Sri Lanka: O tym, jak pierwszy raz w życiu widziałam wieloryba

 


Wyświetl większą mapę

25.01.2015 – dzień 11   cz. 1/2

MIRISSA – polowanie na wieloryby – KOGGALA – AHANGAMA – MIRISSA

Jedną z głównych atrakcji Mirissy – o ile nie jedyną poza plażą – jest wyprawa na ocean w poszukiwaniu delfinów i  wielorybów (m.in. płetwali błękitnych i kaszalotów), mających w bliskiej odległości od wybrzeży Sri Lanki swoje szlaki migracyjne. Akurat od stycznia do marca (według niektórych źródeł nawet do kwietnia) ssaki te można spotkać przy południowych wybrzeżach, gdzie właśnie Mirissa i okolice Dondra (najbardziej wysuniętego na południe punktu wyspy) są centrum organizacji takowych wypraw. Niestety koszt wypłynięcia turystyczną łodzią jest bardzo wysoki i waha się w sezonie bodajże od 4000 rupii (112zł) do nawet 8000 (224zł). Pewnie jeszcze droższe oferty też się znajdą. Wszystko zależy od komfortu. Warto jednak zainwestować w taką wyprawę ciut więcej, ponieważ mamy wtedy w cenie nie tylko przepłynięcie łodzią, ale także kamizelki ratunkowe, toaletę, leki na ewentualną chorobę morską, pyszne śniadanie oraz opiekę profesjonalnej i sympatycznej obsługi. Ponadto dla każdego znajdzie się bezpieczne miejsce siedzące. Wiele wypływających z portu łódek nie miało takiego standardu, przyglądając się niektórym z nich zastanawiałam się, czemu one w ogóle mają pozwolenie na wypłynięcie.

Mirissa - wieloryby (26)

Fot. Nasza łódź i bardzo rozmowny „szef” ekipy ;)

Wyprawa taka trwa od 3 do 5 godz., w zależności od tego, jak szybko uda się załodze wypatrzeć wieloryby, ponieważ to one są główną atrakcją.

Sri Lanka jest najlepszym miejscem na świecie, żeby zobaczyć te giganty, więc naprawdę nie mogłam pominąć takiego wydarzenia w programie wyjazdu. Ocenia się, że w trakcie ich wędrówek ma się 95% szans na ich zobaczenie. Podobno jeżeli wieloryba się nie zobaczy, ma się darmową możliwość popłynięcia na wyprawę następnego dnia. Ciekawe, czy ta zasada faktycznie jest stosowana, czy też zależy to od firmy, w której wykupiło się wycieczkę.

Zdecydowaliśmy się na opcję kosztową „po środku”. Koszt wyprawy wyniósł 6500 rupii za osobę, co daje w przeliczeniu na złotówki jakieś 182zł. Rezerwacji dokonaliśmy w hotelu Paradise Beach Club. Wyprawę tę organizowaliśmy z oparciu o doświadczenie Kusumsiri, ponieważ gdy przeglądałam wcześniej różne oferty w Internecie, nie potrafiłam wybrać tej najlepszej, ale nadal w rozsądnej cenie.

Przy rezerwacji dostaliśmy jakieś plakietki z numerkami – należało oddać je obsłudze w trakcie wsiadania na łódź. To takie proste zabezpieczenie, żeby nie popłynął nikt niepowołany, ponieważ w porcie nikt nie sprawdza żadnej listy obecności. Masz numerek? Płyniesz. Nie masz go? Oglądasz jak odpływamy z nabrzeża.

Dzień przed wyprawą zobaczyliśmy na plaży znak informujący, że w tym dniu widziano jednego płetwala błękitnego, zero delfinów i kilkanaście latających ryb. Wyglądało to skromnie, ale po chwili uświadomiłam sobie, że zobaczenie nawet jednego płetwala na własne oczy musi być niezłym przeżyciem.

Na obserwację wielorybów należało stawić się bardzo wcześnie. Kierowca przyjechał po nas jeszcze przed 6:00 żeby sprawdzić, czy wstaliśmy. Nasza gospodyni nie chciała nas wypuścić o pustych żołądkach, ale nie mieliśmy czasu na śniadanie. Udało się w końcu osiągnąć kompromis i podała nam herbatę. Okazało się, że krewny naszych gospodarzy organizuje też wyprawy na obserwację wielorybów po dość atrakcyjnej cenie, ale niestety standard był dużo gorszy.

