Izrael: Timna Park

Dzień 2, 19.11.2017, cz. 2/3

Okolice Ejlatu obfitują w liczne trasy dla miłośników trekkingu – przy okazji naszego poprzedniego pobytu niewiele z nich było oznaczonych, teraz sytuacja znacząco się polepszyła. Ale jedno z miejsc, które odwiedziliśmy dopiero tym razem, było oznaczone już dawno. I co istotne – można je zwiedzać na piechotę, ale również i autem. Przenieście się ze mną do Timna Park. 

Po odwiedzinach w Czerwonym Kanionie, wzdłuż egipskiej granicy docieramy z powrotem do miasta i ok. godz. 12:00 jesteśmy już w Timna Park. W sumie w najgorszym momencie, w jakim można zwiedzać takie pustynne miejsca, jednak warto dodać, że w listopadzie temperatura nie daje aż tak w kość – 27 stopni to naprawdę przyjemna odmiana po panujących już w Polsce temperaturach w okolicy zera.

Jadąc z Ejlatu na północ, z głównej trasy należy skręcić w lewo zgodnie z brązową (wypłowiałą nieco) tablicą wskazującą Timna Park. Wąską drogą, która czasy świetności ma już trochę za sobą, dojeżdża się pod centrum wizytujących, w którym to można kupić bilety. Koszt wejściówki dla osoby dorosłej to 49 NIS, czyli ok. 52 zł. W cenie poza wstępem zawarta jest herbata oraz możliwość napełnienia buteleczek kolorowym piaskiem w oazie znajdującej się na końcu trasy. Park można zwiedzać na piechotę (wytyczone są liczne szlaki o różnym stopniu trudności), na rowerze (możliwy wynajem) oraz samochodem, co przy rozległości tego terenu jest najwygodniejszą opcją. Istotna informacja – wystarczy małe, zwykłe autko, nie ma potrzeby wynajmowania samochodu z napędem 4×4. Oglądając najważniejsze atrakcje parku przejechaliśmy łącznie jakieś 20 km.

W centrum poza kasą z biletami i małym barkiem oraz sklepikiem z pamiątkami w jednym (koszt pocztówki to 4 NIS, czyli prawie 4,5 zł!), jest też toaleta. Później z WC skorzystać można w trzech miejscach – przy skalnych łukach, przy naskalnych rysunkach (w obu tych punktach brak wody) oraz w oazie (uwaga, jest woda! ;) ).

Zaraz po zakupie biletów stojący obok strażnik parku opowiada nam, jak najlepiej przejechać trasę, co zobaczyć i ile to będzie trwało. Objazd parku ma zająć ok. 2 -2,5 godz., nam zeszło jednak nieco ponad 3 – dlaczego, o tym za chwilę. Na miejscu można zobaczyć również film o Timnie, ale my na dwa pokazy (drugi był o 15:00) niestety się spóźniamy.

Dojeżdżamy do budki strażnika, okazujemy bilety i po podniesieniu szlabanu jesteśmy już na terenie parku. Pierwszą atrakcją jest spiralna górka (Spiral Hill), a później pierwsze grzyby (Mushroom and a half) – skalna formacja w czerwonym kolorze. Piaskowiec, z którego powstały te naturalne rzeźby, zawiera zaokrąglone kamyki, które przyniosły tu z daleka starożytne strumienie. Ta ciekawa formacja stoi na bardzo starych magmowych skałach.

Następnie przejeżdżamy pod drugiego grzyba, będącego swego rodzaju wizytówką parku Timna. Obok niego zobaczyć można kilka odkopanych pozostałości m.in. warsztat oraz piec, w którym mniej więcej w XIII-XII w. p.n.e. wytapiano miedź. W resztkach pieca zauważyć można żużel. Naukowcy ocenili, że do wytopienia w takim starożytnym piecu 1 kg miedzi używano 5 kg rudy miedzi, 20 kg rudy żelaza i 50 kg węgla drzewnego. Okolica obfitowała we wszystkie niezbędne składniki. Właśnie na terenie parku Timna starożytni Egipcjanie odnaleźli wiele wieków temu złoża miedzi – w parku odkryto najstarsze kopalnie na świecie! Są tam też ruiny niewielkiej świątyni służącej prawdopodobnie pracownikom warsztatów – odnaleziono w niej pozostałości owoców, kości zwierząt i reszty glinianych naczyń.

