Sri Lanka: Pola herbaty i Little Adam’s Peak

 

Wyświetl większą mapę

22.01.2015 – dzień 8

NUWARA ELIYA – ELLA – TISSAMAHARAMA

Niestety w trakcie przejazdu z Kandy do Nuwara Eliya nie mogliśmy podziwiać widoków na herbaciane plantacje. Jako że na Sri Lance bardzo szybko się ściemnia (o 19:00 jest już zupełnie ciemno), z obejrzeniem herbaty musieliśmy poczekać do następnego dnia. Po pobudce i szybkim śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Gospodarze przygotowali nam dwuosobowy stolik na zewnątrz, z widokiem na całą okolicę. Jednak miejsce zajął jakiś Australijczyk, więc nie chcąc go przeganiać zjedliśmy w zaciszu domu. Przynajmniej słońce tak po oczach nie świeciło ;) A z rzeczonym Australijczykiem zamieniłam parę słów – wymieniliśmy się spostrzeżeniami na temat Sri Lanki, planami itd.

Zanim dotarliśmy do Nuwara Eliya obawiałam się jak zniosę wysokość, na której położna jest ta miejscowość (ponad 1900m.n.p.m.) – jeszcze niedawno zdarzało się, że nawet w niewielkich górach strasznie bolała mnie głowa. Tym razem jednak przetrwałam bez żadnych problemów. Widać tamtejszy klimat mi sprzyja ;)

Nuwara Eliya (2)

Zanim ruszyliśmy w poszukiwaniu ładnych widoków na herbaciane plantacje, Kusumsiri zabrał nas na niewielki lokalny targ w mieście. Przechadzaliśmy się wśród straganów, na których sprzedawcy wyłożyli swoje towary – ryby (moją uwagę zwrócił ogromny kawał tuńczyka, którego pół kilo kosztowało raptem 11zł), warzywa, owoce, syrop palmowy, betel, przyprawy, ryż… Niektórych owoców i warzyw nie byłam w stanie rozpoznać, pierwszy raz widziałam je na oczy. Przy każdym niewidzianym nigdy wcześniej rodzaju pytałam kierowcę co to. Niestety nie na wszystkie pytania potrafił mi odpowiedzieć, ponieważ nie znał niektórych angielskich nazw. Fajnie było pojawić się na tym targu, zobaczyć jak robią zakupy mieszkańcy. Co prawda zbyt wielu osób tam nie było, ale wzbudziliśmy zainteresowanie. Pewnie nie za często widują tam turystów, ponieważ targ był nieco schowany.

Na targu skusiliśmy się jedynie na zakup nie do końca wysuszonej jeszcze wanilii. Paczuszka, w której znajdowało się kilka sztuk pachnących strąków kosztowała raptem 250 rupii (7zł.). Co prawda wanilia nie była zbyt duża, ale kupując tę przyprawę w Polsce, trzeba liczyć się z wydatkiem nawet kilkunastu złotych za jedną laskę.

Kierowca proponował nam jeszcze odwiedziny na położonym po drugiej stronie ulicy targu z ubraniami, ale podziękowaliśmy. Udaliśmy się następnie do parku Victorii. Park jest ładny i zadbany, ale jeżeli było się już w królewskich ogrodach botanicznych w Peradeniyi, można sobie to miejsce odpuścić. Może jeśli bylibyśmy tam w okresie, gdy kwitnie więcej roślin, wyglądałoby to lepiej, ale tak to jest to zwykły park nie robiący jakiegoś wielkiego wrażenia.Oczywiście turyści płacą za wstęp, ale opłata ta jest dużo niższa – koszt wstępu to 300 rupii (ok. 8,50zł).

Po krótkiej wizycie w parku Victorii (tym razem zaskoczyliśmy kierowcę, bo zeszło się nam tam dużo krócej niż przewidział), ruszyliśmy na poszukiwanie pięknie położonych pól herbacianych. Bardzo liczyłam, że droga będzie nam mijać wśród ślicznych widoków, ale pocztówkowych krajobrazów jakoś nie mogłam się dopatrzeć. Jak wyjaśnił nam kierowca – najlepsze miejsca widokowe mijaliśmy wieczorem dnia poprzedniego. Było ciemno, więc nic nie było widać. W jednym miejscu mijaliśmy nawet jakiś wodospad, ale udało się nam go jedynie usłyszeć. Cóż… nie miało zbytnio sensu wracanie się, ale kierowca obiecał, że zawiezie nas do miejsca, z którego roztacza się piękny widok na herbaciane plantacje.

