Kambodża: Warto wierzyć, że się uda… Bajeczny Angkor


Dzień 9, 20.11.2016 część 1/3

I oto nadszedł ten dzień. Dzień, w którym mieliśmy zobaczyć jeden z architektonicznych cudów świata. Bajeczny Angkor… Moje marzenie, które od lat leżało zakurzone gdzieś na wysokiej półce, oznaczone etykietką „mało prawdopodobne do zrealizowania”. Marzenie, które według mnie samej miało niewielkie szanse na spełnienie. Wiecie co? Warto marzyć i wierzyć, że te niby tak odległe pomysły się kiedyś ziszczą. I nigdy nie mówić nigdy! Nie raz się już o tym przekonałam, możliwość zobaczenia Angkoru tylko po raz kolejny to potwierdziła.

Po kolejnej krótkiej nocy zeszliśmy rano na śniadanie. Zazwyczaj standardem jest bufet, w naszym hotelu panowały jednak inne zasady. Ledwo siedliśmy do stolika, zaraz podano nam kartę z kilkoma pozycjami, z których można było wybrać jedną. W cenie była kawa i herbata – limitowane do jednego kubka. Menu nie było jakoś specjalnie rozbudowane – na pierwszy dzień zamówiliśmy sobie smażony makaron z warzywami i sałatkę owocową, w której zastanawiająca była dla mnie obecność jabłek. Jabłonie potrzebują okresu spoczynku, dlatego też w tej części Azji ze względu na klimat się ich nie uprawia. Import owoców musi być dość drogi – na Sri Lance jabłka były, ale ceny były wysokie. Ciekawe jak to jest z tym w Kambodży. Makaronem dało się najeść, ale sałatka była maleńka. Dobrze, że nie potrzebuję dużo…

W związku z tym, że wydawanie śniadania mimo obecności niewielu gości trwało bardzo długo, spóźniliśmy się – Kong (kierowca tuk tuka) musiał na nas poczekać. Coraz mniej się nam ten hotel podobał. Było już po 9:00 gdy ruszyliśmy wreszcie w drogę. Najpierw udaliśmy się po bilety. Przy kasach była spora kolejka, ale szła bardzo sprawnie. Już wcześniej zdecydowaliśmy, że zakupimy bilety w opcji trzydniowej – koszt takiego biletu wynosił wtedy 40$ od osoby. Bilet upoważnia do zwiedzania pozostałości Angkoru przez trzy dni, jednak nie muszą one nastąpić po sobie – ma się na to tydzień.

Do wyboru były jeszcze bilety jednodniowe za 20$ oraz bilet ważny przez 7 dni za 60$ (ten jest ważny dowolne 7 dni przez miesiąc). Niestety ceny niedługo po naszym powrocie znacząco wzrosły. Mieliśmy nieco szczęścia, bo obecnie bilety kosztują:

Bilety Stara cena Cena po 1.02.2017
1 dniowy – ważny w dniu zakupu 20 $ 37 $
3 dniowy – ważny przez 7 dni od daty zakupu, zwiedzanie świątyń możliwe jest przez 3 wybrane w tym czasie dni 40 $ 62 $
7 dniowy – ważny przez cały kalendarzowy miesiąc od daty zakupu, zwiedzanie świątyń możliwe jest przez 7 wybranych w tym czasie dni 60 $ 72 $

Nie ma zniżek dla studentów, ale dzieci do 12 roku życia po okazaniu paszportu zwiedzają świątynie za darmo. Podobnie jak wszyscy Khmerowie.

Przy zakupie każdemu robione jest zdjęcie, które umieszczane jest następnie na bilecie. Po okazaniu paszportu i zapłacie (można płacić kartą), otrzymuje się mały kartonik, który będzie przez kolejne dni dziurkowany. Bilet 7-dniowy jest dodatkowo zalaminowany. Każda dziurka przy dacie oznacza jeden wykorzystany dzień.

Angkor zobaczyć można poruszając się dwiema trasami zwanymi małym oraz dużym kółkiem. Na pierwszy dzień wybraliśmy sobie małe kółko, ale poprosiliśmy Konga, żeby obwiózł nas po świątyniach w odwróconej kolejności. Chociaż w kilku miejscach mieliśmy nadzieję na uniknięcie tłumów.

