Sri Lanka: Sari, szafiry i kamienie księżycowe

 


Wyświetl większą mapę

 21.01.2015 – dzień 7 cz. 2/3

KANDY – PERADENIYA – NUWARA ELYA

Żebym znalazła sobie odpowiednie sari, kierowca zawiózł nas do dobrze znanego sobie sklepu (a jakżeby inaczej), w którym już od progu zajęła się mną jedna z pracownic. Dosłownie zaciągnęła mnie na piętro. Naprawdę trudno było się zdecydować, które sari chce się przymierzyć. Stałam przed półkami dostając totalnego oczopląsu. Sari wyjściowe, czy na co dzień? W kolorze czerwieni, sari zielone, złote a może dwukolorowe? Może jednak w jednym kolorze, ale za to z wzorem? Jaki wzór? A może z ozdobną nicią? Błyszczące czy matowe? Wykończone u dołu ozdobnym pasem czy też bez dodatkowych zdobień? Sklep był dosłownie przepełniony różnokolorowymi materiałami leżącymi wszędzie dookoła mnie. Mieli tam chyba tysiące różnych wersji.
To tylko niewielka część asortymentu:

Sari w KandyGdy już w końcu wybrałam, co chcę przymierzyć, dostałam coś co nazywane tam jest „jacket” – bluzeczkę opinającą ciało i odsłaniającą brzuch. Lankijka dwoiła się i troiła, żeby sari upięte zostało jak najpiękniej. A gdy było już gotowe, zachęcała do pozowania do zdjęć prezentując różne pozy, w których materiał wyglądał najatrakcyjniej. Do kompletu dostałam aksamitne bindi – czerwoną kropkę do przyklejenia na czole. Przymierzyłam jedynie dwa sari, ale od razu wiedziałam, że to pierwsze (zielona wersja z delikatnym wzorem kwiatów i zdobieniami złotą nicią) poleci ze mną do Polski. Znajomy Nepalczyk po zobaczeniu zdjęcia stwierdził, że do twarzy mi w tym stroju… Ciekawe…

Sari to nic innego jak 6,5 metrowy kawał materiału, który odpowiednio upięty tworzy tradycyjny strój. Trzeba przyznać, że sposób upięcia sari jest bardzo finezyjny. Cała tajemnica polega na odpowiednim złożeniu fałd materiału i wciśnięciu ich w odpowiednie miejsce. Później zostaje już tylko przygotowanie z ostatniego fragmentu materiału szarfy na ramię i ubiór jest gotowy. Jako że dla mnie upięcie sari raczej nie byłoby zbyt proste na początek, pracownica sklepu powbijała w nie agrafki. Lankijki nie używają niczego do spięcia materiału, użycie agrafek jest dla nich profanacją. Powiedzmy jednak, że mój brak umiejętności został mi wybaczony.  Podobno wersja sari, którą miałam na sobie nazywa się precyzyjniej osari.

Sari

Jednak sam proces zakupowy łatwy nie był… Pierwsza podana cena wynosiła 13 000 rupii (ok. 365zł!!!). Po mozolnym i długim targowaniu udało się nam zejść bardzo z tej ceny początkowej. Pewnie można było spróbować zejść jeszcze niżej, ale osiągnięta w trakcie targowania kwota wydawała mi się być ceną do zaakceptowania. W końcu miałam na sobie czysty jedwab. Za to nasz kierowca otrzymał najprawdopodobniej całkiem niezłą prowizję – tuż przed dokonaniem płatności, dziewczyny obsługujące kasę wymieniły między sobą imię Kusumsiri, coś zapisały i przekazały jakiemuś chłopakowi 1500 rupii, które wyniósł z dala od nas. Dziwnym trafem skierował się tam, gdzie akurat przebywał nasz kierowca (i kilku innych zresztą też). Przy płatności dziewczyna zachęcała nas jeszcze do zakupu markowej męskiej koszulki w cenie 1500 rupii (42zł). Jak na markowy ciuch to bardzo tanio, ale podobno najsłynniejsze światowe marki mają na Sri Lance swoje zakłady produkcyjne i dlatego można dostać tam tańsze markowe ubrania. Ciekawe, czy to prawda czy też są to najzwyklejsze podróbki?

Następnie podrzuceni zostaliśmy do muzeum minerałów. Sri Lanka słynie z kamieni szlachetnych i półszlachetnych.Wydobycie ma miejsce głównie w okolicach miasta Ratnapura, ale nie oznacza to, ze poza tym regionem nie znajdziemy kopalni.

