Sri Lanka: Wizyta w fabryce herbaty

 


Wyświetl większą mapę

25.01.2015 – dzień 11 cz. 2/2

MIRISSA – polowanie na wieloryby – KOGGALA – AHANGAMA – MIRISSA

Wreszcie mogliśmy przyjrzeć się procesowi produkcji herbaty. Być na Sri Lance i nie zobaczyć miejsca, w którym produkowany jest sztandarowy produkt Cejlonu? Nie mogłam odpuścić. Na Sri Lance znajdują się setki fabryk rozsiane po całej wyspie. Jako że herbatę zbiera się przez cały rok, ciągle mają co przerabiać.

Gdy dotarliśmy na teren niewielkiej plantacji herbaty Handunugoda Estate w Ahangama, czekał już na nas przewodnik. Musiał zostać powiadomiony o naszej wizycie. Oprowadzanie jest darmowe, ale czuje się lekką presję na dokonanie zakupów po zakończeniu wycieczki. W sumie jest tak wszędzie tam, gdzie bezpłatne oprowadzanie kończy się w miejscowym sklepiku (ogrody przypraw, muzeum kamieni szlachetnych, kopalnie minerałów itp.). Przewodnik opowiedział nam o herbacie oraz kilku innych roślinach uprawianych w tym miejscu – kauczuku, pieprzu, kokosach. Przyznam, że jego opowieść nie była porywająca. Odniosłam wrażenie, że najchętniej zrobiłby swoje i jak najszybciej zaprowadził nas do sklepu.

Fabryka herbaty w Ahangama (2)

Fot. Znak ukryty w zieleninie mówi o tym, że ziemia ta jest zasobna w szafiry i inne cenne kamienie

Najbardziej ciekawy fragment jego opowieści dotyczył gatunku herbaty, który produkowany jest obecnie chyba tylko w tym jednym miejscu. Chodzi o Virgin White Tea, czyli herbatę nie mającą żadnego kontaktu z ludzką skórą. Normalnie liście zbierane są gołymi rękami tamilskich zbieraczek, jednak Virgin White Tea to herbata niesamowicie „luksusowa”. Podobno każdy kontakt z ludzką skórą, a konkretnie ludzkim potem, wpływa negatywnie na właściwości smakowe i zapachowe zaparzanego później naparu. Wymyślono więc taki sposób zbierania, że herbata ani razu nie jest dotykania przez człowieka. Ubrane w odzież ochronną kobiety w rękawiczkach ścinają nożyczkami pojedyncze, najmłodsze i zupełnie nierozwinięte jeszcze listki ze szczytów gałązek do niewielkich miseczek. Następnie listki te poddaje się kolejnym procesom, jednak z zachowaniem zasady, żeby dotykane były jedynie w rękawiczkach. Skąd wzięła się nazwa Virgin White Tea, czyli „dziewicza biała herbata”? Cały rytuał zbioru wymyślony został w starożytnych czasach w Chinach, gdzie mandarynowie wykorzystywali dziewice do zbioru herbaty – za pomocą złotych nożyczek dziewczęta ścinały młode listki do złotych miseczek. Tylko usta cesarza mogły dotykać tej herbaty.

Możecie obejrzeć film, do którego link otrzymaliśmy na odwiedzanej plantacji.

Sposób produkcji herbaty był tak pilnie strzeżony, że za jego ujawnienie w konstytucji zapisana była kara śmierci! Sekrety chińskiej herbaty ujawnił jednak pewien brytyjski pisarz podający się za dziennikarza. Napisał książkę „Tea Thief”. Sposób zbioru reaktywowany został przez Lankijczyka, jeśli się nie mylę – właśnie właściciela odwiedzonej przez nas plantacji, pana Gunaratne. To był dopiero zwyczaj… Dzisiaj miseczki ze złota zostały zastąpione porcelaną, a listki zbierane są niekoniecznie przez dziewice. Jednak herbata ta jest niesamowitą ciekawostką i faktycznie smakuje wyśmienicie. Poza tym Virgin White Tea odznacza się wyjątkowymi właściwościami – poddana została badaniom, dzięki którym okazało się, że ma aż 10,11% antyoksydantów. To największa wartość spośród wszystkich herbat i napoi ogółem. Ponadto w herbacie tej nie znajdzie się pozostałości insektycydów i innych środków ochrony roślin. Mogą ją pić osoby nie tolerujące kofeiny, ponieważ zawiera nieznaczne ilości tego związku.

Niestety przyjemność wypicia takiej herbatki w domowym zaciszu jest bardzo kosztowna. W plantacyjnym sklepiku niewielka, 12 gramowa paczuszka kosztowała… 70zł. Daje to jakieś 5800zł za kilogram herbaty!!!