Dość istotna informacja – Khmerzy po wielu przypadkach lekceważenia niepisanych zasad przez turystów, postanowili wziąć się za egzekwowanie odpowiedniego stroju wśród odwiedzających. Warto pamiętać, żeby świątynie zwiedzać z zakrytymi kolanami oraz ramionami. Inaczej można obejść się smakiem. Kong czasem nam o tym przypominał, jednak za każdym razem byliśmy odpowiednio przygotowani do zwiedzania.

Zaczęliśmy od świątyni Banteay Kdei. Już wcześniej – gdzieś na ulicy – przedziurkowano nam bilet, ale przy bramie został on ponownie sprawdzony. Kontrole biletowe spotkać można każdorazowo przed świątynią oraz w wielu miejscach przy drodze. Zaczęcie od końca było dobrym pomysłem – co prawda na ten sam pomysł wpadło kilka innych osób, ale mimo wszystko było dość pusto. Banteay Kdei zrobiła na nas piorunujące wrażenie. Już na wejściu na jej teren po raz pierwszy zobaczyliśmy cudowną bramę z czterema obliczami Buddy skierowanymi w różne strony świata. Po jej przekroczeniu poczułam się, jakbym przeszła jakąś magiczną granicę pomiędzy światami. Mimo że zaraz dopadli nas sprzedawcy pamiątek i ciuchów (wszędzie kupić można np. za 1-2$ spodnie-haremki w słonie), ciągle czułam się jak zaczarowana.

Banteay Kdei to spora, bardzo dobrze zachowana świątynia pełna rzeźbionych szczegółów, licznych przejść. Omszone kamienie, ukryte pomieszczenia i spoglądające ze ścian uszkodzone często płaskorzeźby apsar – niebiańskich tancerek… Bajka… Spędziliśmy tam mnóstwo czasu. Świątynia ta powstała około 1181 roku na polecenie największego budowniczego khmerskiego imperium – króla Dżajawarmana VII, który opętany był wręcz chęcią szybkiego i licznego budowania. W ruinach nie zobaczymy porastających kamienie korzeni, ale warto podkreślić, że praktycznie zostawiono ją w takim stanie, w jakim została odkryta. Niestety widać, że czas nie jest dla niej łaskawy – zawalone ściany, sufity, coraz bardziej pochylone filary, drewniane podpory dosłownie wołają o pomoc. Czas, ale i ogromne rzesze turystów odwiedzających co roku Angkor źle wpływają na zabytki. Tłumy przeciskające się przez wąskie korytarze coraz bardziej wycierają delikatnie rzeźby, wiele osób łamie zakazy wspinania się na wieże i mury. Niby po świątyniach krążą strażnicy, jednak nigdy nie będzie ich wystarczająco dużo, żeby uniknąć zniszczeń czy kradzieży.

W środku trafiliśmy na kolorowe wstążki, flagi i posąg Buddy, przy którym siedziała kobieta wiążąca turystom na ręku czerwono-żółte nitki. Oczywiście za „dobrowolną” opłatą. Daliśmy się naciągnąć – sznureczek, mający przynieść nam szczęście i kosztujący raptem dolara oszczędził nam późniejszych takich samych akcji. Każdy, kto go zauważył, odpuszczał sobie próbę naciągnięcia nas na to samo.

Szkoda było wracać do kierowcy, miałam ochotę przysiąść w jakimś rogu i patrzeć… Kolejne marzenie właśnie się spełniało. Od lat chciałam zobaczyć Angkor i oto właśnie stąpałam po tysiącletnich kamieniach. Nawet nie potrafię opisać wszystkich tych uczuć towarzyszących mi w tamtej chwili. Oczarowanie, totalne oszołomienie, niedowierzanie… te określenia to zdecydowanie za mało. Trzeba było jednak się zbierać – czekały na nas kolejne zabytki, które miały wprawiać mnie w równie wielki zachwyt nad zdolnościami ówczesnych budowniczych.

Zanim wróciliśmy do naszego kierowcy, przeszliśmy na drugą stronę ulicy – nad zbiornikiem wodnym zachowały się pozostałości innej budowli – Srah Srang położonej nad królewskim basenem kąpielowym o tej samej nazwie. Rozmiar 350 na 700 metrów robi wrażenie. Basen kąpielowy widzieliśmy już na Sri Lance, jednak po pierwsze – był sporo mniejszy, po drugiej – był jakieś 600 lat starszy od tego khmerskiego, a po trzecie – w przeciwieństwie do Srah  Srang służył kąpielom rytualnym. Srah Srang było miejscem, gdzie król oraz pozostała zamożna część społeczeństwa oddawali się najróżniejszym uciechom. Zachowana do naszych czasów platforma z lwami mogła służyć obserwacji różnych widowisk, które zapewniały rozrywkę. Prawdopodobnie ustawiano tam też pawilony, które zapewniały nieco intymności – społeczeństwo khmerskie tamtych czasów nie było zbyt pruderyjne. Swoboda seksualna oraz nagość były powszechnie tolerowane w tamtych czasach.