Już w pierwszym miejscu widok był CU-DO-WNY! Byłam zachwycona widokiem na soczyście zielone, równiutko przycięte krzaki herbaty rosnące na zboczach wzgórz i oświetlone południowym słońcem. W miejscu, do którego podeszliśmy nieco dalej po prostu oniemiałam. Było dokładnie tak, jak widziałam na zdjęciach wyszukanych w internecie. Moje zdjęcia nie są w stanie oddać piękna tych miejsc. Krzaczki wyglądały, jakby je ktoś przycinał z linijką w ręku. Wszystko równe. A tak żywego zielonego koloru chyba jeszcze nie widziałam. Weszliśmy pomiędzy rośliny – trudno przedzierać się przez gęste i sztywne, bardzo drapiące po nogach krzaki, ale była to niewielka niedogodność w zamian za to, co widziałam. Kierowca stwierdził, że możemy zerwać sobie trochę herbaty, po czym nas zostawił. Trochę się nam tam zeszło… Urwaliśmy kilka listków, które zabraliśmy ze sobą. Po powrocie mieliśmy zieloną herbatę własnej roboty :)

Sri Lanka kojarzy się najbardziej z cejlońską herbatą. Ta z okolic Nuwara Eliya uważana jest za jedną z najlepszych na świecie. Im wyżej rosną krzaczki herbaciane (tak naprawdę gdyby pozwolić im rosnąć, to byłyby sporymi drzewami), tym lepszy uzyskuje się smak napoju. Jako że Nuwara Eliya leży w górach – lepiej być nie może. Herbatę uprawia się na całej wyspie, ale to właśnie jej centralna część zwana Hill Country, jest miejscem, gdzie uprawa ta jest najbardziej zagęszczona i prowadzona na największą skalę. Ze Sri Lanki eksportuje się niemal 95% tamtejszej produkcji herbacianej! Właśnie na tamtejszej herbacie oparte są tak znane i u nas marki jak Lipton czy Dilmah. Będąc w sklepie bez problemu można dostać właśnie te herbaty, ale warto zwrócić uwagę na jeszcze trudno dostępną u nas herbatę firmy Mlesna.

Herbata nie jest rdzenną rośliną. Początkowo na Sri Lance uprawiana była na szeroką skalę kawa, ale szybko rozprzestrzeniająca się choroba szybko zupełnie zniszczyła kawowe plantacje. W związku z tym w XIXw. rozpoczęto uprawę herbaty. Herbata sprowadzona została na wyspę przez kolonizatorów z Anglii. Gdy zaczęto zakładać plantacje, karczowano ogromne hektary dżungli, co na zawsze zmieniło tamtejsze środowisko naturalne. Region ten bardzo różni się od pozostałej „dzikiej” części wyspy.

Uparcie rozglądałam się za jakimiś zbieraczkami herbaty. Niestety na horyzoncie nie było widać ani jednej. Według kierowcy szanse na spotkanie zbieraczek były nikłe, bo twierdził, że mają w tym dniu wolne. Jakoś nie chciało mi się w to wierzyć, bo tym co czytałam o warunkach pracy tych kobiet. Ponadto nie spodziewałabym się, że ktoś da wolne wszystkim zbieraczkom w regionie akurat w czwartek. Były pewnie nieobecne ze względu na lejący się z nieba żar.

Gdy wróciliśmy do samochodu z minami pełnymi zadowolenia, Kusumsiri tajemniczo stwierdził, że nie było to miejsce, w którym obiecał nam nieziemskie widoki. Zastanawiałam się, gdzie może być lepiej niż tam. Zupełnie nie chciał nic zdradzić, miała to być niespodzianka.

Ruszyliśmy w kierunku Elli, w której chciałam koniecznie zobaczyć ogromny wodospad. W drodze zapomniałam zupełnie o obietnicy kierowcy, skupiłam się zupełnie na podziwianiu zmieniającego się krajobrazu. Nie widzieliśmy już pól herbacianych – ich miejsce zajęły poletka, czasami tarasowe, z uprawą warzyw. Tam akurat egzotyki nie było – przeważnie udawało się nam rozpoznać uprawy pora. Na Sri Lance uprawia się praktycznie te same warzywa, które znamy w Europie.

