Kambodża: Dwie perły Angkoru

Dzień 9, 20.11.2016 część 3/3

Bajon. Świątynia, w której mogłabym zostać dobre kilka godzin odkrywając każdy jej zakamarek pod czujnym okiem lekko uśmiechniętych wizerunków króla spoglądających z każdej strony jednej z licznych w tym miejscu wież…

Jak ja niesamowicie żałuję, że zobaczyliśmy ją w takim pośpiechu! Po Banteay Kdei i Ta Prohm, to to miejsce urzekło mnie najbardziej – mimo wrażenia przeładowania. Świątynia grobowa króla Dżajawarmana VII – duża, pełna różnych zakamarków i detali budowla, nad którą czuwają wieże z delikatnie uśmiechniętymi obliczami Awialokiteśwary. Kto to taki? istota doskonała mająca stać się Buddą – Oświeconym, ale w celu zbawienia ludzi zatrzymała się w tym stadium. Zaraz, zaraz… Budda? Jednak nie! To sam król spoglądał na nas spod wpół przymkniętych powiek z pięćdziesięciu czterech kamiennych wież! Badacze tego miejsca naliczyli na tych bajońskich wieżach aż 216 królewskich wizerunków! Coś pięknego. Ale niestety również i zatłoczonego chińskimi wycieczkami, których uczestnicy dowolnie rozpełzali się na wszystkie strony. Jednak nawet to nie mogło zepsuć wrażenia.

Król nakazał zbudować tę świątynię, by umieścić w niej wizerunki Buddy, jednak pod koniec sam uwierzył, że to on jest jego wcieleniem. Każda z wież ma z czterech stron wyrzeźbione dwu i półmetrowe twarze, nad którymi widoczne są królewskie diademy. Z rzeźbionych uszu zwisają długie, masywne kolczyki. Ponoć w czasach świetności wszystkie te oblicza były pozłacane, a niektórzy archeolodzy twierdzą nawet, że na wieżach była umieszczona jeszcze jedna szczerozłota twarz. Jeżeli to prawda, świątynia musiała wyglądać naprawdę bajecznie…

Warto zaznaczyć, że w odbudowie Bajonu mieli znaczny udział Polacy – w latach 1980-1990 Pracownia Konserwacji Zabytków brała udział w pracach konserwatorskich na terenie tej cudownej świątyni.

Zanim wróciliśmy do Konga, rzuciliśmy jeszcze okiem na odbicie Bajonu w pobliskim stawie. Lekko oszołomieni udaliśmy się w dalszą drogę. Po Bajonie nie mogliśmy jednak za bardzo odetchnąć od wrażeń. Zaraz zawiezieni zostaliśmy pod kolejną bramę Angkor Thom – wysoką na 23m. i grubą na 8m. Bramę Południową. Tym razem spoglądało na nas sześć oblicz Awialokiteśwary.

Do bramy – jak do wszystkich pozostałych bram Angkor Thom – prowadzi Aleja Gigantów. Aleja Gigantów to droga przecinająca stumetrową fosę. Na brzegach zobaczyć można 108 kamiennych postaci. Od strony zachodniej są to rzeźby 54 bogów (dewas), od wschodniej natomiast – 54 demonów (asuras). Trzeba przyznać, że faktycznie te wschodnie postacie mają jakieś demoniczne wyrazy twarzy, natomiast te od zachodu – dostojność i powagę w rzeźbionych oczach. Większość rzeźb zachowała się pomimo upływu czasu w świetnym stanie, uszkodzeniu uległy głównie głowy, ale w kilku przypadkach wymieniono je na nowe.

Podobnie jak przy Bramie Zwycięstwa, mamy tu znów strzegące przejścia trójgłowe słonie Airawata. Brama wygląda tak zjawiskowo, że tym razem urządziliśmy sobie przy niej krótki postój.

