Kambodża: Wieczór tradycyjnych tańców khmerskich


Dzień 11, 22.11.2016 część 3/3

Zgodnie z ustaleniami nasz kierowca Kong pojawił się punktualnie i zabrał nas na wieczorny spektakl. Ze swoją propozycją spadł nam wręcz z nieba – bardzo chciałam zobaczyć tradycyjne khmerskie tańce, ale ceny wcześniejszych propozycji skutecznie nas zniechęcały. Zanim jednak nastał czas przedstawienia, udaliśmy się najpierw do warsztatu khmerskiego rękodzieła. 

Na naszą własną prośbę Kong zawiózł nas do Angkor Artists – miejsca, w którym ręcznie wytwarzane są wspomniane przeze mnie przy okazji poprzedniego wpisu ozdobne pudełka wykonane z liści palmy, ręcznie robione świeczki, mydełka, kosmetyki i mieszanki przypraw. Oprowadzeni zostaliśmy po poszczególnych warsztatach, pokrótce wyjaśniono nam też sposoby produkcji. Najciekawsza część dotyczyła farbowania i wyplatania z liści najróżniejszych opakowań. Wizyta zakończyła się oczywiście w sklepiku. Ceny były wysokie, ale jak tylko powąchałam balsam do ust o smaku mango, wiedziałam, że będzie mój. Do tego w koszyku wylądowały też khmerskie przyprawy takie jak mieszanka do amoku czy curry. A jakie był tam te ceny? Niestety dokładnie nie pamiętam, ale za kilka kosmetyków- prezentów oraz 3 paczuszki przypraw opakowane w palmowe liście zapłaciliśmy… 28$… Uwaga: przygotowali się na takie odwiedziny, na miejscu można płacić kartą.

Gdy zostaliśmy odwiezieni z powrotem do centrum Siem Reap, mieliśmy wreszcie trochę czasu na pokręcenie się po tym miasteczku za dnia. Niedaleko naszego hotelu znajdował się kompleks świątynny Wat Preah Prom Rath. Koniecznie musieliśmy tam zajrzeć, najpierw jednak posililiśmy się khmerską wersją przygotowywanych na oczach klienta szaszłyków. Były niezłe, ale nie aż tak dobre jak te w Bangkoku. Wielka szkoda, że władze tajskiej stolicy zadecydowały, że uliczne jedzenie w tym wielkim, słynącym ze street foodu mieście, ma zniknąć. Urzędnicy uśmiercają właśnie jedną z największych atrakcji tego molocha.

W innych miejscach można było spróbować pysznych soków ze świeżych owoców lub… ślimaków zebranych zapewne gdzieś przy drodze.

Stoisko z szaszłykami znajdowało się dosłownie naprzeciw wejścia do buddyjskiej Wat Preah Prom Rath.

Po obejrzeniu okolicy wróciliśmy do hotelu żeby wziąć prysznic i złapać chwilę oddechu. Wciąż w planach mieliśmy jeszcze jedną atrakcję – wieczór tradycyjnych khmerskich tańców w jednej z pobliskich restauracji.

Na początku pobytu w Siem Reap słyszeliśmy, że kolacja połączona z pokazem tańców to koszt około 40$ za osobę. Gruba przesada, która była dla nas kompletnie nie do zaakceptowania. Tyle kosztuje bilet wstępu do najpopularniejszych miejsc szczycących się najlepszymi tancerkami, dekoracjami itp. Gdy żegnaliśmy się już prawie z Kongiem po objechaniu Angkoru, ten zaproponował nam jeszcze jedną opcję. W Amazon Angkor Restaurant pokazy odbywają się codziennie w dużo niższej cenie. Już za 12$ (bufet w cenie) można zapoznać się nieco z khmerską kulturą. Czy przy takiej okazji był sens się zastanawiać? Oczywiście że nie! Dopytałam tylko, czy zdążymy zobaczyć całe przedstawienie przed odjazdem nocnego autobusu do Phnom Penh. Problemu miało nie być, więc szybko się zdecydowaliśmy.

Kong zawiózł nas pod restaurację, gdzie zaraz przechwyceni zostaliśmy przez obsługę lokalu. Duża sala, mnóstwo stołów… Pewnie te droższe lokale są bardziej kameralne. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zdążyłam pomyśleć, że może dostaniemy w tej cenie najgorsze miejsca. Jednak gdy zaprowadzono nas do naszego stołu okazało się, że naprawdę siedzimy w świetnym miejscu. Co prawda do sceny był kawałek, ale mieliśmy doskonale widzieć, co się na niej dzieje.

Zamówiliśmy coś do picia (napoje płatne dodatkowo) i udaliśmy się do bufetu. Gdy już większość gości zebrała się na miejscu (przyjechało m.in. kilka wycieczek), można było zacząć spektakl. Najpierw na scenę wyszło czterech muzyków, którzy zaprezentowali swoje umiejętności gry na kilku różnych instrumentach.

