Sri Lanka: Latające lisy w Peradeniya

 


Wyświetl większą mapę

 21.01.2015 – dzień 7 cz. 3/3

KANDY – PERADENIYA – NUWARA ELIYA

Prosto z muzeum minerałów ruszyliśmy do królewskich ogrodów botanicznych w Peradeniya. Kusumsiri zostawił nas przed bramą przy której znajdują się kasy biletowe do ogrodów. Cena biletu normalnego dla turysty – 1100 rupii (31zł). Razem z biletem otrzymuje się bezpłatną mapkę z zaznaczonymi dokładnie miejscami godnymi obejrzenia. Już od samego wejścia uwagę zwraca ogromna różnorodność drzew. Widać też, że ogrody są zadbane – trawa przycięta, śmieci brak, a stare liście palm są regularnie usuwane. Swoją drogą nie sądziłam, że przy usuwaniu jednego liścia mogą być potrzebne 4 osoby. Ale niektóre są tak ogromne, że równie dobrze mogłyby spadając zrobić sporą krzywdę.

Królewskie ogrody botaniczne w Peradeniya założyli w XIVw. syngalescy królowie, następnie w XIXw. zostały rozwinięte przez kolonizujących wyspę Anglików. Teren zajmuje powierzchnię 60 hektarów. Rośnie tam ponad 4000 drzew reprezentujących głównie florę Sri Lanki, ale sprowadzono tam również gatunki występujące w innych częściach świata. Peradeniya to ogrody w stylu angielskim, z wytyczonymi ścieżkami dla zwiedzających. Jednak mimo wytyczonych ścieżek, bez problemu można również korzystać z trawników – w kilku miejscach widzieliśmy, jak Lankijczycy piknikują sobie w cieniu.

Jako że obszar ogrodów jest ogromny, chcąc je dokładnie zwiedzić, trzeba założyć wygodne obuwie. Ja się zapomniałam i zostałam w japonkach. Nie powiem w którą część ciała nogi mi wchodziły po długim czasie chodzenia.

W Peradeniya natknąć się można na liczne gatunki kolorowych ptaków, wiewiórki a także żółwie i… ogromne nietoperze bardzo hałasujące mimo wczesnego popołudnia.

Występujące w Peradenyi nietoperze to rudawki wielkie – największe na świecie bezogoniaste nietoperze pozbawione zupełnie zmysłu echolokacji. Zwane są latającymi lisami. Długość ciała takiego „maleństwa” to 32cm, natomiast rozpiętość skrzydeł może dochodzić do 150cm! Nietoperze te są gatunkiem owocożernym żerującym w ciągu dnia. Stąd ten hałas. Jest tylko jedna część ogrodu, którą upodobały sobie te wielkie latające stworzenia. Drzewa dosłownie oblepione są zwisającymi z gałęzi nietoperzami, a co chwilę na niebie pojawia się kilkanaście lecących osobników. Wygląda to niesamowicie. Tylko w tym fragmencie ogrodu spędziliśmy chyba z 40min. Ciągle zadzieraliśmy głowy i obserwowaliśmy przeloty pojedynczych osobników, jak i całych grupek.  Kilka rudawek można zobaczyć także w Polsce, wystarczy wybrać się do wrocławskiego ogrodu zoologicznego – właśnie tam pierwszy raz zetknęłam się z tymi nietoperzami.

Ze wszystkich roślin zasadzonych w Peradeniyi największe wrażenie zrobiły na mnie gigantyczne bambusy, najróżniejsze gatunki palm (pnie niektórych z nich wyglądały jak plecione) oraz najróżniejsze poskręcane drzewa. Bambusy należą do rodziny wiechlinowatych. Może to nic ciekawego, ale wiechlinowate to trawy. Całkiem spore, nie? Takich traw jest tam kilka „kępek”.