Fabryka herbaty w Ahangama (1)

Fot. Informacje o Virgin White Tea

Jak już wspomniałam, na plantacji mogliśmy zobaczyć po raz kolejny liczne drzewa kauczokowca i pozyskiwany z nich naturalny lateks, ale poza tym przewodnik pokazał nam niespotkanie dotychczas drzewo – teczynę.

Fabryka herbaty w Ahangama (3)

Fot. Plantacja kauczukowca

Fabryka herbaty w Ahangama (4)

Fot. Pozyskiwanie kauczuku

Nazwa „teczyna” może nic nie mówić. Otóż z drzewa tego uzyskuje się nienasiąkające wodą drewno tekowe. Jest to jeden z najlepszych surowców mających zastosowanie w meblarstwie. Poza tym drewno to doskonale nadaje się do wykończeń łazienek, podłóg, pokładów łodzi – czyli wszędzie tam, gdzie niezbędne jest zastosowanie materiałów odpornych na warunki zewnętrzne.

Monumentalne teczyny występują w Azji Południowo- Wschodniej. Podobno ich drewno jest na tyle odporne na chemikalia, że robiono niegdyś z niego obudowy na akumulatory! Nie jest też wrażliwe na czynniki biologiczne i szkodniki. Nawet termity nie dają mu rady. Jest średnio twarde, co oznacza że jego obróbka nie jest trudna. Mimo tego jest jednak bardzo wytrzymałe.

Fabryka herbaty w Ahangama (5)

Fot. Teczyna

Tuż za teczyną, na innym drzewie siedział sobie maleńki waran. Przyglądał się nam z taką samą ciekawością, z jaką ja obserwowałam jego. Raz po raz badał teren wysuwając swój dwukolorowy język.

Fabryka herbaty w Ahangama (6)

Fot. Maleńki waran

Na plantacji rosną też hibiskusy. Poza niewątpliwymi walorami ozdobnymi, kwiaty tych roślin wykorzystywane są również bardziej praktycznie. Po ususzeniu można z nich zrobić kwiatową herbatę lub też dodać je jako naturalny aromat do mieszanki czarnej herbaty.

Fabryka herbaty w Ahangama (7)

Fot. Kwiat hibiskusa – rośliny, z której również produkuje się herbatę

Gdy zakończyliśmy zwiedzanie plantacji, przewodnik zabrał nas na herbacianą degustację. Siedliśmy przy stoliku, na którym oczekiwały już na nas porcelanowe filiżanki i talerzyki. Po chwili przyszła jedna z pracownic i nalała nam do filiżanek jakiejś herbaty. Do tego dostaliśmy przepyszne ciasto czekoladowe. Wszyscy zwracali się do nas per „Sir” lub „Madame” – kolejna pozostałość po brytyjskich koloniach.

Herbata może nie była aż tak ekskluzywna, jak Virgin White Tea, ale gatunkowo nie była dużo gorsza. Przewodnik poinformował nas, że zostaliśmy poczęstowani Silver Needles – herbatą przygotowywaną z wysuszonych najwrażliwszych liści krzaczka. Wydaje mi się, że od Virgin Tea różni się ona tylko tym, że zbierana jest ręcznie. Herbata ta używana jest przez bliskowschodnie rodziny królewskie na weselach i przy specjalnych okazjach. To mieszanka białej i czarnej herbaty. Cenowo w sklepiku plasowała się na drugim miejscu, jednak była znacznie tańsza niż „dziewicza” herbata. Ten rodzaj bardzo mi posmakował. Gorący napój i ciasto to było doskonałe połączenie. Nawet nie przeszkadzał mi brak cukru – delektowałam się delikatnym  smakiem pozbawionym jakiejkolwiek wyczuwalnej goryczki. W Polsce można kupić cejlońską herbatę, ale ta na wyspie smakowała zupełnie inaczej. No i nie pozostawiała nieprzyjemnego posmaku i osadu.

Fabryka herbaty w Ahangama (8)

Fot. Przygotowane do degustacji

W końcu po tej krótkiej przerwie przyszła kolej na zwiedzenie fabryki, w której mogliśmy przyjrzeć się procesom powstawania herbaty, czyli sortowaniu, suszeniu, fermentacji i mieleniu. Tak w fabryce jak i na plantacji byliśmy chyba jedynymi turystami.

Pierwszym pokazanym nam pomieszczeniem było miejsce, w którym zbieraczki wysypują zebrane przez siebie liście. Pachniało tam świeżymi liśćmi, ale zapach ten nie miał nic wspólnego z dobrze mi znanym aromatem suszonej herbaty. Zbiory są tam segregowane i podsuszane.

Fabryka herbaty w Ahangama (9)

Fot. Zebrane liście

Produkcja herbaty polega na naprzemiennym suszeniu liści, ich fermentacji, rozdrobnieniu i przesiewaniu przez sita różnej grubości.W ten sposób uzyskuje się różne rodzaje herbat. Od drobnego pyłu, po całkiem spore zwinięte kawałki listków.

