Kambodża: Choeung Ek – pola śmierci


Dzień 12, 23.11.2016 część 1/3

Było pięknie, było magicznie, nawet wręcz bajkowo, jednak Kambodża to nie tylko cudowne zabytki i piękne krajobrazy. To także – a może nawet przede wszystkim – tragiczna, całkiem niedawna historia. Lata, w trakcie których słowa „lepsze czasy” czy „wolność” były tak odległe, tak nierealne, że mało kto w nie wierzył. Zresztą wiara ta była zabroniona. Będąc w Kambodży nie mogliśmy nie odwiedzić miejsc związanych z historią tego mocno doświadczonego kraju. 

Noc w autobusie minęła zadziwiająco szybko. Trzeba przyznać, że możliwość położenia się w środku transportu jak w hotelowym łóżku jest doskonałym rozwiązaniem. Szkoda, że zapewne z różnych względów bezpieczeństwa rozwiązanie to nie przyjmie się u nas w kraju.

Obudziłam się, gdy akurat autobus dojeżdżał do jakiegoś przystanku. Po chwili okazało się, że jest to dworzec w Phnom Penh. Nikt nas nie raczył o tym poinformować, więc wszyscy pasażerowie myśleli, że to tylko przystanek po drodze. „Dworzec” w Phnom Penh wyglądał tak samo jak ten z Siem Reap. Lokal w jednym z budynków ustawionych w rzędzie przy jakiejś główniejszej ulicy, autobusy podstawiane na drogę, kilka krzesełek dla ewentualnych oczekujących podróżnych. Jak się o tym nie wie, można zapewne mieć problem ze zlokalizowaniem przystanku. My przynajmniej byśmy raczej taki problem mieli.

Ledwo wysiedliśmy, zostaliśmy otoczeni przez chmarę kierowców tuk tuków. Ruszyliśmy przed siebie zdecydowanym krokiem z trudem przedzierając się przez chmarę ludzi dookoła. Nagabywanie przez kierowców w Siem Reap w porównaniu z tym, co czekało nas w stolicy, było niczym. Tak naprawdę nie wiedzieliśmy dokąd iść, bo nie mieliśmy żadnej rezerwacji hotelu, ale przyświecała nam tylko jedna myśl – być jak najdalej od tych nieustannych krzyków „tuk tuk sir/ madame”. Dopiero po kilkudziesięciu metrach mężczyźni odpuścili, ale wciąż musieliśmy iść dalej, ponieważ co chwila dołączał do nas kolejny kierowca usilnie namawiając nas na skorzystanie z transportu. W międzyczasie szłam z nosem wlepionym w telefon. Dzięki wykupionej na lotnisku w Siem Reap karcie SIM szybko znaleźliśmy położony niedaleko Lucky II Guesthouse – mieliśmy do przejścia niecałe 1,5 km. Z tych tańszych miejscówek był położony najbliżej. Szliśmy i szliśmy opędzając się co chwila od kolejnych i kolejnych kierowców tuk tuków. Musieliśmy zawrócić, ale żeby nie spotkać znowu tej chmary spod dworca, przeszliśmy na drugą stronę dość pustawej jeszcze o tej porze ulicy. Im bardziej natrętni byli ci kierowcy, tym bardziej mieliśmy ochotę wsiąść w którykolwiek pojazd i jechać prosto na lotnisko. Było to niesamowicie męczące i zniechęcające do jakiegokolwiek poznawania khmerskiej stolicy. Skala tego tuktukowego szaleństwa w Phnom Penh biła wszystko na głowę. Poza nachalnymi kierowcami, Phnom Penh przywitało nas syfem nie z tej ziemi, brakiem chodników, stoiskami z dziesiątkami intensywnie pachnących (wersja dla nieprzepadających za tym owocem – cuchnących) durianów oraz… Poland Republic Boulevard. Tak, tak. Zupełnie przypadkiem w drodze do naszej przyszłej kwatery trafiliśmy na bulwar Republiki Polski! Czy nie był to niesamowity zbieg okoliczności? Szczególnie na tak duże miasto?

