrzyłam pewną osobliwość – kolczyki. Nie były to zwykłe kolczyki jakich wszędzie pełno. Długo się przypatrywałam, bo nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Te były zrobione z najprawdziwszych motylich skrzydeł lub całych motyli zapakowanych w plastik… Czy ktokolwiek to kupuje? Mogłam stać się właścicielką jednej pary za jedyne 30 szekli…

IS_DSC_0179

Z Ejlatu wyruszyliśmy w poszukiwaniu czerwonego kanionu. Po przejechaniu kilku kilometrów natknęliśmy się na wojskowy posterunek kontrolny, przy którym zostaliśmy zatrzymani przez wojskowych z wielkimi karabinami. Nie dałam dojść żołnierzowi do słowa i od razu zasypałam go pytaniami o atrakcję. Mina wojskowego była bezcenna, widać było że nie wie zupełnie, o czym mówię. Szybko porozumiał się z kolegą, ale doszli do wniosku że jedynie o czym wiedzą, to park Timna. Owszem, park Timna istnieje, ale znajduje się przy innej wylotówce z Ejlatu w kierunku Morza Martwego i nie o to nam chodziło. W końcu po omówieniu różnych opcji z użyciem nawigacji samochodowej, żołnierze puścili nas wolno ze stwierdzeniem, że jak chcemy, to możemy dalej szukać tego kanionu. I że równie dobrze możemy zawrócić za kilka kilometrów, oni problemów nam nie będą robić :) Pojechaliśmy dalej, ale niestety nic nie znaleźliśmy. Mam pewne podejrzenia co do jednej drogi odchodzącej w bok od głównej, ale obawialiśmy się tam zjeżdżać wynajętym samochodem. Kanionu nie znaleźliśmy, ale widzieliśmy parę ładnych widoków. Gdy z powrotem przejeżdżaliśmy obok tego samego punktu kontrolnego, nikt nas już nie zatrzymywał. Panowie jedynie nam pomachali :)

IS_DSC_0208

IS_DSC_0223

\IS_DSC_0216fot. Granica izraelsko – egipska

IS_DSC_0229fot. Wojskowy punkt kontrolny

Wracając na trasę w kierunku Morza Martwego przejechaliśmy się po raz ostatni przez Ejlat. Jest to typowy kurort nadmorski, w którym mieszkają jedynie turyści i ludzie do ich „obsługi”. Tym bardziej zdziwiło mnie, że kilka dni po naszym wyjeździe, obok jednego z hoteli uderzyły dwie rakiety. Rannych zostało 5 osób, wybuchł pożar kilku  samochodów. Cudem nikt nie zginął. Nie wierzę, że te rakiety się jedynie zabłąkały, ponieważ wszystkie były do tej pory wysyłane na północ kraju. Zaatakowano czysto turystyczne miejsce. Między innymi dzięki temu Izrael dostał od Stanów Zjednoczonych zielone światło na wszelkie interwencje w Strefie Gazy.

Ejlat to skupisko hoteli:

IS_DSC_0182

IS_DSC_0191

IS_P7121029

Nigdy nie widziałam ciekawszych rond niż te w Ejlacie:

IS_DSC_0027

IS_DSC_0028

Jak to przystało na kurort, w mieście zbudowano bardzo duże centrum handlowe. Żeby do niego wejść, należy poddać się kontroli bezpieczeństwa podobnej do tej na lotniskach. W związku z kończącymi się szeklami, postanowiliśmy poszukać tam kantoru (zawsze wolimy mieć przy sobie trochę lokalnej waluty). Znaleźliśmy go na 1 piętrze galerii. Obowiązujący kurs w tym kantorze na dzień wymiany wynosił 3,20 szekla za 1 dolara bez dodatkowych prowizji. Zanim jednak dokonaliśmy transakcji, właściciel kantoru zapytał po krótkiej rozmowie skąd jesteśmy. Gdy dowiedział się, że przyjechaliśmy z Polski, policzył nam 3,30 szekla za 1 dolara :) Okazało się, że jego żona pochodzi ze Słowacji i w związku z tym trochę lepiej nas potraktował ;) Po dokonaniu wymiany i przeczołganiu się przez parking w panującej temperaturze (46 stopni na asfalcie odczuwa się dużo bardziej niż na plaży, a gorący wiatr wręcz parzył :/), ruszyliśmy w trasę na nocleg.

Jak tylko wyjedzie się z miasta, od razu jest się na pustyni. Jedynym zielonym akcentem są liczne gaje palm daktylowych.

IS_DSC_0321

IS_DSC_0387

IS_DSC_0437

Ale w końcu gaje palmowe się kończą i znów jedzie się drogą przez nieprzyjazną pustynię. Do naszej kolekcji zdjęć oryginalnych znaków trafiło ostrzeżenie przed jakimiś jeleniowatymi stworami:

IS_DSC_0318

IS_DSC_0350

IS_DSC_0428

IS_DSC_0430

IS_DSC_0460

Przy temperaturze utrzymującej się powyżej 40 stopni Celsjusza, jazda na rowerze po pustyni to nie lada wyczyn.

IS_DSC_0473

IS_DSC_0492

Do Morza Martwego dotarliśmy, gdy już się ściemniło. Po drodze do naszego wynajętego pokoju mijaliśmy różne fabryki.

IS_DSC_0536

Tym razem nocleg mieliśmy zarezerwowany w Neve Zohar, niewielkiej miejscowości położonej nad morzem. Mieliśmy mały problem z trafieniem, ponieważ do obiektu nie było bezpośredniego dojazdu. Zostaliśmy skierowani przez jedną z mieszkanek miasteczka do jakiegoś domu, ale tam po drobnych problemach komunikacyjnych (domofon miał humory i nie do końca chciał sprawnie działać), zostaliśmy poproszeni o chwilę cierpliwości. Właścicielka naszego domu miała za chwilę po nas przyjść. Po kilku minutach pojawiła się wraz z gromadką dzieci. Pokój okazał się bardzo przytulny i co najważniejsze wyposażony był w doskonale działający klimatyzator. Jedynym minusem były liczne komary… Po ubiciu wszystkich krwiopijców mogliśmy zająć się niespodziewaną kolacją, którą zostawiła nam bardzo sympatyczna właścicielka pochodząca ze Słowacji :) Arbuz i wino… mmmm…

IS_DSC_0539

 

PS. Jeśli rozpoznajecie jakiekolwiek gatunki ryb, których jeszcze nie podpisałam, napiszcie proszę w komentarzach ich nazwy. Żaden ze mnie rybi specjalista, a chciałabym wiedzieć, z czym się tam zetknęłam ;)

Izrael: "Masada nigdy więcej nie zostanie zdobyta"
Izrael: Maktesh Ramon i pustynia

Powiązane wpisy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close