Następnie jedziemy pod łuki skalne. Kolejne wąskie przejścia, kolejne drabinki. Na porównanie do Czerwonego Kanionu żywiołowo reaguje rodzina mijanych Polaków – rzeczywiście, przejścia prawie identyczne! Później spotkamy ich jeszcze przy Filarach Salomona. Wspinamy się i schodzimy zaraz długą drabiną i wąziuteńkim przejściem na dół. Ten skalny łuk powstał w wyniku długotrwałego wietrzenia i erozji urwiska zbudowanego z piaskowca. Skała erodowała na skutek warunków atmosferycznych szybciej w miejscach pęknięć niż na powierzchni, dlatego też gdy szczelina przeszła przez całą szerokość klifu, powstało w nim okno. Skalnym łukom mieliśmy już okazję przyjrzeć się na pustyni Wadi Rum w Jordanii, ale wciąż robią na nas wrażenie. Matka natura to niesamowita potęga! Przy łukach dostępna jest toaleta – dziura w ziemi przykryta… sedesem. Brak wody, więc niestety nie ma jak opłukać brudnych rąk służących za każdym razem za podpórkę w wąskich przejściach.

Tuż obok odkryto starożytne kopalnie miedzi – decydujemy się na przejście do nich Czerwonym Szlakiem, czyli w sumie trochę naokoło. Na szlaku jesteśmy tylko my i pojedyncza jaszczurka, która schowała się na nasz widok pod kamieniem. Niestety nie zdążyłam zrobić jej zdjęcia. Szersze, wygodne przejścia pokonujemy na zmianę z wąskimi ledwo widocznymi ścieżkami pomiędzy sporymi głazami. W jednym miejscu mam problem z pokonaniem zejścia w kolejnym kanionie. Wąsko, skała jest pochyła, mimo dobrej podeszwy przyczepiającej się do podłoża, zaczynam zjeżdżać. Ręka po styczniowym wypadku wciąż nie odzyskała pełnej sprawności, zapieram się, ale czuję, że już długo nie wytrzymam w takim zawieszeniu. Skok nie wchodzi w grę, bo z moimi kolanami na tak nierównej powierzchni może się to źle skończyć. No i jestem za niska… Na ratunek przychodzi mąż, który po prostu ściąga mnie na dół jak porządny worek kartofli :) Idziemy dalej kolejnym kanionem, w którym zaglądamy do dziur służących w różnych epokach za kopalnie miedzi. Następnie wchodzimy na końcowy odcinek, gdzie ogrodzone są główne szyby wydobywcze. Idziemy dalej, ale czujemy, że pod nami są korytarze – ewidentnie powierzchnia, po której stąpamy nie jest zbyt gruba. Może jakbyśmy podskoczyli, skała zapadłaby się pod ciężarem? Po chwili znajduję maleńką, zieloną bryłkę. I kolejną. Kolejną i znów kolejną. To miedź! W dalszym ciągu jest w tym miejscu! Nawet piasek ma lekko zielonkawe zabarwienie. Zastanawialiśmy się, czy mijana wcześniej fabryka Timna, to nie jakaś huta miedzi – w tym wypadku jest to bardzo możliwe.

Kolejne miejsce to naskalne rysunki. A raczej wyryte w kamieniu egipskie obrazki przedstawiające ludzi, zwierzęta (szczególnie występujące na tych terenach koziorożce) i rydwany. Trzeba dość mocno się przyjrzeć i użyć trochę wyobraźni, żeby zobaczyć starożytne dzieła. Kilka kroków dalej, w skalnej niszy są na szczęście kolejne – lepiej zachowane, przez co dużo lepiej widoczne.

W drodze do głównej trasy zahaczamy jeszcze o fragment pustyni, gdzie mają znajdować się skamieniałe drzewa, ale po znalezieniu jedynie kilku dziwnie wyglądających głazów, wracamy do auta. Zostawiliśmy w nim nierozsądnie wszystkie dokumenty, więc lepiej, żeby nic nie zginęło. Ludzi w parku jak na lekarstwo, ale kto wie…

Następne na liście do zobaczenia są nieziemsko wyglądające Filary Salomona utworzone z tego samego piaskowca, z którego powstał pierwszy widziany przez nas skalny grzyb oraz spiralny pagórek. Nazwa tego miejsca pochodzi od błędnej teorii, że okoliczne kopalnie powstały na polecenie króla Salomona.