Kolejnym przystankiem była świątynia Ta Prohm rozsławiona przez Angelinę Jolie w filmie Tomb Raider z 2001 roku. Przyznać się, kto nie oglądał lub nie zachwycał się pozostałościami starożytnej budowli, która istnieje naprawdę?

Ta Prohm to nazwa współczesna. Niegdyś świątynia ta nosiła nazwę Rajavihara. Gdy została założona przez Dżajawarmana VII, król zadedykował ją swej matce. Służyła jako świątynia buddyzmu i uniwersytet. Był też skarbiec, w którym przechowywano ponoć 35 diamentów, 5 ton srebra, 45 tys. pereł oraz 4,5 tys. drogocennych kamieni.

Gdy dochodziliśmy powoli do świątyni zauważyłam, że własnie w drugą stronę idzie dwójka Niemców, których poznaliśmy w trakcie wycieczki do Kanchanaburi. Od razu nas rozpoznali i przywitali się dość wylewnie. Jeden z nich ewidentnie również jak ja nie do końca radził sobie z panującym upałem i wilgotnością powietrza. Wyglądał, jakby ktoś go do stawu wrzucił… Kto by pomyślał – na cały wielki świat musieliśmy spotkać się dwukrotnie w dwóch różnych państwach! Świat jest naprawdę mały – kto by przypuszczał, że kiedykolwiek jeszcze się spotkamy. Ten sam dzień, to samo miejsce, ta sama godzina…

Czy muszę wspominać, że uczucia spod Banteay Kdei towarzyszyły mi też i w tym miejscu? Mimo że było tam bardziej tłoczno, ja jakoś nie zauważałam wszystkich tych ludzi dookoła. No może z wyjątkiem momentów, gdy próbowałam uwiecznić bez innych osób panoszące się wśród murów korzenie drzewa Tetrameles nudiflora. Jako że graniczyło to z cudem, te krótkie chwile bywały nieco irytujące. A wiecie, że te słynne korzenie podporowe oplatające budowle mogą mieć nawet 6 m wysokości?

Akurat w tych miejscach świątynia traciła odrobinę swego uroku. Przyczyną nie były jedynie tłumy przepychające się do zdjęć, ale także odgradzające zwiedzających od korzeni drewniane platformy i sznurkowe barierki.

Gdy wracaliśmy z Ta Prohm otoczyły nas pod bramą dzieci sprzedające przewodniki, ręcznie robione flety i temu podobne. Mieliśmy ogromny dylemat moralny, czy coś od nich kupić czy sobie jednak odpuścić. W końcu widzieliśmy już kilka rządowych tablic informujących o tym, żeby nic nie brać od dzieci, ponieważ uczy się je w ten sposób, że nie muszą chodzić do szkoły. Prawda. Akurat wykształconych ludzi, którzy odbudowaliby ten kraj, Kambodży potrzeba najbardziej. W wyniku historycznych wydarzeń cała inteligencja została wybita, czego opłakane skutki widoczne są w przerażający sposób aż do dzisiaj. Dziecko, które się nie uczy, nie inwestuje w swoją przyszłość. Nigdy nie wyjdzie z bagna, w którym siedzi. Być może rodzice będą je wykorzystywać ile tylko się da, żeby zarobić na naiwności i dobrym sercu turystów z bogatszego świata. Takie dziecko jednak nigdy nie polepszy bytu ani swojego, ani swojej rodziny. Będzie żyło tu i teraz. Bez wykształcenia utknie w tym samym miejscu bez żadnej wizji na dorosłe życie. Utknie przez to także cały kraj.

