Jordania: Samir – mieszkańcy Jordanii i ich opowieści

Samir – to właśnie ten mężczyzna wywarł na mnie największe wrażenie spośród wszystkich osób poznanych w trakcie naszego pobytu w Jordanii. Jego niesamowita charyzma jest godna podziwu tym bardziej, że nie jest to już młodzieniaszek, bowiem Samir ma… 88 lat! Zastanawialiśmy się, czy warto jechać na południe Akaby – do jedynego portowego miasta Jordanii, ale dzięki niemu już drugiego wieczora znaliśmy odpowiedź.

Dzień 9, 27.04.2017

Leniwy czwartek. Wreszcie możemy chwilę pospać. Po trwającym tydzień intensywnym zwiedzaniu, kilka najbliższych dni mamy zamiar spędzić na słodkim lenistwie. Wstajemy jak na nas późno, udajemy się na hotelowe śniadanie (chyba najsłabsze ze wszystkich do tej pory) i siedzimy sobie później przed naszym pokojem gapiąc się bezmyślnie na morze. Planowaliśmy od razu pójść na plażę, ale jest jeszcze zbyt chłodno na kąpiele. Nad wodę ruszamy dopiero 13:00. Słońce wreszcie przygrzewa, więc szybko odnajdujemy najlepsze miejsce i szykujemy się do wejścia do wody. Plaża nie zachwyca, jest nieco żwirowa i trochę brudna, ale w końcu nie dla wylegiwania się na piachu tu przyjechaliśmy. Zaczepia nas jeden z obecnych na plaży mężczyzn – chce nam wypożyczyć maski i rurki do snurkowania. Dziękujemy – zabraliśmy z Polski nasz własny sprzęt.

Rozkładamy się w cieniu jednego z parasoli znajdujących się naprzeciw naszego hotelu. Ruch na ulicy standardowo jest niewielki, a na plaży garstka ludzi. Z Europy jesteśmy jednak jedyni, więc chcąc nie chcąc wzbudzamy spore zainteresowanie. Szczególnie bacznie obserwują mnie ubrane od stóp do głów na czarno kobiety. Niestety wyczuwam od nich nie tylko ciekawość – mam wrażenie, że taksują mnie wrogimi spojrzeniami. Nie przejmując się tym jednak za bardzo zaraz wchodzimy do wody. Zimno! Woda jest lodowata. Do tego stopnia, że zastanawiamy się, czy nie odpuścić sobie tego całego plażowania i nie pójść nad hotelowy basen.

W końcu jednak dochodzimy do rafy, więc przydałoby się zanurzyć. Czeka nas niesamowity szok temperaturowy, zaraz jednak skupiamy się na rafie i szybko zapominamy o gęsiej skórce. Pierwszy rzut oka i czuję rozczarowanie. Spodziewałam się lepszych widoków, niż mieliśmy w Izraelu 3 lata wcześniej, niestety przybrzeżna rafa jest prawie martwa. W Izraelu było wtedy dużo lepiej, jednak już kilka miesięcy później przekonam się, że w naszej miejscówce z 2014 roku rafa i po izraelskiej stronie jest całkowicie zniszczona.

Wśród koralowców pływa niewiele ryb. Udało mi się zauważyć tylko może z 5 gatunków, gdy w Izraelu była ich cała masa (to na szczęście nie zmieniło się – w listopadzie po izraelskiej stronie wciąż pływa całe mnóstwo ryb). Oczywiście podkreślę raz jeszcze, że piszę tu o rafie, którą podziwiać można od strony brzegu. Nie pływam zbyt dobrze (o ile w ogóle to co robię w wodzie można nazwać pływaniem), więc nie decyduję się na eksplorowanie głębin. Na plus rafy po jordańskiej stronie przemawia dno – gdy w Izraelu przy granicy z Egiptem jest pełno kamieni, tutaj po przejściu wąskiego kamienistego pasa mamy miękki biały piasek.

Wycieczka z przewodnikiem

Zaczepia nas jakiś miły chłopaczek i woła swojego ojca. Mężczyzna, który wcześniej proponował nam sprzęt do snurkowania zabiera mojego męża na głębszą wodę. Z relacji wynika później, że rafa głębiej jest ciekawsza – w lepszym stanie i ze sporą ilością różnej wielkości ryb, ale ja na tę wycieczkę się nie decyduję. W związku z tym, że już kiedyś podtopiłam się, teraz w wodzie muszę mieć możliwość dotknięcia dna stopami. Mężczyzna namawia, ale mimo wszystko dziękuję. Jego propozycja jest bardzo kusząca, obiecuje płynąć ze mną, ale tym razem moja ciekawość nie zwycięża. Może kiedyś. Szkoda tylko że mąż nie wziął ze sobą aparatu. Pozostaje mi wierzyć na słowo, że było pięknie.