Zbliżaliśmy się powoli do największej atrakcji okolicy – świątyni Angkor Wat. I dopiero tutaj robiło się tłoczno, ale nie tylko od turystów. Trawniki opanowali Khmerzy, którzy na kocach i przenośnych hamakach biwakowali sobie z rodzinami w cieniu palm i innych drzew. W tym słońcu każdy kawałek cienia był wręcz zbawienny. Przy panujących temperaturach naprawdę cieszyłam się, że nie wynajęliśmy rowerów. Jazda tuk tukiem dawała przyjemne orzeźwienie, dodatkowo po długim chodzeniu wśród murów można było na chwilę usiąść i niczym się nie przejmować. Kiedyś może jednak spróbujemy zwiedzić Angkor na dwóch kółkach.

Kong zostawił nas na parkingu, a my udaliśmy się do bramy wejściowej. Tuż przed nią trafiliśmy na stoisko z napojami. Nie marzyłam o niczym innym jak o zimnym szejku z mango – tak dobrego owocu chyba nigdy w życiu nie jadłam. Dojrzały, słodki i idealnie zmiksowany. Przyjemność ta kosztowała 2$.

I oto nadeszła pora na zwiedzenie cudu jakim jest Angkor Wat. Nasłuchałam się tylu relacji, w których prawie każdy wychwalał tę świątynię jako perłę Angkoru, że nie mogłam doczekać się momentu wejścia na jej teren. I wiecie co? Może jestem jakaś dziwna, ale po wszystkich tych widzianych wcześniej świątyniach to miejsce mnie jednak trochę rozczarowało… Może miałam zbyt duże oczekiwania rozbudzone zasłyszanymi opowieściami, może byłam już zmęczona, albo słońce dało mi w kość. Może przyczyną były również tłumy, jakie zastaliśmy w tym miejscu (było to jednak do przewidzenia). Nie potrafię tego wyjaśnić, ale naprawdę Angkor Wat aż tak mnie nie zachwycił. Nie potrafiłam nawet skupić się na zdjęciach, bo każda próba zachowania czegoś na karcie aparatu za każdym razem mnie nie zadowalała. Skończyło się na tym, że aparat przewiesiłam przez ramię i naprawdę rzadko z niego korzystałam.

Oczywiście było pięknie i magicznie, ale nie towarzyszyło mi tam to ogromne uczucie zachwytu i przeniesienia się do innej rzeczywistości jak miało to miejsce chociażby w przypadku Bajonu czy Banteay Kdei. Spacerowaliśmy korytarzami, oglądaliśmy płaskorzeźby, podglądaliśmy mnichów, ale wciąż otoczeni byliśmy przez rzesze głośnych turystów ze wszystkich stron świata. Czułam się tam tym wyjątkowo przytłoczona. Detale jednak skutecznie zwracały naszą uwagę. I pomyśleć, że wszystko to przetrwało tyle wieków!

Postanowiliśmy wspiąć się na najwyższą z wież – Bakan. Wieżę, w której ponoć sam król Surjawaraman II przyjmował ważniejszych kapłanów oraz państwowych dostojników w czasie audiencji. Oznaczało to, że w czasach świetności Angkoru wstęp do tego miejsca przysługiwał naprawdę nielicznym. Dzisiaj prawie każdy może wspiąć się po stromych schodach na górę. Zakaz obejmuje tylko dzieci do lat 12 oraz kobiety w bardzo zaawansowanej ciąży. Oczywiście tak jak w każdej świątyni Angkoru, obowiązuje w tym miejscu odpowiedni strój – zakryte ramiona i przynajmniej kolana.

Najwyższy poziom świątyni według wierzeń Khmerów symbolizował wejście do zamieszkałego przez bogów nieba. Naukowcy uważają, że właśnie w tej części świątyni stał ogromny, złoty posąg boga Wisznu dosiadającego świętego ptaka o pazurach i dziobie drapieżnika, a ludzkim ciele – garudy. Jednak to tylko domysły.