Z drugiej strony jednak może nie będzie go stać na szkołę (nie oszukujmy się – nawet darmowa szkoła zawsze wiąże się z jakimiś wydatkami). Może jest jedynym żywicielem rodziny? Może jest bite i głodzone, jeśli nie przyniesie do domu tych kilku- kilkunastu dolarów ze sprzedanych pocztówek? Może jeśli nie będzie sprzedawać pamiątek turystom, zostanie wysłane na ulice, gdzie będzie zajmować się prostytucją? Niestety prostytucja nieletnich to zjawisko, z którego wciąż niechlubnie znana jest Kambodża. Naprawdę nie wiedzieliśmy co zrobić, jednak z ciężkimi sercami postanowiliśmy ignorować wszelkie nagabywanie. Uwierzcie, naprawdę było to niesamowicie trudne, bo czy wydatek kilku dolarów na magnes jest dla nas aż tak ogromnym obciążeniem? Nie, ale z drugiej strony nie da się kupić wszystkiego od wszystkich tych dzieci. Gdy pomożesz jednemu, zaraz otoczą Cię inne, umorusane i wpatrzone w Ciebie błagalnym wzrokiem. Nie wiem na ile wynika to z ich biedy, a na ile z wyrachowania – w trakcie całego pobytu w tym kraju zdążyliśmy się przekonać, że niestety Khmerowie jeśli chodzi o zarobek na turystach są dość często całkiem cwani i nie szanują odwiedzających (mam na myśli oczywiście turystyczne miejsca, poza nimi sytuacja jest zupełnie inna)… Oczywiście nie wszyscy, ale momentami czułam się tam bardziej wyzyskiwana niż w krajach arabskich, które przecież słyną z naciągactwa.

Już miałam się ugiąć i kupić strugany flet, ale dzieci widząc nasz wcześniejszy brak reakcji w miarę szybko nas opuściły biegnąć do jakiejś wycieczki. Zdecydowaliśmy, że jakiekolwiek zakupy będziemy robić u dorosłych. Naprawdę nie była to łatwa decyzja, dlatego każdy powinien podjąć ją sam nie oceniając innych. Tak naprawdę czego się nie zrobi, będzie to złe.

Nastroje nam nieco siadły, ale byliśmy na to przygotowani. O ile w oóle na coś takiego można się przygotować. Może lepiej byłoby napisać, że wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Sporo naczytałam się o sytuacji dzieci w Kambodży jeszcze przed wyjazdem. Czytać to jednak nie to samo co zobaczyć i doświadczyć. Skoro jednak przyjechaliśmy i podjęliśmy taką, a nie inną decyzję, trzeba było wziąć się w garść.

Jako że było już południe, Kong chciał zrobić krótką przerwę, więc zabrał nas na obiad. Powoli nasze żołądki zaczynały o sobie przypominać, więc nawet nie oponowaliśmy za bardzo, gdy kierowca zabrał nas do typowo turystycznej, okolicznej restauracji. Po szybkim przejrzeniu karty z mnóstwem khmerskich specjałów, skusiliśmy się na amok oraz zupę z kwiatu bananowca. O tym, że bananowy kwiat da się jeść, wiedzieliśmy już na Sri Lance. Próbowaliśmy go nawet, ale ostry smak rice&curry zabijał wszystko inne. Tym razem przekonałam się, że albo kwiat bananowca smakuje paskudnie, albo nie należy go tylko podawać w formie takiej zupy. Kwaskowate wodniste coś. Coś, co ledwo dawało się przełknąć. Amok za to był przepyszny. A czymże jest ten amok? To danie przygotowane głównie z pasty curry (zwanej kroeung) i kawałków ryby pozbawionych ości. Może być też krokodyl (o tym napiszę nieco więcej już niedlugo). Pastę kroeung przygotowuje się tradycyjnie z czosnku, szalotki, trawy cytrynowej, galangalu, ostryżu i skórki cytrusa pofałdowanego oraz odrobiny chilli. Składniki ucierane są na gładką pastę w moździerzu. Pastę łączy się z mleczkiem kokosowym, dodaje nieco cukru palmowego, jajko, sól i prahok (sfermentowaną, soloną pastę rybną). Amok powinien być przygotowywany w „naczyniach” zrobionych z liści bananowca, jednak często zamiast stałej konsystencji, jest zupą podaną na zwykłym talerzu.