 

Na końcu ogrodu doszliśmy do zawieszonej nad rzeką kładki. Jako że zejście z niej na drugą stronę jest zagrodzone, można przejść tylko do połowy. Kładka przy każdym kroku trzęsie się coraz bardziej. Jak tam staliśmy, weszła na nią grupka chłopaków, którzy za nic mieli to, że jakaś Lankijka była naprawdę przerażona chwianiem się przeprawy. Odetchnęła chyba z ulgą, jak tylko zeszli. Jeżeli ktoś boi się wysokości, albo tego że wpadnie do wody, to ta kładka nie jest dobrym pomysłem. Jak jest mocno rozchwiana, ciężko iść po niej prosto. Co chwila można odbijać się od barierek. Ale widok jest ładny :) Niestety na drzewach widać było bardzo duże ilości śmieci. Jak się później okazało śmieci te pojawiły się po niedawnej powodzi, gdy rzeki na Sri Lance bardzo wezbrały. W kilku innych miejscach widzieliśmy, że w korytach rzek leżały powyrywane ogromne drzewa…

W Peradenyi wreszcie dowiedziałam się, jaką nazwę nosi dziwny okaz widziany już przez nas w kilku innych miejscach. Zaciekawiło mnie drzewo, z którego pnia wyrastały owoce w postaci dużych, twardych, brązowych kul. Jak się okazało, była to pochodząca z Ameryki Północnej czerpnia gujańska zwana potocznie drzewem kul armatnich. Skojarzenie jak najbardziej właściwe. Miąższ owoców czerpni jest jadalny, ale podobno jego zapach jest bardzo nieprzyjemny. Nie przejmują się tym jednak dzikie świnie, które ponoć uwielbiają te owoce.

Peradeniya (34)

W ogrodach królewskich znajduje się także polski akcent. Część tego miejsca została przeznaczona na tzw. aleję zasłużonych. Przy jednej z alejek drzewa sadzone były przez ludzi zasłużonych dla danych czasów. Można tam znaleźć drzewo zasadzone przez cara Rosji Mikołaja II, Jurija Gagarina, księcia Walii… Przy każdym drzewie wbito w ziemię tabliczkę z dokładną informacją, jaki to gatunek oraz kiedy i przez kogo został posadzony.

Zaszczyt ten spotkał tylko jednego Polaka – był nim Józef Cyrankiewicz, I sekretarz KC PZPR. Cyrankiewicz drzewo posadził 13 października 1960r. Jemu przypadła w udziale asioka – Saraca asoca z rodziny bobowatych – drzewo, mające duże znaczenie w hinduizmie. W literaturze indyjskiej oznacza ono miłość, a kobiety wierzą, że modląc się przy nim doczekają się potomstwa. Podobno obsypuje się licznymi kwiatami, gdy stanie obok niego piękna dziewczyna. Spodziewałam się, że będzie to dorodny okaz i takiego drzewa szukałam – jakby nie patrzeć minęło od jego zasadzenia już 55 lat. Trochę się zdziwiłam, bo drzewko było osiągnęło niewielkie rozmiary i na tak stare nie wyglądało.

W ogrodzie mieliśmy spędzić ok. 2 godz. – tak przynajmniej twierdził nasz kierowca. Według niego czas ten był wystarczający do przejścia całego terenu. Nam się jednak zeszło „odrobinę” dłużej, bo 3,5 godz. Ale wliczyliśmy w to obiad – w moich przypadku był to lankijski omlet z frytkami (tak, to danie figurowało w menu jako danie typowe dla tego kraju). Omlet był z dodatkiem cebulki i pomidorów. Natomiast mąż zamówił rybę (żeby tylko było wiadomo jaką…) z frytkami. Nieco się zdziwiliśmy, kiedy podano rybę z frytkami i ryżem. Jedzenie może jakoś specjalnie nie powalało, ale było zjadliwe. Te dania w przeciwieństwie do rice&curry były dość „europejskie”.

Na tym rozległym terenie, jest chyba tylko jedna restauracja, w której można coś przetrącić. Ale za to jaki widok ma się z okien… Siedząc na restauracyjnym tarasie lub przechadzając się wśród bujnej roślinności, warto zwrócić uwagę na ogromne drzewo figowca (Ficus benjamina), który jeszcze niedawno zajmował powierzchnię prawie 2500m2. Niestety w 2011 zostało poważnie uszkodzone przez przechodzącą tamtędy nawałnicę. Mimo tego wielkość tego figowca dalej robi wrażenie. Jest ogromny! Obecnie drzewo wygląda tak:Peradeniya (40)A tak wyglądało przed 2011 (wyjątkowo zamieszczę tutaj cudze zdjęcie dla porównania) – żałuję, że nie dane mi było zobaczyć go wtedy…

1280px-Fikus1(js)

Fot. „Fikus1(js)” autorstwa Jerzy Strzelecki – Praca własna. Licencja CC BY 3.0 na podstawie Wikimedia Commons – http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Fikus1(js).jpg#/media/File:Fikus1(js).jpg

Po obiedzie dokończyliśmy zwiedzanie ogrodów, ale czas nas gonił.