Można podejść na górę – niesamowity widok roztacza się z platformy widokowej. Jest tam także wyryty w skale rysunek powstały w XII w.p.n.e. Przedstawia Ramsesa III składającego ofiarę bogini Hathor. Bogini trzyma w lewej ręce symbol płodności i życia, a pniżej obu postaci znajduje się wypisana hieroglifami inskrypcja. Naprawdę trudno było wypatrzeć ten obrazek. Staliśmy tam my, polska rodzina, którą spotkaliśmy przy skalnych łukach i jakiś mężczyzna, który rozmawiał z nami po angielsku. Polak widział rysunek niżej, jako trzy wnęki w skale. Gdy odeszli, dopiero wtedy zauważyłam, że to nie to. Właściwe postacie dało się zauważyć na płaskiej części skalnej ściany powyżej.

Z góry widać było kolejne starożytne miejsce, które dostarczyło naukowcom wielu ciekawych artefaktów z tamtych czasów. Kwadrat ogrodzony niewielkim murkiem to pozostałości świątyni wspomnianej przed chwilą Hathor – bogini będącej strażniczką górników. Było to kluczowe miejsce kultu w Timnie. Ołtarz świątyni wykuty został w skale już w czasie najwcześniejszej obecności ludzi w tym regionie.

Filary Salomona i świątynia Hathor to przedostatnie atrakcje na głównej trasie zwiedzania. Asfaltem dojeżdżamy w końcu do oazy, w której to znajduje się toaleta, restauracja oraz niewielkie jeziorko otoczone palmami. Są też punkty wody pitnej. W dość dobrze zaopatrzonym sklepiku z pamiątkami bierzemy plastikowe buteleczki (w cenie biletu wstępu) i idziemy do wiaty, w której ustawiono pojemniki z kolorowym piaskiem. Zabawa przednia dla każdego. Dzieci i dorośli grzebią w tym kolorowym pyle i usypują swoje wzory. Piaski dostępne są w kolorach żółtym, czerwonym, zielonym i czarnym. Na stanowiskach są przymocowane drucikiem łyżeczki i lejki, a w oddzielnym pojemniku – glina do zatkania dzieła. Niestety trzeba uważać, bo piasek się osypuje i wzór może się wymieszać. Po krótkiej przerwie wracamy.

Jakoś nie rwałam się do poprowadzenia naszego samochodu, wolałam skoncentrować się na zdjęciach okolicy, ale w sumie była to jedna z niewielu okazji na poprowadzenie automatu. Na zrobienie prawa jazdy zdecydowałam się niedawno, więc nie miałam jakoś nigdy okazji prowadzić samochodu z automatyczną skrzynią biegów. Ciekawe doświadczenie, szczególnie gdy zapomni się na chwilę o różnicach… Gdy tak sobie jedziemy prostą trasą, nagle widzę obok koziorożce. Chcę zrobić im zdjęcie zanim uciekną, więc dość nagle hamuję. Lewa noga automatycznie idzie na sprzędło, którego w automatach przecież nie ma… Samochód staje dęba – dobrze, że wcześniej spojrzałam, czy nikt za nami nie jedzie. Od tego momentu pamiętam już, żeby lewej nogi nie używać. A koziorożce obserwowały tę sytuację spokojnie żując jakąś zieleninę. Nie zrobiło to na nich żadnego wrażenia. Ponoć w Timnie spotkać można również i wielbłądy.

W Timnie zeszło się nam sporo czasu. Strażnik mówił, że obejrzymy wszystko w 2-2,5 godz., ale nie wziął pod uwagę, że wybierzemy się jeszcze na „spacer” czerwonym szlakiem przy skalnych łukach, co dało nam co namniej 40 min. obsuwy. Wyjeżdżamy z parku dobrze po 15:00.

Najpóźniej na 17:00 musieliśmy być pod wypożyczalnią, żeby oddać auto. Niby mieliśmy sporo czasu, ale wciąż zależało nam, żeby jeszcze rzucić okiem na rafę. I tak na naszej plaży pod egipską granicą wylądowaliśmy kilka minut po 16:00. Słońce schowało się za górami i dało się odczuć, że zrobiło się chłodniej. Wrażenie zimna potęgował wiejący od morza wiatr. Był chyba już lekki przypłwy, o brzeg rozbijały się fale. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się wejść do wody. Była lodowata! Ale w sumie Bałtyk latem nie jest cieplejszy, więc zanurzyliśmy się z maskami, żeby zobaczyć po raz ostatni ryby. Niestety było ich tym razem naprawdę niewiele. Garbiki i papugoryby gdzieś odpłynęły, widziałam jedynie może z 5 gatunków. No i skrzydlicę, która akurat urządziła sobie polowanie. Starałam się trzymać od tej ryby z daleka (może być dla człowieka niebezpieczna!), ale mimo wszystko mnie zauważyła. Nastroszyła groźnie płetwy zwracając się do mnie przodem. To był ten moment, kiedy należało się wycofać.