Znów czułam się jak owieczka prowadzona przez pasterza. Kusumsiri podwiózł nas pod hotel, z którego ruszał busowy transfer do portu. Następnie niby nas zostawił w tłumie innych uczestników wyprawy, ale kręcił się gdzieś z boku. Później wpakował nas (dosłownie!) do pierwszego busa i pojechał z nami do portu. Dzięki temu mieliśmy idealną szansę na wybór najlepszego do obserwacji miejsca na samym przodzie łodzi. Byliśmy jednymi z pierwszych w porcie. Gdy odpływaliśmy, Kusumsiri nawet nam pomachał… Mój instynkt wyprawowy dogorywał w męczarniach… A tak serio – z jednej strony to „onicniemartwieniesię” było wkurzające, ale z drugiej – całkiem przyjemne.

Zanim jeszcze silniki zostały uruchomione, mogłam przyjrzeć się dokładnie różnokolorowym łodziom w porcie.

Jeszcze przed ruszeniem załoga rozdała tabletki na chorobę morską, my jednak ich nie łyknęliśmy. Rozdane zostały również kamizelki ratunkowe, które należało obowiązkowo założyć na siebie. W trakcie rejsu nikt się nie pochorował, mimo że momentami było naprawdę źle. Woda w porcie i przy jego ujściu była spokojna, dlatego miałam cichą nadzieję, że fale nie będą zbyt silne. Co prawda na chorobę morską jeszcze nigdy nie cierpiałam, ale nie miałam okazji spędzić też kilku godzin na oceanie, więc różnie mogło być.

Mirissa - wieloryby (32)Wygodnie rozsiadłam się w fotelu i zaczęłam konsumować podane wcześniej przez załogę śniadanie. Chleb tostowy z jakąś pikantną, ale pyszną pastą, jajko na twardo, ciasto, banany i ananasy. Wszystko to zapakowane estetycznie w styropianowy pojemnik. Mniam. Byłam już porządnie głodna, więc całe śniadanie pochłonęłam w ekspresowym tempie.

Mirissa - wieloryby (1a)

Dobrze że nie czekałam z tym śniadaniem, bo później nie miałabym kiedy go zjeść. Gdy wypłynęliśmy na ocean i silniki pracowały pełną parą, zaczęło się… Stateczek podskakiwał na falach niemiłosiernie… Niby nie były duże, ale dziób łodzi nieustannie huśtał się góra- dół, wszystkich stojących z przodu zalewała woda. Załoga była i na to przygotowana. Zanim ruszyliśmy rozdali ręczniki. Gdy szef załogi zobaczył, jak po którymś z kolei oceanicznym prysznicu dosłownie ścieka ze mnie woda, zaraz dostałam kolejny ręcznik :) Nawet nie musiałam się upominać. Co prawda nie było za gorąco, więc mokra spódnica potęgowała wrażenie chłodu, ale emocje brały górę. Później początkowe utrapienie zamieniło się nawet w dobrą zabawę. Po każdym rozbryzgu wody śmiałam się i piszczałam razem z kilkoma innymi uczestniczkami wyprawy, które tak samo zawzięcie jak ja uczepiły się przodu.

Jeżeli nie trzymalibyśmy się z przodu barierek, ktoś na pewno wylądowałby w wodzie. Zanim się przyzwyczaiłam, miałam sama do siebie pretensje, że coś takiego w ogóle przyszło mi do głowy. Żołądek fikał koziołki (znacie to dziwne uczucie, gdy jedziecie samochodem, albo jesteście w wesołym miasteczku i nagle opadacie w dół na jakiejś górce albo karuzeli?). Chciałam wracać do portu. Na pokładzie dało się ustać jedynie mocno trzymając się barierek. Przejście od siedzeń do barierki wymagało szybkiego biegu lub nawet pomocy załogi. Na szczęście można było liczyć na nich tak przy wsiadaniu na łódź jak i w trakcie całego rejsu. Podziwiałam chłopaków za umiejętność utrzymywania równowagi w tych warunkach. Spacerowali sobie po pokładzie zupełnie niczego się nie trzymając. Albo stawali na barierkach trzymając się jedynie dachu łodzi. Mi wyćwiczenie takiej równowagi zajęłoby chyba lata…

Mirissa - wieloryby (15)

Niedługo po wypłynięciu zobaczyliśmy niewielkie stadko delfinów butlonosych składające się z kilku sztuk dorosłych osobników. Chwilę je pościgaliśmy w pewnej odległości, ale zwierzaki nie były tego dnia zbyt towarzyskie i oddalały się szybko od zatrzęsienia łodzi, które zdążyły się tam nagromadzić. Podobno zdarza się, że delfiny podpływają i płyną równolegle z łodzią. Nie tym razem.W ogóle już przy delfinach zdążyłam zauważyć, że nasza łódź trzyma się od zwierząt z dala. Niektórzy pewnie mieliby o to pretensje, ale ja to rozumiem. Widać chodziło o to, żeby nie straszyć za bardzo zwierząt. Jeżeli nagle wokół stadka robi się tam ogromne zamieszanie, zwierzęta mogą czuć się zagrożone. Niestety inne łodzie podpływały jak najbliżej się dało i dosłownie goniły co tylko się dało.