Dojechaliśmy w końcu do jakiejś świątyni hinduistycznej, w której odprawiono specjalnie dla nas pewien rodzaj nabożeństwa. Zostaliśmy pobłogosławieni (o ile można tak nazwać), mistrz ceremonii zrobił nam na czołach pomarańczowe kropki (ktoś wie jak się nazywają?) i otrzymaliśmy maleńkie pakuneczki z folii. W środku były jakieś kryształki. Zbyt długo się nad tym nie zastanawiając, kryształki trafiły do mojej torebki. Dopiero po kilku dniach przypomnieliśmy sobie o nich. Okazało się, że był to najzwyczajniejszy cukier :) Niestety kompletnie nie pamiętam nazwy tej świątyni. Nie do końca wiem również, gdzie dokładnie się mieści… Kojarzę jedynie, że było to gdzieś po drodze z Nuwara Eliya do Elli.

Przy okazji wizyty na polach herbacianych, można również wybrać się na bezpłatną oprowadzaną wycieczkę po fabryce herbaty. Oczywiście oprowadzanie jest darmowe, ale strategia marketingowa musi być – jest się później prowadzonym do małego sklepiku z wyrobami z danej fabryki. Bardzo liczyłam na taką wizytę, ale niestety tego dnia zabrakło nam czasu. Kusumsiri obiecał, że zabierze nas jeszcze do takiej fabryki, ponieważ znajdują się one praktycznie na całej wyspie. Wizytę obiecaną mieliśmy gdzieś na południu. Stwierdziłam, że trzymam go za słowo i że na pewno nie odpuścimy takiej wycieczki.

Okolice Nuwara Eliya nazywane są małą Anglią – styl domów jest bardzo brytyjski.

Nuwara Eliya (20)Niedaleko od Ella utknęliśmy w korku. Zupełnie nie było wiadome co się dzieje. Nie mieliśmy możliwości zawrócić, więc trzeba było czekać. Na szczęście byliśmy na tyle blisko miejsca wypadku, że nie czekaliśmy dłużej niż pół godz. Okazało się, że brawurowa jazda kierowców doprowadziła do wypadku- na wąskiej górskiej drodze zderzyły się ze sobą ciężarówka i autobus. Podobno wypadek był na tyle poważny, że zaszła konieczność podniesienia ciężarówki. Gdy dojechaliśmy do tego miejsca, ciężarówka stała już na 4 kołach, a tuż za nią stał dźwig. Jednak o dziwo w trakcie całego pobytu poza tą jedną sytuacją widzieliśmy jeszcze tylko jedną drobną stłuczkę z udziałem tuk tuka..

Ella (1)Dojechaliśmy w końcu do miejscowości Ella będącej miejscem wypadowym dla amatorów górskich wycieczek. Po raz kolejny zaprowadzeni zostaliśmy do turystycznej restauracji na obiad. W Elli w sumie są chyba tylko turystyczne restauracje… Ale akurat w tej, w której byliśmy, stołowało się również kilka grupek Lankijczyków. Tym razem skusiliśmy się na lamprai (porcja kosztowała 790 rupii czyli ok. 22zł) i lassi o smaku ananasa i papai (lassi to sok zmieszany z kurdem, koszt 290rupii czyli ok. 8zł). Lamprai to ryż, warzywa, jajko i kawałki mięsa zawinięte i upieczone w liściu bananowca. Liści się nie spożywa. Do tego standardowo otrzymaliśmy papadam i kilka innych dodatków jak do curry. Jedzenie może po rozwinięciu za dobrze nie wyglądało, ale było naprawdę smaczne.

Ella (32)

Z pełnymi brzuchami ruszyliśmy na spacer. Kierowca stwierdził, że dopiero za chwilę zobaczymy najpiękniejszy widok na pola herbaciane. Spacer wydawał mi się coraz bardziej podejrzany. Szliśmy ciągle pod górę. Owszem, widoki na otaczające nas pola były bardzo ładne, ale czułam znów podstęp. W pewnym momencie Kusumsiri pokazał nam jeden z okolicznych szczytów i powiedział, że tam idziemy. Wzięłam to za żart. Było piekielnie gorąco i duszno – pot lał się ze mnie strumieniami, zbierało się na porządną burzę, miałam tak pełny żołądek że marzyłam jedynie o drzemce, a on mówił o włażeniu na jakieś górki? To na pewno musiał być żart.

Doszliśmy do jakiejś polanki i tam stwierdził, że dalej idziemy sami. Wskazał dalszą ścieżkę. Z tym szczytem naprawdę nie żartował… No ale skoro doszliśmy już do tego miejsca, szkoda było zawrócić.