Gdy mąż pływa sobie gdzieś tam po rafie, zaczepia mnie dwóch młodych mężczyzn. Podchodzę do nich dość nieufnie, ale okazuje się, że w sumie niesłusznie. Bardzo kiepsko mówią po angielsku, ale w żaden sposób nie są natrętni. Widać, że ważą słowa, starając się mnie nie odstraszyć. Pretekstem do nawiązania kontaktu jest pożyczenie maski, którą oddał mi mąż – starszy Jordańczyk, z którym wyruszył na głębszą wodę stwierdził, że nasze maski są do niczego, oddał swoją. Rzeczywiście nasz sprzęt nie jest za specjalny, ale na tę ilość wypadów na rafę – wystarczający. Mam więc dwie maski, a panowie ani jednej. Za wypożyczenie pianki i płetw w naszym hotelu zaśpiewano nam 12 dinarów (ok. 70 zł), więc podejrzewam, że sprzęt na plaży nie jest tańszy.

Przy okazji chłopaki nie omieszkują pominąć pytania, czy mam dzieci i ile mam lat. Tyle razy już to przerabiałam, że spławiam ich mówiąc, że w kraju z którego pochodzę, kobiet o wiek się nie pyta. I wiecie co? To działa! Pytają tylko jeszcze skąd jestem i tyle. Oczywiście jak wszyscy inni w ciągu ostatnich dni mylą Poland z Holland. Mężczyzna od snurkowania tak samo. Pokazuje nam później księgi z wpisami ludzi, z którymi pływał i ciągle uparcie każe nam szukać wpisów z Holandii. Sam chyba nie umie czytać „naszych” liter. Nie pierwszy i nie drugi raz, gdy ludzie mylą te dwa kraje. Panowie chyba nawet nie mają pojęcia, że na mapie świata istnieje kraj taki jak Polska.

Gdzie jest Nemo? W Jordanii!

Gdy mąż wraca, kręcimy się jeszcze chwilę pośród zniszczonych koralowców, ale robi się coraz zimniej. Do tego stopnia, że zaczynam się trząść. Po wyjściu na brzeg natychmiast owijam się szczelnie ręcznikiem. Kobiety patrzą ze złością, mężczyźni natomiast mają rozmarzone spojrzenia… Nie ma osoby, która by się na nas nie gapiła. Niedaleko siedzi grupka chłopaków. Gdy ja podchodzę do wody opłukać maski z piachu, oni wołają mojego męża. Z odległości obserwuję sytuację. Panowie proponują wódkę (że niby Jordania to kraj muzułmański?!) i papierosy. Wołają w końcu i mnie. Mi również proponują alkohol. Zanim ruszymy z powrotem do hotelu słyszymy, że w razie jakichkolwiek kłopotów lub chociażby pytań, mamy natychmiast uderzać do nich.

Wychodząc z plaży zahaczamy o maleńki sklepik naszego rafowego przewodnika – obiecaliśmy zajrzeć. Chce nas początkowo poczęstować herbatą, ale stwierdza, że na upał lepszy będzie jednak sok z guawy prosto z lodówki. Zastanawiam się, ile będzie to nas kosztować, ale na zgodne z prawdą stwierdzenie, że zapłacimy później, bo nie mamy przy sobie pieniędzy, mężczyzna macha ręką i odpowiada, że nic nie płacimy. Uważa nas za swoich gości. Mężczyzna wyciąga przykurzone książki i zaczyna nam pokazywać wpisy osób chyba z całego świata.

Niektóre pamiątkowe teksty mają już po kilkanaście lat. Do tego pokazuje zdjęcia,  np. jak to, na którym trzyma 10 kg kalmara czy 5 kg ośmiornicę… na głowie. Są też nakręcone pod wodą filmiki. Z dumą chwali się sprzętem. Gdy pytam o cenę takiej umówionej z nim wizyty na rafie, mówi, że przyjmie tyle, ile zechcemy mu zapłacić. Nieważne czy będzie to dinar, połowa czy cokolwiek więcej… Ponoć robi to z pasji. Mimo bardzo kuszących zdjęć, nijak nie jestem w stanie samej siebie przekonać do wizyty na głębszej wodzie, ale rozumie moje obawy. Rozmawiamy z nim jeszcze chwilę i na pamiątkę zostawiamy mu chyba pierwszy wpis po polsku w jego księdze.

Jeden z piękniejszych zachodów słońca

Wracamy do hotelu. Wrzucamy na ząb pitę z hummusem, chwilę odpoczywamy w cieniu i decydujemy się wrócić na plażę. Mężczyzna w sklepiku uświadomił nam wcześniej, że kolejnego dnia – jako że będzie to piątek – na plażę przybędą tłumy. W muzułmańskich krajach piątek to odpowiednik naszej niedzieli. Niezbyt chętni jesteśmy na paradowanie w kostiumach kąpielowych przed setkami oczu, dlatego zaczynamy kombinować, co zaplanować na ten dzień.