Mogliśmy posłuchać przyjemnych dla ucha melodii wygrywanych na:

  • bębnie Samphor – prowadzący orkiestrę poziomy bęben zapoczątkowujący występ. To on ustanawia rytm melodii. Samphor wspierany jest przez dwa bębny Skor Thoma oraz Chhinga – małe cymbały z brązu o wysokim tonie.
  • Kong Thom to coś jakby perkusja. Wykonany jest z serii miedzianych gongów w kształcie żarówki umieszczonych poziomo na okrągłej rattanowej ramie, wewnątrz której znajduje się siedzenie. Kong Thom gra melodię pocztową, podczas gdy ksylofon i metalphone przynoszą odmiany i ozdobne emocje.
  • Ksylofon Roneat Ek wykonany jest z zakrzywionych bambusów lub pasków z drewna tekowego umieszczonych na szczycie rezonansu łodzi w spoczynku na środkowej nodze.
  • Sralai jest jedynym instrumentem dętym w orkiestrze. Ustawia skok dla innych instrumentów. Czworokątne trzciny i lekko przekłuwane stożkowe ciało przypominają zachodni obój. Aby móc grać bez pauzy, nawet oddechu, gracz musi opanować ciągłe techniki oddychania.

Do powyższych opisów użyłam ulotki otrzymanej na miejscu. Mam nadzieję, że nic nie pokręciłam.

Orkiestra długo jednak nie pograła solo, ponieważ na scenę wkroczyły zaraz ubrane na złoto dwie tancerki. Towarzyszyło im kilka mniej rzucająco się w oczy ubranych dziewczyn. Przyszła kolej na pierwszy taniec dworski – „Best wishes dance”. Tradycyjnie taniec ten wykonywany jest w celu pobłogosławienia królowi, przywódcom lub oficjalnym gościom odwiedzającym kraj. Tancerki wykonują powolne, ale pełne gracji i równowagi ruchy. Głównie uwagę skupiają na swych dłoniach, których palce bywają nieprawdopodobnie wygięte. Dłońmi wykonują gesty mające symbolizować poszczególnie elementy – kwiat, łodygę, liść, pąk.  Przesłanie tego tańca to: „niech kwiaty rzucone przez naszych tancerzy przynoszą Ci zawsze trwałe szczęście i dobrobyt”. Próbowałam później powtórzyć niektóre z tych gestów. Niestety bez lat ćwiczeń nie miałam nawet szansy zbliżyć się do ich perfekcji.

Kolejny taniec to taniec chłopski – Coconut dance. Ten popularny taniec z południowo-wschodniej Kambodży prezentowany jest tradycyjnie na ceremoniach ślubnych. Bardzo rytmiczny i przerywany okrzykami i uderzeniami suchych łupin od orzechów kokosowych, wyraża radość w życiu i harmonię wśród Khmerów. W tym tańcu bardzo łatwo dało się zauważyć, kto z tancerzy przewodzi grupie, kto ma najwięcej energii i radości. W tym zespole najbardziej wyróżniał się jeden chłopak.

Jako że tańce przeplatały się, po chłopskim przyszedł czas na kolejny taniec dworski. Mekhala – Metapot – taniec zwycięstwa dobra nad złem. Uzbrojona w kryształową kulę symbolizującą błyskawice bogini wód Moni Mekhala triumfuje nad demonem Ream Eysaur, którego topór co chwilę wywołuje grzmoty. Te dwa symbole ilustrują zwycięstwo korzystnych deszczy w suchym i burzliwym sezonie.

Drugim tańcem chłopskim był taniec rybaków. Ten wiejski taniec rozrywkowy jest lekcją miłości i uprzejmości. Obrazuje on, jak chłopcy i dziewczęta uczą się miłości do drugiej osoby. Mimo występu grupy, taniec ten skupia się głównie na dwójce zakochujących się w sobie młodych ludzi – pokazuje namiętnego, ale złośliwego chłopca, który spotyka nieśmiałą i poważną dziewczynę. Tu tancerze naprawdę się przyłożyli. Ich gesty, miny… Wszystko było perfekcyjne.

Przyszła pora na ostatni fragment przedstawienia – cudowny balet Apsar. Ten taniec wykonywany był podczas ceremonii i uroczystości pałacowych w czasach świetności Angkoru. Apsary – pół-kobiety, pół-boginie – są niebiańskimi tancerkami. Ich delikatność i wyważenie, lekkość gestów, symbolizują unoszenie się tych istot między kosmosem a Ziemią. W tym wypadku wrażenie jednak psuły miny kilku dziewcząt – może spowodowane było to przez skupienie, ale czasem robiły miny, jakby wolały być w tej chwili zupełnie gdzieś indziej.