Ella (6)Nie sądziłam, że wejście na górę będzie w tej duchocie tak trudne. Częściowo droga prowadziła po schodach, ale wyglądała nieźle. Dopiero blisko szczytu zaczęło robić się mniej ciekawie – ścieżka była wąska, nierówna, w przypadku utraty równowagi można było polecieć w dół. Byłam zmęczona i zgrzana do granic możliwości. A zbierające się niedaleko czarne chmury wyglądały bardzo groźnie. Nie ma to jak wspinać się na jeden z wyższych punktów w okolicy tuż przed burzą – za rozsądne to to nie było. Gdy w końcu wdrapaliśmy się na górę (przemilczę fakt, że końcówkę najchętniej pokonałabym na czworaka…), stwierdziłam, że po powrocie kierowcę uduszę. Na szczęście widok faktycznie był piękny, a burzowe chmury potęgowały wrażenia dodając kontrastu między zacienionymi i oświetlonymi słońcem fragmentami herbacianych zboczy. Wdrapaliśmy się jeszcze na drugi pagórek tuż obok tego, na którym byliśmy. Jak się okazało, Kusumsiri wysłał nas na Little Adam’s Peak.

W pierwotnym planie, który nam zaproponował, była wspinaczka na Adam’s Peak (Sri Pada), ale od razu po tym jak dowiedziałam się, co to oznacza podziękowaliśmy. Droga na Adam’s Peak to nieustająca wspinaczka przez jakieś 5 km po 5200 schodach. Calutką trasę idzie się podobno schodami. Ciekawe kto to wymyślił… Ta atrakcja zdecydowanie nie była na moje kolana – dawne kontuzje już pewnie nigdy nie pozwolą mi na takie „szaleństwa”. Poza tym z moją kondycją nie miałam szans dojść do połowy drogi, a co dopiero do samego końca i wrócić. Odpowiedź była odmowna, ale słowem nie wspomniałam, że na mały szczyt Adama też się wspinać nie będziemy. No ale koniec końców okazało się, że dałam radę. To miała być ta niespodzianka. I było warto.

Ella (7)

Zejście było dużo przyjemniejsze, ponieważ zaczął wiać wiatr. To jednak oznaczało coraz bardziej zbliżającą się burzę. Trzeba było się pospieszyć. Z góry widzieliśmy piękny, ogromny wodospad – Rawana Falls – miał być on kolejnym punktem wycieczki. A jeszcze dodatkowo wypatrzyłam ze szczytu kilkanaście zbieraczek herbaty. Jednak się pojawiły! Musieliśmy koniecznie jakoś do nich podejść. Tylko jak?

Zbieraniem herbaty zajmują się na wyspie tamilskie kobiety. Czemu one? Gdy Anglicy założyli na Cejlonie pierwsze plantacje herbaciane, Lankijczycy nie chcieli na nich pracować. W związku z tym Anglicy ściągnęli z Indii do pracy biednych Tamilów. W ten  sposób grupa ta osiadła na Cejlonie i do dzisiaj kobiety zajmują się zbieraniem herbaty z czubków krzaczków.

Ella (5)Gdy zeszliśmy z góry, Kusumsiri siedział sobie w cieniu i na luzie czekał na nas. Warknęłam, że myślałam, że ducha wyzionę i że jeśli chce się nas pozbyć, to wystarczy że to powie. Zaczął się ze mnie śmiać. Faktycznie – musiałam wyglądać zabawnie, taka zmachana i niby zła, że nie ostrzegł co nas czeka. Na pocieszenie oświadczył, że chyba znalazł drogę, jaką możemy podejść do kilku zbieraczek. Tym mnie udobruchał, bo sama nie widziałam żadnej ścieżki, która by nas tam doprowadziła. I dobrze widziałam – ścieżki nie było. Za drogę robiły nam wyżłobienia w terenie spowodowane opadami deszczu. Ewentualnie szukaliśmy przejścia pomiędzy krzakami. Szliśmy ostrożnie, bo zbocze pokryte było licznymi kamykami, które osuwały się spod nóg. Jeden nieostrożny ruch i… No właśnie. Gdzieś mniej więcej w połowie drogi źle stanęłam i jeden z kamyków wyśliznął mi się spod buta. To wystarczyło, żebym straciła równowagę. Wróć… ja nie straciłam równowagi. Ja pojechałam na tym kamyku do przodu. Tyle że reszta nie nadążyła za nogą i runęła do tyłu… Wywinęłam spektakularnego orła – lot był niezły, gorzej z lądowaniem. Podniosłam się podobno bardzo szybko, ale przyznam, że tego zupełnie nie pamiętam. Oczywiście najpierw martwiłam się o aparat przewieszony przez ramię, czy przypadkiem nie stłukłam obiektywu lub matrycy. Dopiero później dotarło do mnie, że chyba uderzyłam głową w coś twardego… Tuż za mną leżał większy kamień… To się mogło naprawdę źle skończyć. Na szczęście skończyło się tylko na stresie (nogi miałam jak z waty) i porządnie otartej ręce oraz niewielkim zadrapaniu na lewej łydce. O całym wydarzeniu przypomina mi teraz niewielka blizna, jaka została po tym poważniejszym zranieniu.