Lucky II Guesthouse znaleźliśmy bez komplikacji. Na miejscu do wyboru mieliśmy droższe zakwaterowanie od razu lub też tańsze o kilka dolarów zameldowanie od 10:00. Była 6:00, potrzebowaliśmy się trochę ogarnąć po podróży, więc stargowaliśmy odrobinę cenę z 20$ na 18$. Szału nie ma, ale więcej niestety nie chcieli zejść – jak to stwierdził mężczyzna w recepcji: Polska to bardzo bogaty kraj, graniczymy przecież z Niemcami… Nie chcieliśmy jednak więcej szukać. Pokój był nawet przyjemny, z łazienką, internetem i klimatyzacją (bez klimy kosztował 9$, ale pamiętając upały z Bangkoku, nie chcieliśmy powtórki sauny), tyle że nie miał okna. Znaczy okno miał, ale wychodzące na jakiś półmetrowy korytarz na zewnątrz. Nie przeszkadzało nam to jednak zbytnio, bo w końcu mieliśmy tam tylko spać.

Po dłuższej chwili odpoczynku ruszyliśmy w miasto. Postanowiliśmy udać się do pałacu królewskiego. Nie mieliśmy daleko, więc zdecydowaliśmy się na spacer. Wspominałam już, że w Phnom Penh nie ma chodników? No dobra, w kilku miejscach były jakieś niewielkie wyłożone płytami chodnikowymi kawałki, ale służyły one tylko i wyłącznie za parkingi samochodów, tuk tuków lub skuterów. Niesamowicie intensywny ruch nie ułatwiał nam dostania się do celu, ale szliśmy przed siebie. O dziwo nawet jakoś nikt nas nie nagabywał. Mniej więcej w połowie drogi zatrzymaliśmy się przy obwoźnym stoisku, na którym młoda dziewczyna wyciskała grube łodygi trzciny cukrowej. Otrzymany sok sprzedawała z dodatkiem limonki. Po angielsku zupełnie nie mówiła, ale nie stanowiło to najmniejszego problemu. Pokazała nam tylko dwa kubki – mniejszy i większy, po czym za 1000 rieli (było to jedno z nielicznych miejsc, gdzie posługiwaliśmy się lokalną walutą) napełniła wybrany rozmiar. Zaraz delektowaliśmy się doskonałym, słodkim napojem. Dodatek soku z limonki delikatnie orzeźwiał przy panującym upale. Druga sprawa – kosze na śmieci. Tak w Bangkoku jak i w Phnom Penh mieliśmy z tym niemały problem. Często nie było gdzie wyrzucić śmieci, a jakoś nie potrafiliśmy wziąć przykładu z mieszkańców wyrzucając odpadki po prostu pod nogi. Trzecia sprawa – poza tym sokiem, nie widzieliśmy w okolicy żadnego ulicznego jedzenia!

Szliśmy wciąż przed siebie, aż zawędrowaliśmy pod jakiś szpital. Na bramie wisiało jakieś ogłoszenie po francusku. Nie zrozumiałam za wiele, ale wystarczyło skojarzyć dwa słowa – epidemia dengi. Jeszcze tego nam brakowało. Zaczęłam zastanawiać się, czy któryś z tych komarów (wróć… komarzyc), który zdążył mnie użreć, był nosicielem wirusa czy też może jednak będę miała szczęście. Farta miałam, bo okazało się, że żaden z tych żarłocznych potworów nie był niebezpieczny.

Gdy już prawie doszliśmy do pałacu, zaczepił nas kolejny kierowca tuk tuka. Dopytywał dokąd idziemy. Gdy odpowiedzieliśmy, że do pałacu królewskiego, zaczął nas przekonywać, że pałac jest zamknięty i w zamian za to on zawiezie nas na tak zwane pola śmierci Choeung Ek. Czytałam gdzieś, że dość często zdarza się oszukiwanie turysty, przekonywanie że coś jest już nieczynne, żeby tylko namówić go na kurs w jakieś inne miejsce. Owszem, mieliśmy świadomość że w ciągu dnia jest kilkugodzinna przerwa, w trakcie której niemożliwe jest zwiedzanie tego miejsca, ale wydawało się nam, że ciągle mamy jeszcze trochę czasu i liczyliśmy, że nas wpuszczą. Kierowca za to nie odpuszczał. Jechał za nami, gdy przechodziliśmy na drugą stronę ulicy robiąc uniki zajeżdżał nam drogę, gdy już myśleliśmy, że sobie pojechał, ten czekał na nas kilkanaście kroków za rogiem… Koszmar… Takiego natręta w życiu nie spotkałam! Ale z drugiej strony nie można było powiedzieć, że nie jest sympatyczny. Zaczął nas przekonywać, że pałac naprawdę jest zamknięty. W końcu powiedziałam, że sami chcemy się o tym przekonać. Co odpowiedział? Że jeżeli pałac jest otwarty, to on nam osobiście opłaci bilety wstępu. Nie wyglądał na takiego, co to mu się przelewa, więc zaczęłam mu wierzyć. Ale dalej uparcie chcieliśmy sami sprawdzić sytuację. Po drodze trafiliśmy na budkę strażników, w której otrzymałam jedynie informację dotyczącą głównego wejścia dla turystów. Dopiero bliżej wejścia poinformowano nas, że ostatni turyści z rana wpuszczani są na pół godziny przed okołopołudniowym zamknięciem pałacu. Skubany miał rację! Jednak nie chciał nas oszukać. Nie pozostało nam nic innego jak zabrać się z nim na pola śmierci. Jako że i tak chciałam zobaczyć to miejsce, akurat dobrze się złożyło. Miałam świadomość, że kurs na pola może kosztować ok. 15$ w dwie strony – w końcu trzeba pokonać w te i z powrotem 34 km. Mężczyzna tak się zaczął z nami umawiać, że odnosiło się wrażenie, że pojedzie się za 10$. Stargowałam to do 8$. Wydawało mi się to podejrzanie mało, ale w końcu pojechaliśmy – Khmer przytaknął, gdy dopytałam, czy to cena w dwie strony. Mimo to byliśmy przekonani, że na koniec cena ta okaże się stawką za przejazd w jedną stronę, ale jako że trasa obejmowała sporo kilometrów, postanowiliśmy poczekać i przekonać się, jak rozwinie się sytuacja.