Na koniec została nam jeszcze wizyta w ogrodzie orchidei. Rośnie tam ponad 100 ze 188 rodzajów storczyków występujących na wyspie. Niestety kwitnących roślin nie było zbyt wiele. Mimo że storczyki lubię, tam nie miałam za bardzo co oglądać.

Peradeniya (2) W Peradenyi jest też niewielki obszar, na którym rosną drzewa przyprawowe występujące na Sri Lance. W ogrodzie przypraw w Matale nie za bardzo mogliśmy przyjrzeć się owocom muszkatołowca bo był tylko jeden, na dodatek rosnący bardzo wysoko, ale w Peradeniyi zachowało się ich ciut więcej. Oczywiście rosły poza zasięgiem rąk turystów. Inne zostały pewnie zerwane przez odwiedzających. Na ten fragment zbyt dużo uwagi nie poświęciliśmy – mieliśmy świadomość tego, że czeka nas nocna jazda przez góry, więc im szybciej wróciliśmy do samochodu tym lepiej dla nas.

Peradeniya (4)W ogrodach po raz kolejny to my stanowiliśmy jedną z największych atrakcji – Lankijczycy zwracali na nas uwagę, ale najzabawniejsza sytuacja spotkała nas z dwiema dziewczynami. Początkowo poprosiły o zrobienie im razem zdjęcia, a po chwili wróciły i poprosiły o wspólne zdjęcie z nami. Widać po nich było, że czują się niesamowicie skrępowane swoją własną prośbą, ale chęć posiadania zdjęcia z „białymi” zwyciężyła.

W drodze na nocleg w Nuwara Eliya, zatrzymaliśmy się dwukrotnie na moment na małe zakupy świeżych owoców. Przy drogach rozstawione są niewielkie stoiska, na którym sprzedawane są lokalne owoce. Pierwszym miejscem postoju była droga tuż za Kandy. Sprzedawca oferował owoce guawy (gruszle). Umył je wodą z butelki, po czym pokrojone wrzucił do torebki i przekazał naszemu kierowcy. Sponsorem przekąski był Kusumsiri. Cóż… naczytałam się kiedyś, że owoc guawy ma słodki, pyszny smak. Albo twórcy tych opinii mieli spaczony smak, albo my trafiliśmy na niedojrzałe owoce, bo były cierpkie, słodyczy nie dawało się w nich w ogóle wyczuć. Poza tym guawa ma mnóstwo bardzo twardych, niewielkich pestek. Jedyne co, to podobno owoc guawy ma sporo witaminy C, kwasu foliowego, żelaza, miedzi i mnóstwo witamin.

Na drugie zakupy zatrzymaliśmy się już wysoko w górach. Przydrożne stoisko było niesamowicie dobrze zaopatrzone. Gdy tylko rozpoznawałam kolejne owoce, które widziałam niegdyś tylko na zdjęciach, dopytywałam o cenę. I tak udało się zakupić flaszowca miękkociernistego (okaz był bardzo dojrzały, specjalnie wybrany przez sprzedawcę), flaszowca łuskowatego, czerwone banany, mangostan oraz wreszcie spróbowałam wody z młodego kokosa królewskiego.