Gdy tak sobie spoglądaliśmy na rafę i miotały nami fale, na plaży pojawił się jakiś mężczyzna. Kręcił się koło naszych rzeczy, zbierając niby to muszelki albo kamyki spod nóg. Zaczęliśmy bacznie obserwować plecak, ale facet wciąż krążył. Trzeba było się zbierać – po pierwsze, wyglądał bardzo podejrzanie, po drugie zaczęło się nam robić znów zimno, a po trzecie – czas najwyższy był by się zbierać. W końcu było już koło 16:45. Szybki prysznic z butelkowanej słodkiej wody i przebranie się. Mężczyzna jeszcze chwilę pokręcił się przy nas zbierając coś z plaży, ale coraz bardziej się oddalał. W końcu w ogóle poszedł w stronę ulicy. Mam dziwne wrażenie, że polował na nasze rzeczy… Mogłaby wystarczyć chwila nieuwagi, a zostalibyśmy bez dokumentów i lustrzanki.

Pędem ruszyliśmy z parkingu w stronę Ejlatu. Po drodze jeszcze musieliśmy zatankować – akurat trafiła się stacja. Tyle że płatność możliwa była kartą, a nasza karta nijak nie chciała z nami akurat wtedy współpracować. Podbiegłam do sprzedawcy, który gdy tylko zorientował się, że mamy problem, odblokował nam tankowanie umożliwiając płatność gotówką. Przez cały dzień wyjeździliśmy jakieś 50 zł, a zrobiliśmy 151,2 km (przy limicie dziennym wynoszącym 250 km). Była 17:15 gdy wjechaliśmy na parking. Szybko ogarnęliśmy auto i czekaliśmy na pracownika wypożyczalni. Niestety był zajęty. 5 min. później poprosiłam go o możliwość przyspieszenia i zajęcia się nami, bo nasz autobus miał ruszyć o 17:45, a mieliśmy informację, że na przystanku należy być 20 min. wcześniej. Mężczyzna zapytał tylko, czy mieliśmy wykupione pełne ubezpieczenie – na twierdzącą odpowiedź poprosił o kluczyki i nas pożegnał. Tak szybkie załatwianie sprawy to ja lubię. No to ruszyliśmy prawie że biegiem na pobliski dworzec. Można byłoby tę relację skończyć w tym miejscu, ale jako że kontrole graniczne w Izraelu owiane są już wręcz legendarną sławą, w kolejnej części przeczytacie, jak to wyglądało w naszym przypadku. A było ciekawie…

Izrael: Lotniskowe procedury bezpieczeństwa
Izrael: Czerwony Kanion

Powiązane wpisy

11 Comments

  1. Sylwia

    Idealne miejsce na trekking! Widoki robią wrażenie, świetne zdjęcia :)

    Odpowiedz
  2. Popstrykane

    tak! ach jakże już tęsknie!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Ja też! :)

      Odpowiedz
  3. Ślōnzŏk rajzuje / Silesian travels

    Timna Park – nie pomyślałem o tym wcześniej, a będę w tych okolicach za tydzień, dzięki za cynk ;)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Polecam! I polecam również Czerwony Kanion :) http://podrozowisko.pl/azja/izrael/czerwony-kanion/

      Odpowiedz
  4. Olka

    Pod kątem możliwości trekkingowych oraz zobaczenia tych wszystkich, niesamowitych krajobrazów, Izrael coraz mocniej mnie kusi. A że tanich lotów jest coraz więcej, to kto wie?

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Warto pomyśleć o tym kierunku, szczególnie o takiej porze roku – temperatury są tam teraz bardzo przyjemne, wręcz idealne do wędrówki

      Odpowiedz
  5. Klaudia

    Izrael jest na mojej podróżniczej liście marzeń :) Może w przyszłym roku do niego zawitam? Kto wie ;) Dzięki za inspiację ;) Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Zdecydowanie polecam! Nie jest to może jeden z najtańszych kierunków, ale kraj ma tak wiele do zaoferowania, że aż szkoda byłoby go pominąć :)

      Odpowiedz
  6. Paweł

    Piękna wycieczka, wspaniałe zdjęcia, no i nie mogę się doczekać opisu kontroli granicznej :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Będzie już wkrótce ;)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close