Jechaliśmy głównymi, bardzo dziurawymi drogami, w pyle i spalinach, tłoku innych tuk tuków i pozostałych pojazdów. W przeważającej mierze były to skutery. Dziesiątki, setki skuterów! Czasem ciężko było oddychać, czuliśmy jak oblepia nas ten wszechobecny żółty pył otoczony obłokiem wyziewów. Dookoła widać było biedę. Byliśmy w stolicy, ale miasto to nie wyglądało zbyt zachęcająco. Wszędzie walało się mnóstwo śmieci, ludzie snuli się w swoim rytmie. Turystów praktycznie nie było widać, w sumie mało kto pewnie tam zagląda. Dla większości świata Kambodża – o ile w ogóle z czymś jest kojarzona – to Angkor i wojna. Przejechaliśmy przez jakiś ledwo trzymający się kupy mostek, później jakimiś dziurawymi, węższymi już drogami dojechaliśmy do celu. Coraz mniej mi się to wszystko podobało. Wyostrzone przez zmęczenie zmysły miało naprawdę dość. No ale przecież sama tego chciałam.

Kierowca miał na nas zaczekać. Za 6$ od osoby kupiliśmy bilety wstępu, otrzymaliśmy wliczony w cenę audio-przewodnik i rozpoczęliśmy zwiedzanie. Jest to miejsce bardzo działające na wyobraźnię. Opisy poszczególnych punktów zaznaczonych na otrzymanej wraz z biletami mapie przyprawiają momentami o gęsią skórkę. Jak człowiek mógł zrobić to człowiekowi? I to na dodatek swojemu własnemu rodakowi. Chodziliśmy od punktu do punktu wysłuchując opowieści o brutalnej historii Kambodży. Historii, która odbywała się jeszcze nie tak dawno pod naszymi nogami. Na polach śmierci życie straciło mnóstwo osób – Choeung Ek stało się miejscem spoczynku dla 8895 ludzi! Zginęło tam jednak dużo więcej osób – uważa się, że zabito tam 17 000 mężczyzn, kobiet i dzieci. Większość przetrzymywana była uprzednio w więzieniu Tuol Sleng. Torturowani, następnie zabijani ludzie chowani byli w masowych nieoznaczonych grobach. Tych grobów do dziś jest na terenie kraju na pewno sporo – nie wszystkie zostały odkryte. Najczęściej o odnalezieniu takiej mogiły decyduje przypadek.