Gdyby nie ta sytuacja, prawdopodobnie nie dowiedziałabym się nigdy, że herbata ma również właściwości tamujące krwawienia. Gdy Kusumsiri zobaczył moją ranę, natychmiast zerwał z najbliższego krzaka dwa listki, rozdrobnił je i przyłożył do krwawiącego miejsca. Po kilkunastu sekundach rana została zatamowana. Ale mojej dumy nie dało się tak łatwo uleczyć. Obróciłam całą sytuację w żart, ale tak naprawdę czułam się jak ostatnia sierota. Miss gracji to ja zdecydowanie nie jestem. Później przy każdym bardziej stromym zejściu, Kusumsiri przypatrywał się czy przypadkiem znowu nie polecę… Chyba był bardziej przerażony ode mnie moim wypadkiem, ale nie powiem – najadłam się trochę strachu. Przed wyjazdem zdecydowałam się na podstawowe szczepienia ochronne, w tym tężec i to był bardzo dobry pomysł. Kto wie co mogło być w ziemi, a lepiej było nie sprawdzać lankijskich warunków szpitalnych na własnej skórze. Jak widać, nietrudno o upadek na herbacianych polach. Zejścia są bardzo, bardzo strome, pełno w nich dziur oraz kamieni, które obsuwają się niespodziewanie spod nóg. Zadziwiające jest to, że Lankijczycy chodzą nawet po takim terenie w japonkach. Ja ledwo dawałam radę w sandałach teoretycznie przystosowanych do wędrówek po takim terenie…

Jednak najważniejsze było to, że udało się nam spotkać Tamilki trudniące się zbiorem herbaty.

Zbieraczki herbaty (1)To naprawdę ciężka praca. Ich wynagrodzenie wynosi jedyne 600 rupii na dzień (ok. 15 – 17zł) za kilka godzin ciężkiej pracy na zboczach wzgórz, po których ciężko się poruszać. Pomagają sobie długimi kijami. Dodatkowym utrudnieniem w pracy jest przedzieranie się przez herbaciane chaszcze – krzaki mają ostre gałęzie, które niesamowicie drapią po nogach (zdążyłam się o tym przekonać na własnej skórze). W czasie pracy kobiety dźwigają bardzo ciężkie worki zawieszone na głowach. Jedna ze zbieraczek pokazała nam, ile liści zebrała tego dnia – w zeszyciku miała zapisane wartości 7,9 oraz 8kg. I nie był to koniec jej pracy.Gdy zapełnią jeden worek, idą do fabryki, biorą kolejny worek i wracają na zbocza by kontynuować zbiory. Zrywają jedynie kilka listków ze szczytu każdego pędu. W jednym miejscu pracuje zazwyczaj kilka kobiet – 3 do 5. Nie chodzą raczej większymi grupami.

Kobiety przeżuwały liście betelu, jedna z nich chciała nam nawet zaproponować skorzystanie z tej używki, ale podziękowaliśmy. Chętnie pozowały do zdjęć i pokazywały zawartość dźwiganych worków. Oczywiście trzeba zostawić im nieco gotówki. Jako że nie mieliśmy drobniejszych banknotów, „zapłacił” za nas Kusumsiri. Każda z pozujących kobiet dostała bodajże po ok. 50 rupii (1,40zł). Ucieszyły z pieniędzy, co mnie wcale nie zdziwiło przy takim poziomie zarobków. Później się z nim rozliczyliśmy.