Obiad nie należał do najtańszych. O ile pamięć mnie nie myli, za posiłek (i khmerskie piwo) zapłaciliśmy bodajże około 18$… Amok kosztował 7$, piwo – 2$. Kambodża jest tania, ale na pewno nie w turystycznych miejscach. Jako ciekawostkę dorzucę tu fakt, że w centrum Siem Reap jest supermarket. Ceny są pieruńsko wysokie i podane w $. Ludzie przyjeżdżający zobaczyć Angkor nie szukają specjalnie lokalnych sklepów, bo w centrum ich zwyczajnie nie ma. Na obrzeża mało kto zagląda.

Gdy tylko wyszliśmy z restauracji, dopadła nas mała dziewczynka sprzedająca za kilka dolarów magnesy na lodówkę. Miałam wrażenie, że nasz kierowca maczał w tym palce, ponieważ mimo naszej odmowy i powtarzania, że nic nie kupimy, ciągle przeciągał moment ruszenia w dalszą trasę rzucając nam ukradkiem spojrzenia. Kilkukrotnie nasze zaufanie zostało nadszarpnięte, no ale z drugiej strony wiadome jest chyba, że każdy mieszkaniec będzie trzymał ze swoimi. Jakby nie patrzeć turyści przyjadą, zapłacą i odjadą być może nigdy więcej już nie wracając. A magia Angkoru ściągnie kolejne miliony ludzi chcących zobaczyć to zjawiskowe miejsce na własne oczy.

Ruszyliśmy znów przed siebie – kolejne świątynie czekały.

 

Kambodża: Angkor ciąg dalszy
Tajlandia / Kambodża: 20 rąk i jedna wiza

Powiązane wpisy

12 Comments

  1. Agar i Piżmo

    koleżanka była w Kambodży i stwierdziła, że to straszny kraj, który poza Angkor nie ma nic do zaoferowania

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dla nas początkowo też się taki wydał, ale po powrocie stwierdziliśmy, że mieliśmy też trochę błędne podejście. W tamtejszej mentalności jest bardzo dużo rzeczy, które mogą denerwować szczególnie nas – Europejczyków, ale niestety na to nie mamy żadnego wpływu. Poza Angkorem jest jeszcze kilka ciekawych miejsc, ale są dużo mniej znane. Warto zajrzeć chociażby do stolicy, w kórej znaleźć można kilka śladów niedawnej, tragicznej historii tego kraju. Wydarzenia, które miały miejsce, odbijają się na tym społeczeństwie do tej pory. Ogromny poziom analfabetyzmu, życie tu i teraz bez jakiegokolwiek myślenia o przyszłości, prostytucja dzieci… Liczę jednak, że z biegiem czasu Kambodża odbije się od dna.

      Odpowiedz
  2. alternative_bird

    To smutne, że mimo piękna i klimatu, jaki panuje w takich miejscach, piętno biedy i zacofania są wciąż bardziej odczuwalne niż powinny.

    Odpowiedz
  3. Spirulina

    Jak patrzę na te zdjęcia, to przypomina mi się bajka Mowgli :D Pięknie!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Haha, nie wpadlabym na to, ale faktycznie coś w tym jest :D

      Odpowiedz
  4. Sylwia

    Zachwycające miejsce, właściwie niesamowite jest wszystko: same budowle i ta przyroda jak innej planety albo filmu sf. Wpisuję na podróżniczą listę ;)

    Odpowiedz
  5. Monika Żurawska

    Super, że udało Ci się spełnić Twoje podróżnicze marzenie. To rzeczywiście cudowne miejsce i mam nadzieję, że też.kiedyś będę mogła ja odwiedzić. Szkoda tylko tych dzieci, ż pewnością są biedne, być może również nieszczęśliwe, ale wyrachowania też pewnie nie.można im odmówić, pewnie walczą o byt również między sobą. Pozdrawiam serdecznie.

    Odpowiedz
  6. Malgorzata Kossakowska

    Tez był na mojej liście – odwiedziłam we wrześniu ubiegłego roku i wciąż nie wierze, że tam byłam! :)

    Odpowiedz
  7. Carola Travels The World

    Tajlandia i Kambodża z listy odhaczone jakiś czas temu, ale lista zamiast się skracać ciągle się wydłuża. Coraz więcej planów i miejsc do zobaczeniapozdrawiam z Raja Ampat

    Odpowiedz
  8. Maciej Śmiqrski

    Idealnie ;) za jakiś czas znów podpytam o kilka rad ;)

    Odpowiedz
  9. Bo moje życie to podróż

    Zgadzam się!

    Odpowiedz
  10. Basia Nowak

    Na mojej liście też jest .. od dawna :/

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close