Pola śmierci Choeung Ek to jedno z wielu miejsc, w których w latach 1975-1979 masowo zabijane były oraz chowane ofiary reżimu Czerwonych Khmerów. Rządy zbrodniarzy zakończone zostały przez interwencję Wietnamu, jednak w ciągu tych kilku lat Czerwoni Khmerzy zdążyli wymordować około 25-35% ludności ówczesnej Demokratycznej Kampuczy. Liczba ofiar oceniana jest na 1,7 – 2,3 mln z 7 mln mieszkańców tego kraju! Czerwoni Khmerzy chcieli stworzyć społeczeństwo chłopskie, gdzie nie ma podziału na klasy, gdzie wszyscy są równi i wszyscy muszą tak samo ciężko pracować na wsi. Wszystkich tych, którzy nie pasowali do nowej wizji, czekała eksterminacja. Reżim zgładził inteligencję, przedstawicieli wolnych zawodów oraz prawie wszystkich ludzi podejrzanych o związki z poprzednim rządem lub rządami obcych krajów. Żołnierzami wykonującymi rozkazy często byli pochodzący ze wsi nastolatkowie. Miasta zostały całkowicie wyludnione. Ze względu na oszczędności, więźniów zabijano często za pomocą siekier, młotów, łopat, zaostrzonych bambusowych kijów lub po prostu dusząc ich plastikowymi workami na śmieci. Reszty szczegółów oszczędzę, jednak jeśli ktoś chciałby dowiedzieć się więcej, z Internecie jest sporo materiałów na ten temat.

Zaraz na wejściu do Choeung Ek widzi się wielką buddyjską stupę z przeszklonymi ścianami, w której złożone zostały szczątki niektórych pomordowanych – znalazło się tam m.in. ponad 5000 czaszek ułożonych na piętnastu piętrach półek i kości wydobyte z masowych grobów w najbliższej okolicy. Na czaszkach widać ślady zadanych obrażeń, można łatwo poznać, w jaki sposób dana osoba zginęła. Ale to punkt końcowy zwiedzania.

Początkowo ogląda się pozbawione ciał groby, jednak ziemia wciąż wyrzuca z siebie resztki ubrań, fragmenty kości. Ponoć zbadano do tej pory tylko 86 ze znajdujących się tam 129 dołów. Niestety nie wiem, czy dane te są nadal aktualne. Od razu na wejściu informowani jesteśmy, żeby okazać temu miejscu szacunek i nie deptać po fragmentach, na które można trafić. Czuć w powietrzu skupienie i zadumę, ale niestety trafiają się i ludzie uśmiechnięci od ucha do ucha, jakby nie zdawali sobie sprawy, że stąpają po przesiąkniętej niegdyś krwią ziemi. A może faktycznie o tym nie myślą?

Miejsce napawa refleksją. Może wizyta na polach śmierci nie pasuje do wizji wesołych i beztroskich wakacji, ale nie mogliśmy pominąć tego przy okazji naszych odwiedzin w tym kraju. Historia Kambodży wesoła nie jest. Szczególnie ta najnowsza przesycona jest bólem i cierpieniem, o tym też trzeba pamiętać. I dlatego też musieliśmy tam zawitać. Żeby czegoś się dowiedzieć, żeby spróbować zrozumieć coś, co jednak niestety jest zupełnie niezrozumiałe i niewytłumaczalne.

Największe, najgorsze moim zdaniem wrażenie robi wielkie drzewo obwieszone kolorowymi sznureczkami i bransoletkami. Mają one na pewno swoją nazwę oraz znaczenie, ale niestety nie dane było mi ich poznać. Drzewo to służyło zbrodniarzom do zabijania dzieci. Jedno uderzenie o pień i kolejna ofiara mogła wylądować w wykopanym w ziemi dole. Ci, co zobaczyli to drzewo niedługo po wydarzeniach, przeżyli niesamowity szok widząc wszelkie pozostałe po zbrodniach ślady zachowane na korze. Musiało to być wstrząsające…

Gdy wróciliśmy na parking, nasz kierowca smacznie spał w hamaku rozwieszonym wewnątrz. Nie mogliśmy go dobudzić, ale może dlatego, że robiliśmy to bardzo delikatnie. Widząc nasze próby, jakiś inny kierowca zerwał go na równe nogi. Skomplementowałam jego posłanie, na co stwierdził, że zabierze nas do sklepu, w którym hamak kupił za 7$. O nie, nie. Dziękujemy. Kolejny punkt wycieczki, kolejne $ za przejazd. Zresztą hamaka byśmy i tak ze sobą nie zabrali, bo nie mieliśmy miejsca na takie pamiątki. Zanim ruszyliśmy, mężczyzna zapytał o nasze wrażenia. Od razu spoważniał i w napięciu czekał na naszą odpowiedź. Co można było powiedzieć po czymś takim? Spróbowaliśmy porównać tę wizytę do wizyty w Oświęcimiu, a historię Kambodży do naszej historii z II Wojny Światowej, mieliśmy jednak świadomość, że są to zupełnie różne wydarzenia. Szczególnie, że Khmerzy nie mieli zewnętrznego najeźdźcy, to brat zabijał brata. Porównywanie nie ma sensu. Obie historie mają tylko wspólny mianownik – zginęło mnóstwo niewinnych ludzi, ale to tyle. Chcieliśmy jednak, żeby ten mężczyzna miał chociaż minimalne wyobrażenie, że w naszym kraju też działy się straszne rzeczy. Chyba odpowiedź mu pasowała, ale dodał zaraz, że w sumie słyszał o różnych obozach w Niemczech. I tyle. Zaczęliśmy zastanawiać się, dlaczego mówił o Niemczech, skoro wcześniej powiedzieliśmy mu, że jesteśmy z Polski. Zrzuciliśmy to na pomyłkę, jednak jak się później okazało, wydawało mu się, że Polska jest częścią Niemiec. Zreflektował się dopiero następnego dnia. Może to gdzieś sprawdził?