Zdziwiło mnie, że tamilskie kobiety są tak niskie – ja nie zaliczam się do wysokich osób, ale one były niższe ode mnie o głowę…

Zbieraczki herbaty (2)Przy okazji spotkania dowiedziałam się jeszcze jednej ciekawostki o herbacie. Jak już wspomniałam, gdyby pozwolić krzaczkom rosnąć, osiągnęłyby rozmiary dużych drzew. Co jakiś czas (chyba mniej więcej co 6 lat), krzaczki przycina się tuż przy ziemi. Odrastają wtedy nowe, młode gałązki. Tak więc wiele widzianych przez nas plantacji było naprawdę bardzo wiekowych. Żeby to poznać, wystarczyło przyjrzeć się krzakom tuż przy ziemi – te najstarsze były tam bardzo zgrubiałe.

W drodze powrotnej do samochodu spotkaliśmy bardzo ubogą rodzinę – grupka dzieci była bardzo zainteresowana naszą obecnością, chłopcy chętnie pozowali do zdjęć. Żałuję że nie mieliśmy ze sobą żadnych długopisów czy breloczków – na pewno dzieciaki ucieszyłyby się z takich prezentów.

Z pól herbacianych Kusumsiri zabrał nas do wodospadu Rawana Falls. Wodospad jest ogromny, a tuż pod nim gromadzą się tłumy ludzi i … małp. Makakki tylko czekają, aby wyrwać komuś coś do jedzenia, są bardzo niecierpliwe.W trakcie przejazdu wdzieliśmy Little Adam’s Peak z dołu – wierzyć mi się nie chciało, że przy takiej pogodzie się na niego wspięłam. Klimat Hill Country jest chłodniejszy niż w pozostałej części wyspy, ale akurat tego dnia musiał doskwierać niesamowity upał…

Przy okazji byliśmy świadkami ślubnej sesji zdjęciowej. Byłam zachwycona strojem ślubnym Lankijek! Tradycyjnie jest to oczywiście sari. Panna młoda była nieco onieśmielona, ale nie miała nic przeciwko zrobieniu jej zdjęcia. Wyglądała naprawdę ślicznie.

Ella (27) Później pozostał już tylko dojazd na nocleg. Wreszcie mieliśmy znów zobaczyć ocean. Po drodze Kusumsiri zatrzymał się i zaczął nam pokazywać coś po prawej stronie drogi. Okazało się, że wśród traw przechadzały się dwa dzikie samce pawia. Kierowca zapowiedział, że na planowanym niedługo safari w parku narodowym zobaczymy na pewno pawie z rozłożonymi ogonami. Nigdy wcześniej nie widziałam dzikiego pawia, ptaki te kojarzyły mi się jedynie z ozdobami ogrodów zoologicznych i królewskich Łazienek w Warszawie.

Ella (28)Zgłodnieliśmy, więc koniecznie chcieliśmy spróbować różnych przekąsek zwanych rotti. Zostaliśmy zabrani do lokalnego „baru”, w którym zaserwowano nam kilka różnych przekąsek. Rotti nadziewane były warzywami lub warzywami i jajkiem.

W trakcie oczekiwania na posiłek, moją uwagę zwrócił sufit lokalu. Ganiały się po nim liczne gekony. Małe stadko urządziło sobie nawet zawody w podgryzaniu się.

Ella (34)Jedzenie było piekielnie ostre. Jako że był to lokalny bar, nikt nie miał litości dla turystów. Lankijczycy z podziwem patrzyli, jak biorę się za kolejne kawałki. Miałam łzy w oczach i co chwila musiałam zapijać colą, ale dałam radę. Chwała temu, kto wymyślił ten napój… Wzięliśmy kilka na wynos – zostały elegancko zapakowane w gazetę.

Dotarliśmy do hotelu (sukces – tym razem bez problemów) i po szybkich ustaleniach co do śniadania, trzeba było iść spać. Rano czekała nas bardzo wczesna pobudka, bo o 5:00 miał już na nas czekać dżip, którym mieliśmy wybrać się na safari do parku narodowego Udawalawe. Wszystko załatwił za nas kierowca. Mieliśmy mieć samochód tylko do swojej dyspozycji. Wszystko byłoby super, tylko rano okazało się, że z Udawalawe nici…

CDN.

(Visited 1 524 times, 1 visits today)
Sri Lanka: Safari w lankijskim wydaniu
Sri Lanka: Latające lisy w Peradeniya

Powiązane wpisy

2 Comments

  1. Jarek

    Świetny blog . Wybieram się z żoną za pół roku na naszą rocznicę ślubu Pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dziękuję! Na jak długo? Sri Lanka to świetny wybór :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close