Mirissa - wieloryby (16)

Fot. Delfiny butlonose

Udaliśmy się na właściwe „polowanie”. Przez następne kilkadziesiąt minut widziałam jedynie kilka latających ryb. Żadnych delfinów, a na wieloryby to w ogóle przestałam liczyć. Zaczynało się już wszystkim nudzić, część osób z tyłu poszła nawet spać… Ja początkowo obserwowałam kutry rybackie, których miejscami było sporo a w końcu ucięłam sobie pogawędkę z dwoma Brytyjczykami, którzy stali tuż przy mnie.

Mirissa - wieloryby (17)

W sumie to panowie zaczęli. Jak tylko dowiedzieli się, że z Polski przylecieliśmy, zaczęli wspominać, ilu to Polaków znają i jak wspaniali są to ludzie. Aż mi się miło zrobiło, że ktoś tak ciepło mówi o naszym narodzie. Gdy tak sobie rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, członek załogi wskazał na oceanie miejsce, z którego tryskała słabo widoczna kilkumetrowa fontanna wody. To był on! Wypatrzył płetwala błękitnego, największego z żyjących obecnie zwierząt! Płetwal kilka razy wypuścił fontannę wody, po czym zanurzył się pokazując najpierw swój grzbiet, a następnie ogromny ogon.

Mirissa - wieloryby (19)

Nie raz widziałam takie sceny na filmach przyrodniczych, ale na żywo to naprawdę robi wrażenie. Wydawało mi się, że widzę ten chowający się pod wodą ogon w zwolnionym tempie. Koniecznie chciałam zrobić zdjęcie takiego wieloryba, ale o dużym zoomie mogłam zapomnieć. Tak nami bujało, że nijak nie dawało rady ustawić się z lustrzanką. Miałam do wyboru puścić barierkę (nigdy w życiu!), lub strzelać zdjęcia jak leci. Oczywiście na zdjęciach było wszystko, tylko nie wieloryb.Gdy zwierzę znikło pod wodą, zaczęło się oczekiwanie i wnikliwe wypatrywanie, gdzie się pojawi za chwilę.

Fontanna wody oznacza, że wieloryb oddycha i szykuje się do zanurzenia. Gdy pod wodą zniknie jego ogon, rozpoczyna się polowanie na kryl. Po jakiś 8-10min. wieloryb znów się wynurza, by zaczerpnąć powietrza.

Widzieliśmy jeszcze kilkukrotnie takie fontanny. Aż w końcu trafiliśmy – jak się później okazało – na drugiego płetwala! Drugi osobnik był raczej mniejszy, ale był na tyle daleko, że mogłam odnieść mylne wrażenie co do jego wielkości. Zresztą jakby nie patrzeć – czy to mniejszy czy większy płetwal, w dalszym ciągu jest to ogromny wieloryb, którego nie każdy może w życiu zobaczyć!

A oto płetwal błękitny. Wybaczcie jakość zdjęć, ale na swoje usprawiedliwienie powiem tyle, że warunki do fotografowania były koszmarne a zdjęcia musiałam robić „na automacie”. Mogłam zapomnieć o manualnych ustawieniach. No i niestety pogoda zupełnie nie sprzyjała zdjęciom…

Po którejś już nieudanej próbie zrobienia zdjęcia, wpadliśmy na pewien pomysł. Mąż jedną ręką trzymał mocno barierkę, a drugą mnie, tak więc mogłam spróbować w miarę stabilnie stanąć. Początkowo czułam się bardzo niepewnie, ale w końcu odważyłam się skupić tylko na aparacie. Efekt tego możecie zobaczyć powyżej. Zdjęcia nie powalają, ale zawsze to coś.