Jak tylko przewodnik zaczął nas oprowadzać, włączyło mi się czerwone światełko. Nikt nic nie mówił o cenie takiego oprowadzania, więc można było spodziewać się sporej kwoty. Od razu zapytałam o koszt tej przyjemności. Na szczęście okazało się, że wizyta w muzeum jest bezpłatna. Oczywiście miło będzie, jak coś później kupisz – czyli panuje tam ta sama zasada, co w ogrodach przypraw. W planach miałam zakup kamienia księżycowego, a w przewodniku polecano zakup kamieni w certyfikowanym miejscu, tak więc weszliśmy do środka obejrzeć to, co mogą nam zaoferować. Na początek obejrzeliśmy 8 min. film (mieli też wersję po polsku! :D) mówiący o obecnych sposobach wydobycia kamieni. Trudno było uwierzyć, że w obecnych czasach jest na świecie miejsce, gdzie mogą być nadal praktykowane takie metody pracy. Początkowo po wyborze miejsca na kopalnię, robotnicy modlą się do boga (bodajże odpowiedzialnego za kamienie lub bogactwo) o powodzenie, a następnie wbijana jest w ziemię pierwsza łopata. Po wykopaniu szybu i umocnieniu go, górnicy pracują w środku przy świetle świec. Czemu świece? Po pierwsze nie tak prosto pociągnąć elektryczność do kopalni, po drugie jest to bardzo nieopłacalne, a po trzecie świeczki sygnalizują pojawienie się szkodliwych gazów pod ziemią – świeca wtedy gaśnie. Robotnicy przekopują ziemię i pakują ją do specjalnych worków, które ręcznie wyciągane są na powierzchnię. Następnie worki opróżniane są w jednym miejscu, w którym ich zawartość jest bardzo pilnowana – nigdy nie wiadomo, jakie skarby kryją się w tej stercie, dlatego trzeba uważać na amatorów łatwego zarobku. Następnie ziemię tę umieszcza się w wyplatanych koszach, w których jeszcze inni pracownicy kopalni ją wypłukują. Koszami porusza się w ten sposób, że muł i lżejsze kamienie są wypłukiwane, natomiast na dnie zostają cenne okazy. W przypadku znalezienia jakiegoś ciekawego minerału, na koniec dnia pracownicy modlą się w podziękowaniu za udane poszukiwania. Drugim sposobem na poszukiwanie kamieni szlachetnych (twardość 9 i 10) oraz półszlachetnych (<9), jest zruszanie dna rzeki kijami, a następnie wybieranie ziemi motyką. W następnej kolejności wydobyta w ten sposób ziemia jest przepłukiwania w omówiony już sposób. Podkreślam, że wszystko robione jest ręczne, nie ma tam żadnych maszyn. Po wydobyciu kamienie trafiają do obróbki. Również ręcznej, tyle że z użyciem podstawowych sprzętów szlifierskich.

Później zostaliśmy oprowadzeni po muzeum. W kilku salach obejrzeć można było najróżniejsze kamienie o najróżniejszych kształtach i rozmiarach. Gdy byłam w muzeum diamentów w Holandii, teoretycznie nie wolno było tam fotografować. W muzeum w Kandy przewodnik nawet zachęcał do robienia zdjęć.

Kandy (40)

Sri Lanka zwana niegdyś była „Ratna-Dweepa” – wyspą klejnotów. Kraj słynie w szczególności z szafirów, rubinów, ametystów, kamieni księżycowych oraz tzw. kocich oczu. Na Sri Lance nie znajdzie się natomiast diamentów. Istną perełką wśród rzadkich okazów są szafiry gwiaździste. Miałam okazję zobaczyć taki kamyczek z bliska – światło odbija się w nim w formie gwiazdy. Coś pięknego. Najsłynniejszym gwiaździstym szafirem jest Gwiazda Indii (536 karatów) wydobyta na Sri Lance w XVIIw. Kamień znajduje się obecnie w Muzeum Histori Naturalnej w USA. Innym sławnym szafirem jest Blue Belle of Asia – 400 karatowy szafir wydobyty w 1926r. w okolicach Ratnapury. Ten pilnie strzeżony kamień znajduje się obecnie w Wielkiej Brytanii. Innym słynnym szafirem jest podobno ten umieszczony w pierścionku zaręczynowym księżnej Diany.

Ceny kamieni są sporo niższe niż gdzie indziej, ale wciąż jednak wystarczająco wysokie, żeby budżetowy turysta nie poszalał. Mimo tego warto odwiedzić takie muzeum. Można dowiedzieć się czegoś ciekawego i zobaczyć małe skarby.