Wejście na górę oznaczało stanie w gigantycznej kolejce pośród Chińczyków, którzy non stop się przepychali. W ogóle nie potrafili spokojnie oczekiwać w miejscu. Już samo to było irytujące. W kolejce spędziliśmy ponad godzinę. Gdy już przyszła na nas pora, dostaliśmy jakieś tymczasowe identyfikatory i już mogliśmy wspiąć się na górę. Niestety niemożliwe było przystanięcie na schodach i zrobienie zdjęcia roztaczających się z nich widoków – strażnicy pilnowali, żeby tłum ludzi płynął niezakłócony niepotrzebnymi przerwami. Obeszliśmy Bakan przyglądając się tamtejszym szczegółom i podziwiając widoki z góry, ale niestety żadnych mistycznych odczuć nie mieliśmy. Chińczycy zrobili swoje…

Gdy opuszczaliśmy Angkor Wat, słońce powoli zaczynało zachodzić. Oświetlona złotymi promieniami świątynia odbijała się w pobliskich stawach. Widok niezapomniany… Niedaleko ganiały się makaki, Khmerzy sprzedawali sok z wyciśniętych owoców jakiejś palmy, a turyści nieskończenie sunęli ludzką rzeką w te i z powrotem. Tego widoku nigdy nie zapomnę.

Wieczór spędziliśmy w Siem Reap. Gdy wróciliśmy do hotelu, umówiliśmy się z naszym kierowcą na następny dzień – mieliśmy odwiedzić pływającą wioskę oraz jedną dość oddaloną świątynię. Po krótkiej przerwie udaliśmy się w stronę Pub Street – najpopularniejszej wśród turystów ulicy Siem Reap, na której znajdują się liczne restauracje, bary, sklepy z pamiątkami. Co chwila nagabywani byliśmy o transport, zakupy. Gdy tylko weszliśmy do jakiegokolwiek sklepiku, zaraz nie mogliśmy opędzić się od natarczywej sprzedawczyni. Wystarczyło na pół sekundy zawiesić wzrok na jakiejś rzeczy i już było po nas. Było jeszcze gorzej niż w krajach arabskich… Naprawdę było to męczące. Doszło do tego, że omijaliśmy sklepy czy jakiekolwiek nagromadzenia kierowców tuk tuków, bo najzwyczajniej czuliśmy się osaczeni.

Spacerując po okolicy trafiliśmy na stoisko, na którym sprzedawane były rolowane lody. W smaku były takie sobie, ale dla samego sposobu przygotowania warto było je zamówić.

Kolację zaczęliśmy od deseru. Następnie przyszła kolej na danie główne. Po drodze na Pub Street minęliśmy restaurację, w której miał być serwowany krokodyl. Nie zastanawialiśmy się ani chwili – krokodyla jeszcze nie próbowaliśmy. Po upewnieniu się, że amok oraz burger są faktycznie zrobione z krokodyla, rozsiedliśmy się wygodnie obserwując otoczenie. Przez ulicę przewijały się dziesiątki turystów, po drugiej stronie grał na różnych instrumentach zespół inwalidów, którzy ucierpieli na skutek wciąż licznie znajdowanych na terenie kraju min (dlatego turystom zaleca się poruszanie tylko i wyłącznie wyznaczonymi trasami), na wielkim ekranie wewnątrz lokalu przemykały gekony przeszkadzając nieco w oglądaniu meczu, a klientów obsługiwały dzieci. Tak, dzieci. W żadnym lokalu nie widzieliśmy w roli kelnerów starszych osób. Dzieciaki uwijały się jak tylko mogły. Mam nadzieję, że pracę tę wykonywali po zajęciach w szkole…

Gdy tak przyglądaliśmy się otoczeniu, na stolik wjechały zamówione dania. Cóż… słyszałam już, że krokodyl przypomina gumowatego kurczaka i podpisuję się pod tym. Stara, gumowata kura idealnie pasuje jako określenie struktury i smaku mięsa krokodyla. Ale było to nawet smaczne. Amok był nieco zważony, ale wciąż dobry.