Gdy idziemy nad morze znów spotykamy poznaną wcześniej Polkę i jej francuskiego chłopaka. Chwilę spędzamy z nimi nad basenem. Jak już docieramy na plażę, okazuje się, że na kąpiele jest już za późno. Wystarczy tylko zanurzyć stopę, żeby poczuć przeszywające zimno. W związku z tym udajemy się na krótki spacer po okolicy, a dzień kończymy przed naszym pokojem na podziwianiu zachodu słońca.

W łazience w międzyczasie znajduję… karalucha… Rozgniatam go zaraz i sprawdzam, czy na pewno zginął. Niby tak, ale gdy wracam później do łazienki, karalucha nie ma. Może go coś zeżarło? Jakiś gekon albo coś? Na pewno sam nie uciekł, bo została z niego miazga. Cuda jakieś… Wspominałam już może, że nienawidzę karaluchów?

Samir i jego historia życia

Gdy za drugim razem wchodzę do pokoju po sok, mojego męża zaczepia starszy mężczyzna – nasz sąsiad. Gdy wracam, przeprasza mnie, że głośno rozmawiają i zostawia nam torbę z solonymi pistacjami, prażoną cieciorką i jakimiś słodkimi kulkami. Do tego zaprasza jeszcze na piwo! Póki co z zaproszenia nie korzystamy. Dobrze nam tak siedzieć bezczynnie i patrzeć na morze.

Gdy z kolei mąż wchodzi na chwilę za drzwi, mężczyzna znów podchodzi mówiąc, że dziękuje nam za pomoc. Ale jaką pomoc? Okazuje się, że mąż pomógł mu w czymś rano przy śniadaniu, więc ten w podzięce podarował nam przekąskę. Raz jeszcze proponuje piwo, a gdy mąż wraca do stolika pyta, czy może się przysiąść. Początkowo niezbyt chętnie, ale zgadzamy się na towarzystwo. Sądziłam, że jest jakimś turystą, ale okazuje się, że Samir pochodzi z Ammanu – do Akaby uciekł przed żoną wraz ze swoim przyjacielem, którego żona zmarła miesiąc wcześniej. Jeżdżą tak w różne miejsca. Ostatnimi czasy samotnie spędził miesiąc w Brazylii. I to mimo wieku – ma 88 lat!

Opowiada nam pokrótce wiele detali ze swojego życia. Wspomina nawet o swoich zaręczynach – oświadczył się, gdy jego przyszła żona miała 13 lat, a on 29. Ślub wzięli 4 lata później, a 9 miesięcy później rodzi się jego pierwszy syn. Doczekał się dwóch synów i dwóch córek. Jeden z synów ma w Ammanie hotel i restaurację, do których to jesteśmy serdecznie zaproszeni przy następnej okazji. Obiecuje, że ugości nas honorowo. Coraz bardziej otwieram ze zdumienia oczy, jaki to miły i rozgadany człowiek. Na pierwszy rzut oka trudno stwierdzić, że rzeczywiście dobiega powoli 90 lat, jedynie czasami o metryce świadczy fakt, że niedosłyszy.

W pewnym momencie dziwię się na głos, że pije piwo, które przecież zabronione jest w krajach islamskich. Muzułmanie alkoholu nie piją. Co na to Samir? Muzułmanie, którzy nie piją, idą do raju. Ci którzy piją – idą do nieba. Coś czuję, że angielskie „niebo” pomyliło mu się z „piekłem”, nie drążę jednak tematu, bo nawet nie mam za bardzo możliwości – Samir bierze kolejny łyk piwa i namawia nas na coś do jedzenia. Jego znajomy spaceruje gdzieś po okolicy, więc dzwoni do niego, żeby ten przyniósł jakieś kanapki, hamburgera lub cokolwiek zdatnego do zapełnienia żołądka. Odmawiamy wielokrotnie, ale Samir jest nieugięty. Na szczęście okazuje się, że w okolicy nie ma żadnego baru ani sklepiku. Nie oznacza to jednak, że do pokoju wracamy z pustymi rękami – na pożegnanie dostajemy pomarańczę, banana i jabłko – to, co akurat ma u siebie…

Jestem w szoku. Można sądzić, że wymyślił te wszystkie historyjki na poczekaniu, ale z drugiej strony – po co miałby kłamać? Wygląda na człowieka obytego w świecie. Spędzamy z nim ponad 2 godz., które mijają tak naprawdę jak kilka minut. Słuchanie jego opowieści to czysta przyjemność!