W tańcach brało udział 40 tancerek. Pokaz był zachwycający, więc ani chwili nie żałowaliśmy wydanych pieniędzy.

A teraz jedzenie. Było pysznie! Na początek samemu wrzucało się do miseczki składniki na zupę, które następnie kucharz zalewał gorącym rosołem, podgotowywał kilka sekund i zaraz mieliśmy posiłek. Na drugie można było spróbować różnych dań kuchni khmerskiej, ale również i ogólnie azjatyckiej. Było tego tyle, że nie daliśmy rady spróbować wszystkiego. Czy było warto? Oczywiście! Za dużo niższą cenę doświadczyliśmy nieco khmerskiej kultury. Na pewno w przypadku tych droższych przedstawień można liczyć na coś więcej, ale pytanie, czy jest to aż tyle warte? Jeśli chcielibyście wziąć kiedyś udział w takim przedstawieniu, dopytajcie swojego kierowcę albo znajdźcie na mapie restaurację Amazon Angkor Restaurant. Tańce obejrzeć można codziennie o godz. 19:30.

Po kolacji Kong odwiózł nas do centrum. Zostawił nas kilkadziesiąt metrów od hotelu, w uliczce pełnej różnych sklepików. Po serdecznym pożegnaniu udaliśmy się na ostatnie w Siem Reap zakupy. Naszą uwagę zwróciły przepiękne obrazy. Gdy tylko na chwilę się zatrzymaliśmy, od razu przepadliśmy. Młoda dziewczyna od razu zaciągnęła nas do środka namawiając na zakup. Za bardzo nie protestowaliśmy, ponieważ obrazy były naprawdę niesamowite. Po długich negocjacjach, stanęło na naszej cenie. Ponoć byliśmy jej pierwszymi tego dnia klientami, dlatego też przystała w końcu z oporem na naszą propozycję. Co ciekawe, za zakupy można było płacić kartą!

Wybraliśmy sobie zachowany w beżowej tonacji spory obraz przedstawiający słonie na tle Angkoru. Piękny widok i piękne dzieło. Płótno zapakowane zostało w tubę wykonaną z liści palmy – tak zabezpieczone mogło bez problemu wrócić z nami do Polski. Kosztowało to ok. 20$.

Po zakupach udaliśmy się jeszcze na masaż stóp w jednym z pobliskich lokali. Za 2$ można było liczyć na pół godziny relaksu. Pełna godzina kosztowała 3$. Było to najtańsze miejsce w okolicy, ale z usługi – szczególnie po doświadczeniu masażu w Tajlandii – byliśmy bardzo niezadowoleni. Kobiety ewidentnie nabijały się z klientów (nam również się dostało) i brakowało im zupełnie wyczucia. Momentami masaż ten był aż nieprzyjemny, szczególnie gdy w ruch poszły drewniane kołeczki…

Gdy wróciliśmy do hotelu, pozostało nam już tylko oczekiwanie na nocny autobus do Phnom Penh. Busik mający dowieźć nas na „dworzec autobusowy” pojawił się jeszcze przed czasem. Dowiezieni zostaliśmy pod miejsce, gdzie było kilka krzeseł i to ponoć był dworzec. Ale autobus był niesamowity. Piętrowe łóżka wyposażone w poduszkę i ciepłe koce gwarantowały spędzenie nocy w naprawdę komfortowych warunkach. Nasze bagaże zaraz wylądowały na pierwszym łóżku za kierowcą, my mieliśmy miejsce nieco dalej, na górze. Szeroko, wygodnie, tylko trzeba było uważać, żeby głową w sufit nie zarwać.

Co prawda niezbyt wygodnie było mi z plecakiem między kolanami (duże bagaże zostawiliśmy na łóżku na przodzie autobusu, ale najważniejsze dokumenty jechały ze mną), ale lepsze to, niż siedzenie w pozycji wyprostowanej. Budziła mnie też co chwila burza, ale i tak do stolicy dojechaliśmy w miarę wypoczęci. Podsumowując – polecam nocne, hotelowe autobusy w Kambodży. Oszczędność na czasie i na noclegach :)

Kambodża: Choeung Ek - pola śmierci
Kambodża: Ostatnie chwile w bajecznym Mieście

Powiązane wpisy

3 Comments

  1. Bożena

    Kolejny raz dziękuję za przydatne informacje, które zapisujesz na swojej stronie.
    Tym razem skorzystałam z podpowiedzi dotyczącej kolacji z tańcami w Siem Reap.
    Bardzo dziękuję.

    Odpowiedz
  2. Monika

    Szkoda, ze wpis nie pojawil sie przed moim wylotem do Kambodzy, na pewno skorzystalabym z pomyslu obejrzenia tancow w restauracji ! :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Będzie jak znalazł na następny raz ;) Pozdrawiam imienniczkę :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close