Gdy wracaliśmy okrężną drogą do hotelu, trafiliśmy na stoisko sprzedawcy smażonych pająków, skorpionów oraz węży – wszystko nadziane dla wygody zjadającego na patyczek. Gdy w Bangkoku próbowaliśmy różnych robali miałam rację, że z tymi trzema „smakołykami” lepiej poczekać do przyjazdu do Kambodży. Gdy tam pająk kosztował 50 zł, tak tutaj wystarczyło zapłacić 1$. Do tego w zawieszonej klatce Khmer trzymał jeszcze żywe pająki. Można było wziąć sobie takiego milusińskiego na rękę i zrobić zdjęcia. Ponoć osobiście usuwał im zęby jadowe. Taa… wolałam jakoś nie sprawdzać tego na własnej skórze. Kupiliśmy po jednej sztuce każdegj „przekąski” i porobiliśmy trochę zdjęć. W międzyczasie kramem zainteresowało się jeszcze kilka innych osób. Najlepiej schodziły tarantule… Degustację pozostawiliśmy sobie na później. Sprzedawca chętnie z nami rozmawiał, robił nam zdjęcia i zachęcał do pozowania ze skorpionkami. Osobiście nie cierpię pająków, więc długi czas miałam obawy, czy w ogóle będę w stanie skosztować takiej smażonej tarantuli. Brrr… Standardowo jeśli nic się nie kupuje, należy zapłacić za możliwość zrobienia zdjęcia.

Z zakupem w torebce poszliśmy w kierunku rzeki Siem Reap. Na mostku natrafiliśmy na żebrzące matki z małymi dziećmi. Każdorazowo taki widok wzbudzał we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony serce się krajało na widok tych małych istot przerzucanych z kolana na kolano bez jakiejś specjalnej troski, w pierwszym odruchu miało się ochotę chwycić za portfel, ale też wściekałam się, że kobiety te traktują własne dzieci w ten sposób. Wiem, że w Kambodży panuje bezrobocie, że 68% społeczeństwa jest analfabetami (dane na 2015 rok), ale wyprowadzało mnie z równowagi podejście niektórych mieszkańców. Wiele osób parało się pracą na roli, sprzedawaniem turystom najróżniejszych, czasem wątpliwych jakości pamiątek – i temu przeciwna nie jestem, ponieważ starali się w jakiś sposób zarobić pieniądze mniej lub bardziej uczciwą pracą. Byłam w stanie nawet przymknąć oko na to niesamowite naciąganie białych. Ale żerowania na ludzkich emocjach nie trawię. Szczególnie gdy za okazaną pomoc brak jest wdzięczności, widać nastawienie roszczeniowe – „bo mi się należy”. Uważam, że nie należy ludziom dawać ryby, a wędkę. Wciąż trzymaliśmy się postanowienia, żeby nie dawać nic za darmo. Nie było to łatwe, ale czy danie kolejnego i kolejnego dolara coś zmieni w ich życiu? Jeśli ciągle będą dostawać pieniądze za nic, wychowają kolejne pokolenie oczekujących ciągle tego samego. Bo po co pracować, skoro można równie dobrze dostać bez wysiłku? Jak już pisałam w poprzednim poście – żebractwo w Kambodży ma wiele twarzy. Danie lub niedanie pieniędzy ma tak dobre jak i złe strony. Każdy powinien przeanalizować to sobie sam.