Przy okazji wizyty w Choeung Ek zobaczyliśmy też autora dziwnych dźwięków, które towarzyszyły nam już w Angkorze. Kong twierdził wtedy, że słyszane odgłosy wydawane są przez całkiem spore gekony. Oto i gekon toke, gad mogący osiągać długość nawet do 40 cm:

Kierowca obiecał zaraz zawieźć nas z powrotem za tę samą stawkę. Czyli jednak nasze podejrzenia się potwierdziły – 8$ dotyczyło drogi w jedną stronę. Wychodziło na to, że zapłacimy 16$ za tę wycieczkę, ale już miałam na niego sposób, żeby jednak nie zawyżał średniej. Nie chodziło mi już nawet o to, czy przepłacimy czy nie, ale o sam fakt, że próbował nas naciągnąć i był niesamowicie uparty – przecież w trakcie rozmowy przed tym przejazdem dopytywałam go, czy jest to cena za drogę w dwie strony, a on to potwierdził! Gdy wróciliśmy pod pałac zażyczył sobie zapłatę. Zgodziliśmy się, ale zaproponowałam zmniejszenie stawki do 15$ . Jednak miał mieć coś w zamian. Następnego dnia mógł nas zawieźć z powrotem na lotnisko. Uprzedziłam jednak, że będzie musiał czekać na nas o 6:00. Co prawda była to dla nas nieco zbyt wczesna pora, ale w razie gdyby się nie pojawił, mielibyśmy jeszcze czas na zorganizowanie innego transportu. Wziął 15$ i podaliśmy sobie ręce na znak zawartej umowy. Chyba po raz pierwszy spotkaliśmy się z tym gestem w tym kraju. Odjeżdżając podkreślił jeszcze, że dane słowo to dane słowo i widzimy się rano o 6:00. Byłam bardzo ciekawa tego dotrzymywania słowa w przypadku mieszkańców stolicy.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu do ponownego otwarcia pałacu, więc pokręciliśmy się po okolicy. Co najbardziej rzucało się w oczy? Mnóstwo skuterów, mniej tuk tuków i jeszcze mniej samochodów. I oczywiście napoje w foliowych woreczkach ze słomką przewożone przez niektórych pasażerów. Po co kubki czy butelki, jak można nalać płynu do torebki, która po wyrzuceniu zajmuje znacznie mniej miejsca? Co z tego, że być może jej rozkład będzie trwał niesamowicie długo gdzieś w jakimś zaułku. Każdy inny śmieć prawdopodobnie skończy w ten sam sposób.

Oczywiście nie zabrakło również sprzedawców paliwa w butelkach po napojach. Nowością dla nas były stoiska, na których kobiety sprzedawały owoce lotosu.

Dotarliśmy w końcu do pałacu, który znów otwarty był dla zwiedzających.

Kambodża: Królewskie oblicze Phnom Penh
Kambodża: Wieczór tradycyjnych tańców khmerskich

Powiązane wpisy

4 Comments

  1. Asia

    Marzy mi się taka azjatycka podróż :) może kiedyś się wybierzemy. Fajna relacja i zdjęcia!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dziękuję! :)

      Odpowiedz
  2. Olka

    No właśnie – jak człowiek mógł zrobić coś takiego drugiemu człowiekowi? To pytanie można zadawać sobie w stosunku do Kambodży, Bałkanów (chociażby Srebrenica, ale przykładów na zagładę w tamtym miejscu i czasie (lata 90.) jest znacznie więcej), czy obecnie Syria. Mam wrażenie, że gatunek ludzki nie uczy się na błędach popełnionych w przeszłości i nie wyciąga wniosków.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Niestety na to wygląda. Patrząc na sytuację na świecie, historia wielokrotnie zatacza koło…

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close