Za 3 mangostany zapłaciliśmy 100 rupii (ok. 2,80zł), za 3 sztuki flaszowca łuskowatego 100 rupii (również 2,80zł), za flaszowca miękkociernistego bodajże 50 rupii (1,40zł za duży owoc), kokosy kosztowały nas 50 rupii każdy (świeżuteńki młody kokos za 1,40zł!). Co ciekawe, za takiego samego kokosa kilka dni wcześniej usłyszeliśmy cenę 150 rupii. Po wypiciu soku, łupiny zostały rozcięte niewielką maczetą i przy pomocy skrobaczki wykonanej z kawałka kokosowej skóry mogliśmy wyskrobać zawartość naszego drinka. Smak młodego kokosa nijak nie jest podobny do tego, który znamy w dojrzałej, wysuszonej wiórkowej formie. Miąższ przypomina galaretkę i jest prawie bez smaku. Koszt wszystkiego łącznie z dwiema litrowymi butelkami wody? Uwaga… Całe 420 rupii. Czyli niecałe 12zł. Wreszcie coś było tanie. W Polsce niestety nie dostanie się tych owoców w świeżej postaci, ponieważ ich transport na takie odległości jest niemożliwy, zbyt szybko się psują. Kolacja zapowiadała się bardzo egzotycznie. Od właścicieli obiektu wypożyczyliśmy łyżki i nóż i mogliśmy przystąpić do konsumpcji pyszności. Owoce były pyszne. A moim ulubieńcem był mangostan (nie na darmo nazywany u nas smaczeliną).

Peradeniya (51)

Podobno potrzeba 10 lat, żeby po raz pierwszy zaowocowało młode drzewo mangostana wydającego ciemne owoce. W przypadku jasnych odmian czas ten jest krótszy. Wewnątrz owocu znajduje się delikatny, rozpływający się miąższ podzielony na kilka segmentów. Każdy taki segment przypominał mi ząbek czosnku. Smak mangostana jednak nie ma nic wspólnego z czosnkiem. Jest słodki, przypominał mi połączenie ananasa i brzoskwini. Pyyychaaa…

Peradeniya (52)

W miejscu, w którym mieliśmy spędzić noc (obiekt Redwood Inn), okazało się, że jest jedno gniazdko elektryczne. Mimo kilku prób wciśnięcia wtyczki, nie udało się. Nasza brytyjska przejściówka na nic się zdała… Mieliśmy mnóstwo baterii do naładowania, więc trzeba było coś wykombinować.

Do tej pory w przypadku takich gniazdek nie było żadnego problemu z podłączeniem europejskich wtyczek, ale tym razem coś było zablokowane. Po dokładniejszym przyjrzeniu się wyszło na to, że chyba każdy gość miał tam ten sam problem i radził z nim sobie zwyczajnym długopisem. Tak się składało, że mieliśmy ze sobą plastikowy długopis, który wylądował w jednym z otworów gniazdka. Podziałało! Może nie jest to najmądrzejszy sposób, ale przynajmniej był skuteczny.

Niestety nasz pokój bardzo mocno odbiegał od tego, co można było zobaczyć w Internecie. A do tego był najdroższym zarezerwowanym pokojem w trakcie całego pobytu na Sri Lance! Mimo, że należał do najtańszych w regonie to kosztował ponad 30$. Ze względu na wąską drogę, ostatnie kilkadziesiąt metrów trzeba pokonać tam na piechotę. Prywatna łazienka okazała się łazienką na korytarzu, tuż za strefą wspólną w której cały wieczór przesiadywali jacyś Azjaci. Było ich doskonale słychać w naszym pokoju. Miejsce to na portalu rezerwacyjnym zostało ocenione na 8,8/10 pkt., ale naprawdę nie wiem, skąd wzięła się tak wysoka nota. Całością zajmował się młody chłopak – widać było, że się stara (nawet ręczniki złożył nam w kształt łabędzia), ale warunki zdecydowanie nie były warte ceny.

Dojazd ponownie zbyt łatwy nie był. Doszłam do wniosku, że jeszcze jeden tak zlokalizowany nocleg, a kierowca mnie zamorduje… Jednak najważniejsze było dla mnie to, że następnego dnia mieliśmy zobaczyć wreszcie plantacje herbaciane.

CDN.

(Visited 1 552 times, 1 visits today)
Sri Lanka: Pola herbaty i Little Adam's Peak
Sri Lanka: Sari, szafiry i kamienie księżycowe

Powiązane wpisy

1 Comment

  1. Mamutek

    Bardzo mi się podoba ten ogród botaniczny. Z przyjemnością pospacerowałbym sobie wśród tej niesamowitej roślinności.

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close