Po drugiej stronie rzeki trafiliśmy na nocny targ Siem Reap Art Center Night Market. Nocne targi tak w Tajlandii jak i w Kambodży mają chyba to do siebie, że nocne są głównie z nazwy. Działają wieczorem, przy czym jeszcze przed nocą sporo osób już się zbiera. Wiele sklepików było już pozamykanych, na innych sprzedawcy powoli zabierali już towar. Jako że z każdej podróży przywozimy pamiątkę (na kraje azjatyckie wybraliśmy sobie drewniane figurki słoników), tak i tym razem chcieliśmy coś kupić. Ciężko było znaleźć odpowiedniego słonika – większość była tandetna, wykonana z kiepsko imitującego drewno plastiku. W końcu jednak znaleźliśmy figurkę z drewna. Mała, zakurzona, nie wzbudzała widać zainteresowania turystów. Mi jednak od razu wpadła w oko. Sprzedawczyni chciała za niego 6$, my jednak uparliśmy się na 3$. Nasze targowania tym razem jednak nie były wystarczająco skuteczne. Nawet odejście nie podziałało. W końcu doszliśmy do porozumienia i staliśmy się posiadaczami figurki za 4$. Za słonika tej wielkości przepłaciliśmy, ale po pierwsze o 1$ afery przecież nie będziemy robić, a po drugie – byliśmy przecież w Siem Reap, w mieście, gdzie turyści zostawiają masę dolarów. Oznacza to, że wszystko jest dla białych droższe. Słonik został ręcznie wyrzeźbiony bodajże w drewnie tekowym – stoi sobie obecnie wraz z innymi na półce i co rano przypomina nam czas wakacji.

Na innym stoisku widzieliśmy butelku alkoholu z zatopionymi w nim kobrami i skorpionami. Czasem kobra trzymała w pysku ogon skorpiona… Alkoholu takiego może i bym spróbowała, ale pamiętajcie, że przywożenie takiej pamiątki jest zabronione.

Zrobiliśmy jeszcze małe zakupy w markecie znajdującym się niedaleko naszego hotelu (widać było, że to sklep tylko dla turystów – zachodnioeuropejskie ceny, wszystko w dolarach) i wróciliśmy do pokoju. W otrzymany worek zapakowaliśmy zebrane pranie i oddaliśmy je – miało być do odbioru następnego dnia rano. Uzbierało się 2kg, więc koszt wyniósł 3$. Jak się później okazało, lepiej było już to wszystko prać ręcznie – zniszczono nam kilka ubrań. Zostały czymś zafarbowane… Mieliśmy nauczkę, żeby korzystać jednak ze swojego sznurka do prania.

Wymęczeni po całym dniu pełnym wrażeń szybko poszliśmy spać.

(Visited 174 times, 1 visits today)
Kambodża: Kampong Phluk - pływająca wioska
Kambodża: Angkor ciąg dalszy

Powiązane wpisy

9 Comments

  1. Monika

    Widoki zapieraja dech w piersiach, nigdy tam nie bylam ale chetnie pojade. Pozdrawiam i dziekuje za piekne zdjecia :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Angkor polecam! I również pozdrawiam :)

      Odpowiedz
  2. Angelika

    jaki burger! wszamałabym chętnie takiego:D

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Odrobinę gumowaty był ;)

      Odpowiedz
  3. Kamila / Z naciskiem na szczęście

    Piękne widoki. Niestety nie miałam okazji tam być.

    Odpowiedz
  4. Kasia

    W tak egzotycznym miejscu jeszcze nie byłam! Zupełnie inne krajobrazy, kolory! Pięknie!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      To zupełnie inny świat. Angkor jest jak z bajki :)

      Odpowiedz
  5. Aleksandra / Thief of the world

    Czasem się zastanawiam, jak niesamowite musiały być te miejsca bez turystów, ale z drugiej strony, ja sama nim jestem i sama chcę te piękne miejsca zobaczyć. Strasznie żałuję, że gdy byłam w Tajlandii to nie odbiłam na tydzień do Kambodży. Wydaje się bardziej tajemnicza i jednak mniej turystyczna (ale może to też takie tylko wrażenie). Dla mnie te świątynie wyglądają przepięknie. Pewnie mnie Chińczycy denerwowali by na każdym kroku, ale naprwdę wchodzili w każdy zakamarek?

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Poza Angkorem turystów jest jak na lekarstwo – chociażby w stolicy było już dużo mniej tłoczno. A Chińczycy naprawdę rozpełzli się wszędzie gdzie tylko mogli. Dobrze, że wejście na wieże nie było możliwe – inaczej chyba nawet na ich czubkach by stali ;)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close