Sri Lanka: Kopalnia kamieni szlachetnych i magiczne maski


Wyświetl większą mapę

26.01.2015 – dzień 12 cz. 3/5

MIRISSA – GALLE – HIKKADUWA – PERALIYA – AMBALANGODA – BALAPITIYA – KOSGODA – WADDUWA

Jako że Sri Lanka słynie – poza herbatą – z wydobycia najróżniejszych kamieni szlachetnych i półszlachetnych, punktem obowiązkowym na naszej trasie musiała być kopalnia minerałów. W początkowych planach wyjazdu brana pod uwagę była Ratnapura, ponieważ właśnie okolice tej miejscowości są lankijskim zagłębiem wydobywczym.  Jednak w okolicy Ambalangody również są takie kopalnie, dlatego Ratnapurę w końcu odpuściliśmy. Niestety nie potrafię powiedzieć, w jakiej miejscowości mogliśmy obejrzeć taką kopalnię…

Jak wiadomo – kobiety lubią błyskotki. Wszystkie, bez wyjątku. Nawet ja się nie wyłamuję z tej reguły… Zresztą kilka dni wcześniej nie oparłam się pokusie zakupu wisiorka z lankijskim kamieniem księżycowym. Dlatego też nie mogłam sobie darować przyjrzenia się procesowi wydobycia i szlifowania niepozornych kamyków zamieniających się w cudowne błyszczące klejnoty. Ziemie Sri Lanki obfitują w złoża cennych minerałów, przez co uważa się, że wyspa ta ma najbogatsze złoża na świecie.

Kopalnia kamieni (1)

Jak tylko zajechaliśmy na parking, zaraz zgarnął nas przewodnik. Wizyta w kopalni kamieni jest bezpłatna, ale standardowo tak jak i w innych miejscach liczą na to, że się coś kupi później w sklepiku (a raczej porządnym salonie jubilerskim, jakiego nikt by się nie spodziewał).

Najpierw zaprowadzeni zostaliśmy do szybu, w którym pracują mężczyźni wydobywający na powierzchnię ziemię potencjalnie zawierającą cenne kamienie. Do środka nie zeszliśmy, ale widać było, że warunki pracy w takiej kopalni muszą być bardzo ciężkie. Jeżeli jesteście zainteresowani procesem wydobycia kamieni, zapraszam do postu, w którym opisałam cały proces – do przeczytania tutaj.

Następnie jakiś mężczyzna pokazał nam, jak wypłukuje się minerały. W koszyku miał przygotowaną ziemię i specjalnie dorzucone do niej dwie spore nieobrobione bryłki kamienia księżycowego. Oczywiście wszystko na pokaz. Szybko wskoczył do niewielkiego bajorka i po kilku chwilach na dnie koszyka pozostały jedynie drobne kamyki i wspomniane dwa kamienie księżycowe. Chyba po swojej prezentacji liczył na jakiś napiwek, bo jak tylko odeszliśmy to kątem oka zobaczyłam, jak ze złością kopnął górkę ziemi.

Kopalnia kamieni (2)

Następnie zaprowadzeni zostaliśmy do warsztatu, w którym kamienie obrabia się nadając im pożądaną wielkość i kształt.

No i na koniec trafiliśmy oczywiście do sklepu z gotową biżuterią. Moją uwagę ponownie przyciągnęły kamienie księżycowe. Podobają mi się różne kamienie, rubiny i szafiry również, ale te akurat były finansowo poza moim zasięgiem. W sklepie mogłam sobie dokupić kolczyki do zakupionego w Kandy wisiorka, jednak cena była stanowczo za wysoka – oprowadzający nas pan zaśpiewał sobie cenę 70$ za drobniutkie prawie przezroczyste kamyki. Uparcie prosił nas o podanie naszej ceny, żeby negocjować, ale nie mieliśmy na to ochoty. Gdy nalegał, w końcu powiedziałam mu, że nasza propozycja będzie dla niego śmieszna i nie do przyjęcia więc nie ma o czym dyskutować. Jako że w dalszym ciągu nie odpuszczał, rzuciłam mu cenę 20$. Od razu dał spokój :)

Kopalnia kamieni (7)

Gdy wychodziliśmy, zauważyliśmy skradającą się do wielkiego ananasa wiewiórkę. Po chwili była już na nim do góry nogami i przegryzała się przez skórkę owocu. Jednak gry zorientowała się, że jesteśmy blisko, bardzo szybko uciekła.