Moją uwagę najbardziej jednak zwróciły kamienie księżycowe. Kamienie te występują tylko w kilku miejscach na świecie. Są to: Australia, Brazylia, Indie, Szwajcaria, Madagaskar, Sri Lanka i USA. Niewielkie wydobycie odbywa się również w Polsce w okolicach Jeleniej Góry. Uważane są za magiczne. Podobno umacniają zdolności psychiczne (cokolwiek miałoby to znaczyć), wpływają na świadomie kreowanie snów oraz wspomagają leczenie stanów lękowych, zwalczają stres, dodają chęci do życia i przywracają równowagę psychiczną. Uważa się, że ich energia jest kobieca – wpływają na intuicję i rozumienie emocji innych ludzi. Kamienie te stabilizują podobno też układ hormonalny, wzmacniają kości, leczą choroby skóry (trądzik, tłusta cera, obrzęki itp.), wspomagają leczenie wszystkich chorób podbrzusza, wzmacniają system obronny organizmu i wiele innych. Ponadto jedną z ich właściwości jest ochrona – marynarzy chronią na morzu, a podróżników na lądzie. Czyli kamień księżycowy stworzony został dla mnie. Jeden taki kamyczek musiał być mój :)

Kandy (42)

Omawianie warunków zakupu odbywa się w specjalnie przystosowanym do tego pomieszczeniu, po oprowadzeniu po muzeum. Wygodne skórzane fotele, klimatyzacja, przyciemnione światło, gabloty z wypolerowaną do granic możliwości błyszczącą biżuterią, kawa/ herbata, mili i uczynni pracownicy potrafiący doradzić  – to wszystko ma sprawić, że zostawi się tam sporo gotówki. Nie posiadasz gotówki? No problem. Kartą też się zapłaci. Dokonałeś już wyboru? W chwili przerwy możesz przejść się po sali (a nuż skusisz się na dodatkowy zakup). Techniki sprzedaży mają na pewno opanowane do perfekcji.

Jeżeli jest się zainteresowanym jakimś wyrobem, można samemu wybrać sobie kamień, który zostanie na miejscu oprawiony w srebro lub złoto. Można kupić również obrobiony kamyk i oprawić go sobie w Polsce, jednak ta opcja będzie chyba mniej opłacalna i wymaga więcej zachodu.

Jako że marzył mi się zakup kamienia księżycowego, wybrałam sobie całkiem spory okaz (3,93 karata). Skusiłam się jednak „tylko” na wisiorek. Nie do końca miałam sprecyzowaną wizję, jak taka zawieszka miałaby wyglądać, ale mogłam liczyć na fachową poradę (efekt jest bardzo zadowalający – wisiorek jest ładny, skromny i doskonakle widać kamień, srebro go nie przytłacza). Cena, jaką początkowo życzyli sobie sprzedawcy była tak wysoka, że nie pozostawało nic innego jak tylko podziękować i wstać od stolika…. Gdy w końcu doszliśmy do porozumienia, nasz przewodnik zaczął mnie namawiać na kolczyki do kompletu… Pewnie później namawiałby na pierścionek i tak historia nie miałaby końca. Ja jednak poprzestałam na wisiorku. Do kamienia księżycowego nietrudno jest dobrać jakiekolwiek inne kolczyki (niekoniecznie pół-/ szlachetne), a tych mam sporo. Na oprawienie mojego kamienia trzeba było poczekać ok. 2 godz.

Czas oczekiwania na gotowy wyrób mieliśmy spędzić w oddalonych od Kandy o ok. 7km królewskich ogrodach botanicznych w Peradenyi. Po wizycie w ogrodach mieliśmy wrócić do Kandy i zabrać opłacony już wisiorek. Jeżeli zostaje się w Kandy jeszcze przez jakiś czas, biżuteria może zostać dostarczona prosto do hotelu.

Zwiedzanie się nam jednak przedłużyło, przez co oprawiony kamień został przywieziony tuk tukiem w ozdobnym pudełku do kierowcy i czekał na nasz powrót. Klient nasz pan.

A oto i wisiorek w pełnej krasie :)

Wisiorek

W następnej kolejności wspomnę co nieco o samych ogrodach, które powinny być żelaznym punktem programu każdego odwiedzającego Sri Lankę.

CDN.

(Visited 3 392 times, 1 visits today)
Sri Lanka: Latające lisy w Peradeniya
Sri Lanka: Ząb Buddy

Powiązane wpisy

8 Comments

  1. aniela

    extra! zawsze chciałam pojechać na sri lanke

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Polecam – warto!

      Odpowiedz
  2. Ala

    Ja za swoje sari zapłaciłam 1000 rupii i też przepłaciłam…Pozdrawiam.

    Odpowiedz
  3. Mamutek

    Monika do twarzy Ci w tym zielonym sari, ale i w czerwonym również. Ciekawa jestem czy potrafisz sama upiąć sari.

    Odpowiedz
    1. MonikaMonika (Autor posta)

      Hmmm… sari przygotowane przez sprzedawczynię upięłabym pewnie bez problemu, ale jeśli miałabym poskładać materiał samodzielnie, to chyba byłoby już trudniej. Ale kiedyś na pewno spróbuję – widziałam w internecie filmiki instruktażowe :D

      Odpowiedz
  4. Natalia Regulska

    Na koniec zabrakło mi tylko zdjecia wisiorka w całej okazałości :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Faktycznie przydałoby się jakieś zdjęcie… wisiorek w pełnej krasie jest już na blogu ;)

      Odpowiedz
    2. Natalia Regulska

      Fantastyczny :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close