Kapitan łodzi chodził i zagadywał wszystkich, którzy próbowali robić zdjęcia. Na końcu podszedł do mnie. Był pod wrażeniem, że udało mi się złapać ogon, ponieważ wszyscy inni mieli na zdjęciach tylko i wyłącznie ocean lub niebo. Żeby wzięli z nas przykład, to może im też udałoby się uchwycić coś więcej ;)

Po kilkukrotnym zobaczeniu ogona drugiego płetwala, zawróciliśmy i popłynęliśmy z powrotem do portu. W drodze powrotnej widzieliśmy jeszcze kilka latających ryb. Ciężko było je złapać na zdjęciu, bo ich pojawienie się było zupełnie nieprzewidywalne, a po krótkiej chwili znikały w falach. Akurat wtedy, jak na złość, pogoda zaczęła się polepszać.

Niestety w trakcie naszej wyprawy wieloryby nie miały ochoty na spektakularne wyskakiwanie z wody znane z filmów, pokazały się nam jedynie w kawałku. Ale zdecydowanie warto było się tam wybrać. Nie rozumiem ludzi, którzy zapłacili mnóstwo pieniędzy i w końcu poszli spać. Gdy wypatrzono wieloryby, machnęli tylko ręką i kontynuowali drzemkę. Owszem, mi też się przysnęło w drodze powrotnej (chyba przez to delikatne bujanie, bo łódź już tak nie podskakiwała na falach), ale spałam na tyle czujnie, że jakby tylko zaczęło się coś dziać, zaraz byłabym przy barierce.

Wyprawę można było zaliczyć do udanych. Później każdy nam powtarzał, że mieliśmy niesamowite szczęście że zobaczyliśmy aż dwa płetwale. To chyba jakaś mantra non spot powtarzana przez Lankijczyków. Już to słyszałam po zobaczeniu 2 lampartów w Yala i kilkukrotnie wspominał o tym Kusumsiri ;) Mówił to raz jeszcze tego dnia, o czym piszę na koniec tego wpisu :)

Na oceanie chmury zasłaniały rażące słońce a temperatura nie była wysoka. Gorzej było po powrocie. I jak się okazało później – mimo braku słońca, porządnie się przypiekłam.

Mirissa - wieloryby (33)

Mirissa - wieloryby (34)

Jako że pogoda na opalanie się była raczej średnia (mimo braku słońca ciężko byłoby wytrzymać na plaży), postanowiliśmy zmodyfikować nieco plan i przesunęliśmy wizytę w miejscowości Koggala przewidzianą na następny dzień.

Pod Koggala zobaczyć można rybaków siedzących na słupkach i łowiących w ten sposób ryby. Jeżeli w internetowej wyszukiwarce wpisze się „Sri Lanka”, na pewno pokażą się zdjęcia tych rybaków. Obecnie atrakcja ta ma niewiele wspólnego z prawdą. Wszyscy ci „rybacy” to słabi aktorzy siedzący jedynie na swoich miejscach i od niechcenia machający trzymanymi kijkami. Nawet nie są to prawdziwe wędki.

Można sobie zrobić zdjęcie na takim siedzisku. Tylko tutaj popełniliśmy błąd. Kusumsiri powiedział, że cena zrobienia zdjęcia samym „rybakom” to ok. 200 rupii (5,60zł!). My jednak skusiliśmy się na pozowane zdjęcie na palu, nie dopytując o cenę :/ I to był nawet duży błąd. Po serii zdjęć chłopak naganiający turystów stwierdził, że należy się mu za to 2500 rupii! 70 zł za kilka zdjęć! Zaczęliśmy z nim negocjować cenę, jednak atmosfera robiła się coraz mniej przyjemna. Koleś zaczynał się robić wręcz agresywny. Widząc, z kim mamy do czynienia, odpuściliśmy i zapłaciliśmy finalne 700 rupii (20zł). Od tej „atrakcji” warto trzymać się jak najdalej. Zapytałam później naszego kierowcę, co robią, jeżeli się nie zapłaci. Opowiedział mi historię, jak to kiedyś podjechał tam z turystami, którzy zrobili zdjęcia nie wysiadając z samochodu. Gdy odjechali, „opiekun rybaków” zajechał im drogę motorem i zrobił ogromną awanturę. W końcu zapłacili, bo zaczynało się robić nieciekawie. Ci ludzie potrafią zastraszyć i są podobno nawet niebezpieczni… Normalnie jak jakaś mafia. Jak widać tam gdzie więcej turystów to i większe naciągactwo. Czyli na południu trzeba jeszcze bardziej dopytywać o ceny. Warto mieć to na uwadze, żeby nie popsuć sobie urlopu.