Kopalnia kamieni (3)Po wizycie w kopalni, przyjechaliśmy do Ambalangody, w której tworzone są drewniane maski, które jako pamiątkę można zakupić na całej wyspie. Tradycyjnie maski takie służą do odpędzania złych duchów, ochrony przed ogniem, mają zapewniać szczęście i pomyślność – wszystko zależy od tego, jaka konkretnie maska jest zawieszana w domu. Istnieją również maski medyczne, potrafiące ponoć uleczyć co najmniej 18 chorób oraz maski teatralne. W Ambalangodzie zobaczyliśmy warsztat oraz muzeum masek – Ariyapala Traditional Masks.

W trakcie wizyty mogliśmy podejrzeć proces ręcznego wytwarzania i malowania różnorodnych masek. Jedna duża powstaje ok. 7 dni, mniejsza natomiast 4 dni. Wykonywane są z niesamowicie lekkiego drewna, niestety nazwy tego gatunku nie zapamiętałam… Drewno poza tym, że jest lekkie, jest również bardzo miękkie, przez co łatwo się je rzeźbi.

Od razu zajrzeliśmy do warsztatu. Prawie nikt nie zwracał na nas uwagi, gdy tak kręciliśmy się pośród pracowników. Każdy robił swoje – mężczyźni obrabiali kawałki drewna nadając im odpowiedni kształt, a kobiety malowały gotowe wyroby. W trakcie wizyty w warsztacie mile widziane jest zostawienie jakiegoś datku. My do skrzynki wrzuciliśmy 100 rupii (2,80zł), co spotkało się z szerokimi uśmiechami panów siedzących obok.

Po wyjściu z warsztatu zaproszeni zostaliśmy do niewielkiego muzeum, po którym oprowadzała jakaś młoda Lankijka. To było chyba najnudniejsze miejsce w trakcie całej wyprawy… W życiu nie słyszałam bardziej zniechęcającego do słuchania tonu głosu. Dziewczyna mówiła kompletnie bez emocji, odniosłam wrażenie że dużo ciekawsze byłoby odsłuchanie jakiegoś nagrania. Ewidentnie widać było, że ją samą nudzi powtarzanie non stop tego samego niewielkim grupkom turystów (poza nami w muzeum była jeszcze jakaś inna para, kompletnie nie zainteresowana tym miejscem). Muzeum mimo, że małe, to jednak raczej miało potencjał, można było się w nim na pewno sporo dowiedzieć, ale po połowie oprowadzania po prostu się wyłączyłam i skupiłam na robieniu zdjęć. Jedyne co wychwyciły moje uszy to to, że eksponatami są m.in. maski z różnych lankijskich przedstawień – pijany bębniarz z „uroczą” małżonką, król i królowa, żona łgarza zakochana z wzajemnością w najbogatszym włościaninie i wiele innych. Pod koniec oprowadzania mogliśmy zobaczyć również ekspozycję ukazującą scenę uzdrowienia chorej kobiety poprzez tańce w odpowiednich maskach i złożenie ofiary nieczystym duchom. Na samym końcu wisiały maski uzdrawiające.

Jeżeli tylko było się zainteresowanym jakimiś zakupami, to w sklepiku, w którym kończyło się zwiedzanie, można było spędzić sporo czasu. Maski o różnych kolorach i różnej wielkości były dosłownie wszędzie. Spoglądały na turystów swymi wyłupiastymi oczami ze ścian, stołów, filarów… Istne zatrzęsienie. A za nami sunął pan gotów w każdej chwili odpowiedzieć na wszystkie pytania. W końcu zakupiliśmy dwie pamiątki – słynnego lankijskiego rybaka siedzącego na palu (figurka wykonana z mahoniu) i tradycyjną maskę mającą na celu odstraszanie złych mocy. Za ten zestaw zapłaciliśmy po rabacie wynoszącym bodajże 500 rupii „jedyne” 4500 rupii (ok.120zł… :/). Bardzo drogo, ale mamy przynajmniej pewność, że figurki zostały ręcznie wykonane w tym miejscu.

Jako że dalej jechaliśmy przez Balapityę, zatrzymaliśmy się w niej na tzw. „river safari”.

CDN.

Sri Lanka: "River safari"
Sri Lanka: Rafa koralowa i naciąganie "na żółwia"

Powiązane wpisy

3 Comments

  1. Mamutek

    Dziękuję :)

    Odpowiedz
  2. Mamutek

    A 4500 rupii. to ile to jest zł ? ;)

    Odpowiedz
    1. MonikaMonika (Autor posta)

      Faktycznie, zabrakło przelicznika ;) Już uzupełnione! :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close