Dzień kończę pewną refleksją. Ostatnimi czasy nie potrafię normalnie odpocząć. Ciągle muszę być gdzieś w ruchu, w biegu. Ciągle na wyjazdach coś oglądać, przemieszczać się. Wstawać rano i bardzo późno się kłaść. Teraz nagle okazuje się, że ten inny sposób spędzania czasu też nie jest taki zły. Że da się zwolnić, usiąść i popatrzeć przed siebie nie spiesząc się. Wciąż jednak mam pewny rodzaj kaca moralnego, że tracimy czas, w którym moglibyśmy zobaczyć kolejne pominięte miejsca.

Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych części relacji z Jordanii!

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Jordania: Suk w Akabie - największe rozczarowanie wyjazdu
Jordania: Wadi Rum - marsjańskie klimaty

Powiązane wpisy

Booking.com

10 Comments

  1. Zakreecona

    Nieźle, zaręczyny pomiędzy 13nastoletnią dziewczynką a 29 letnim mężczyzną? Bardzo ciekawą postacią jest Wasz rozmówca :) Lubię spotykać ludzi związanych z danym miejscem, którzy opowiadają nam swoją historię, zazwyczaj bardzo ciekawe, a często wręcz niewiarygodne.
    Pozdrawiam serdecznie!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      W Jordanii zdarzają się nawet śluby nastoletnich dziewczynek z dorosłymi mężczyznami. Byliśmy chyba raz świadkami przygotowań do takiego wesela… W tym przypadku poczekali te kilka lat, ale jak to Samir mówił – jego żona to jędza ;) Mimo tego nie chciałby jej zostawić. Miło było spędzić z nim ten wieczór i posłuchać jego historii życia :) Pozdrawiam również!

      Odpowiedz
  2. Asia

    Świetny wpis!Jordania to bardzo ciekawy kraj. My lubimy i trochę pozwiedzać i trochę poleniuchować – równowaga musi być ;)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      W moim przypadku szala przechyla się bardziej w stronę zwiedzania niż leniuchowania, ale w końcu kiedyś trzeba dać sobie chwilę luzu ;)

      Odpowiedz
  3. Ola z zachwyconanatura.pl

    Na żywo nie widziałąm jeszcze żadnej rafy, dlatego ta robi na mnie wrażenie! Kocham takie widoki! Rafy koralowe są cudne!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      O rafie wspomnę jeszcze kilka razy, więc zapraszam do kolejnych wpisów! Będzie więcej zdjęć :)

      Odpowiedz
  4. Ewelina Gac

    Zacznę od tego, że zdjęcia, jak i cała relacja jest cudowna. Co do Twojej refleksji, też tak miałam. Byłam w ciągłym pędzie i chciałam szukać, odkrywać z prędkością światła. Teraz staram się robić wzystko tak, aby mieć czas dla siebie. Wtedy podróżowanie to miłe wspomnienie i relaks. Ale to zależy od tego, czego nam w życiu potrzeba :-) pozdrowienia

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      To prawda! Do tej pory takie tempo mi nie przeszkadzało, ale widzę, że powoli się to zmienia. Jedni wolą pędzić, drudzy spokojnie odkrywać okolicę nawet tygodniami. Co kto lubi! Każdy powinien podróżować w zgodzie ze sobą :)

      Odpowiedz
  5. Bo moje życie to podróż

    Cześć Moniko. Co do Twojej refleksji końcowej – przez długi czas miałam tak samo: ciągle gdzieś na wyjazdach pędziłam, napięty program, aby jak najwięcej zobaczyć. W moim odczuciu to był błąd, gdyż zmęczenie było zbyt duże. Teraz staram się zwolnić. Zobaczyć mniej, ale bardziej komfortowe, jakościowo, skupić się na zdjęciach, cieszeniu się widokami. Praktycznie w ogóle nie zwiedzam zabytków, wolę kontakt z przyrodą i dzięki temu nasze podróże też stały się wolniejsze. Gdybym tylko mogła jeszcze podróżować w niskim sezonie. Pozdrawiam:)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Cześć Martyna, miło mi że tu zajrzałaś! :D Czy był to błąd? Na pewno nie – wychodzę z założenia, że widocznie na tamtą chwilę tego się potrzebowało :) A to, że teraz chce się zwolnić – każdy ma prawo zmienić zdanie, swoje upodobania. Jak to się mówi: tylko krowa zdania nie zmienia ;) Też ostatnio bardziej skupiamy się na przyrodniczych walorach. Zabytki i związane z nimi tłumy są coraz mniej pociągające… Ostatnimi czasy to właśnie wypoczynek na łonie natury daje nam najlepsze rezultaty – piękne krajobrazy, śpiew ptaków, podglądanie typowych dla danego miejsca zwierząt…

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close