W drugim miejscu, w którym się zatrzymaliśmy na podziwianie plaży w Koggala, też byli ci „rybacy”. Tam jednak aparat skierowaliśmy zupełnie w inną stronę nie wykazując nimi żadnego zainteresowania, przez co nawet nie chciało się im wdrapywać na swoje pale. Aczkolwiek byli bardzo chętni na łatwy zarobek. Wystarczyło by pewnie chwilę zawiesić wzrok na słupkach lub na nich samych, a zaraz chcieliby pieniędzy. Nasz kierowca wprost zalecił nam ignorowanie ich. Po tej „atrakcji” pozostał mi niesmak.

Koggala (5)

Dopytałam Kusumsiri, czy w ogóle są gdzieś jeszcze tacy tradycyjny, prawdziwi rybacy. Niestety odpowiedź brzmiała tak jak się spodziewałam – praktycznie nikt już nie wykonuje tej pracy, ponieważ jest ona tak naprawdę nieopłacalna. Obecnie jest to swego rodzaju relikt, na którym pazerni naganiacze próbują się dorobić. W razie ewentualnego pobytu na Sri Lance uważajcie na takie typy. I nie próbujcie robić zdjęć ukradkiem, bo jeśli to zauważą, może wyniknąć z tego nieciekawa sytuacja.

Jako że nie lubię awantur, szczególnie na urlopie, trzeba było chwilę ochłonąć. Kierowca stwierdził, że zabierze nas w końcu do fabryki herbaty znajdującej się w okolicach Koggala (dokładnie w Ahangama). Jednak w drodze do fabryki czekał nas niespodziewany postój. Na asfalcie wiły się w tańcu godowym dwa podobno niejadowite węże. Wyglądało to niesamowicie, były ze sobą poskręcane i dosłownie tańczyły razem nie zwracając uwagi na obserwujących. Nagrane jest kilkanaście minut filmu, do tego zrobione zostało kilkadziesiąt zdjęć :) Kusumsiri stwierdził tylko, że naprawdę jesteśmy szczęściarzami, bo turyści takich rzeczy nie widzą. Nawet on coś takiego zobaczył wcześniej tylko jeden jedyny raz w całym swoim życiu. Podobno zobaczenie takich węży jest dobrym znakiem i wróży szczęście w życiu. Nie miałabym nic przeciwko ;)

Koggala (2)

Tuż obok tych dwóch węży przemknął jeszcze jeden, maleńki.

Wąż Koggala

Ten dzień obfitował we wrażenia. A przed nami ciągle pozostawała jeszcze fabryka herbaty.

 CDN.

(Visited 2 423 times, 1 visits today)
Sri Lanka: Wizyta w fabryce herbaty
Sri Lanka: Zasłużony relaks i plażowanie. W deszczu...

Powiązane wpisy

9 Comments

  1. Ada Weyna

    Mnie ten widok smuci. Wydaje mi się,że ten humbak wpłynął między te jachty i nie wie jak się wydostać.Musi być zdezorientowany .

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Nie w takie pułapki wpływają wieloryby i skutecznie wydostają się na otwarte morze – mogą spotkać na swej drodze chociażby skały :) Na szczęście port wystarczająco głęboki był

      Odpowiedz
    2. Ada Weyna

      Możliwe…skutecznie,ale nie zawsze.Nie wiem jaka głębokość wody jest w tym porcie,ale mam nadzieję,że wszystko dobrze się skończyło. Szkoda,że nie ma już tego na filmie.

      Odpowiedz
  2. Mapowicze.pl

    Też miałam okazję widzieć z bliska wieloryby, robią olbrzymie wrażenie :D

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Ten ogon prezentuje się dużo bardziej okazale :D Niestety my trafiliśmy na dość skryte wieloryby. Nie miały zamiaru współpracować ;)

      Odpowiedz
  3. Carola Travels The World

    Ten to akurat humbak, ale wrażenie na pewno niesamowite zobaczyć największe zwierzę na ziemi❤

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Oj tak. Zobaczenie wieloryba na żywo, na wolności to coś niesamowitego. Nawet jeśli jest to tylko ogon ;)

      Odpowiedz
  4. Mamutek

    Zdjęcia węży są niesamowite :) Ogon płetwala też niczego sobie;)

    Odpowiedz
    1. MonikaMonika (Autor posta)

      Z tymi wężami naprawdę mieliśmy niesamowite szczęście. Kierowca poprosił nas o przesłanie mu jakiegoś zdjęcia, żeby miał na pamiątkę :) Szkoda że nie mieliśmy lepszej pogody na to obserwowanie wielorybów, może zdjęcia byłyby lepsze

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close