A wiecie jaka jest różnica między herbatą białą, zieloną i czarną? Sytuacja wygląda podobnie jak z pieprzem. Wszystkie te rodzaje pochodzą z jednego krzaczka, tyle że herbata biała przygotowywana jest z najmłodszych listków, herbata czarna poddawana jest fermentacji, a przy produkcji herbaty zielonej etapy fermentacji pomija się.

Fabryka herbaty w Ahangama (12)

Fot. Maszyny służące obróbce herbaty – po prawej urządzenie do rozdrabniania liści

Przyjrzałam się dokładnie każdej z maszyn. Wszystkie był naprawdę stare. Przewodnik poinformował nas, że maszyna służąca suszeniu herbaty, ma grubo ponad sto lat! I co ciekawe w dalszym ciągu wykorzystywana jest do pracy – nie ma w fabryce jej zamiennika. Jeżeli coś się zepsuje, jest po prostu naprawiane.

Fabryka herbaty w Ahangama (14)

Fot. Suszarnia herbaty

Fabryka herbaty w Ahangama (13)

Fot. Tabliczka na suszarce

Fabryka herbaty w Ahangama (15)

Fot. Maszyny w fabryce

Fabryka herbaty w Ahangama (16)

Fot. Segregowanie herbaty po oczyszczeniu

Fabryka herbaty w Ahangama (18)

Fot. Maszyna w fabryce

Fabryka herbaty w Ahangama (17)

Fot. Posegregowana według wielkości herbata

Fabryka herbaty w Ahangama (10)

Fot. Wysuszona herbata przed oczyszczeniem

Na koniec zaprowadzeni zostaliśmy do sklepu. Przed regałami z różnymi rodzajami herbat produkowanych na miejscu, ustawione zostały stoły z niewielkimi miseczkami do degustacji poszczególnych rodzajów napoju. Należało wziąć sobie niewielki szklany kieliszeczek i łyżeczką nalewać do niego niewielkie porcje z rozstawionych naczyń. Bardzo ciekawy pomysł na degustację przed zakupami. Za każdą miseczką stał słoik, w którym można było zobaczyć dany rodzaj herbaty. Szkoda tylko, że napary były zimne. I tak: można było tam spróbować Virgin White Tea, Silver Needles, którą piliśmy w wersji gorącej, herbat czarnych, zielonych, aromatyzowanych, kwiatowych, ziołowych, z przyprawami… Spróbowałam nawet herbaty aromatyzowanej brandy – Suicide Blend. Jako że nie przepadam za tym alkoholem, herbata nie za bardzo mi posmakowała. Jednak na pewno znajdzie wielbicieli, bo jest bardzo oryginalna.

Fabryka herbaty w Ahangama (19)

Fot. Degustacja herbaty

Po wypróbowaniu wszystkich gatunków, przeszliśmy do regałów. Wybraliśmy tylko 3 opakowania, ponieważ ceny były strasznie wysokie. Początkowo w planach było zrobienie w takim miejscu zakupów dla rodziny i znajomych, ale ceny skutecznie do tego zniechęciły. W koszyku wylądowała maleńka paczuszka Virgin White Tea (naprawdę tyci-tyci…), Rainforest Tea – herbaty uprawianej u stóp lasu deszczowego Sinharaja (cena 600 rupii za 100 gramów, czyli 17zł) oraz paczuszka Yogi Tea – bazującej na czarnej herbacie mieszanki z przyprawami: kolendrą, kardamonem, pieprzem, imbirem, cynamonem i goździkami. Podobno herbata ta świetna jest na zimowe wieczory. Jak tylko wróciliśmy musiałam sprawdzić to na sobie i faktycznie, bardzo przyjemnie rozgrzewa. Yogi Tea to koszt 750 rupii za 40 gramów, czyli jakieś 21zł. Sami przyznacie, że strasznie drogo jak na herbatę, prawda? Za zakupy można płacić kartą. Wraz z rachunkiem przekazano nam także dokładną instrukcję prawidłowego zaparzania Virgin White Tea, spis wszystkich dostępnych u nich herbat i nieco informacji o właściwościach tego jak się okazuje bardzo niezwykłego napoju. Nie sądziłam, że niby zwykła herbata może tak pozytywnie wpływać na organizm – ponoć redukuje ryzyko chorób serca, wspomaga krążenie krwi i metabolizm, przyspiesza usuwanie alkoholu i szkodliwych produktów przemiany materii, ma właściwości antyrakowe, kontroluje poziom cholesterolu i wiele, wiele innych. Wiedzieliście, że rzucie liści herbacianych likwiduje ponoć bóle zębów?

Poza paczkami herbaty można było tam również kupić różne akcesoria, którym jednak zbyt dużo uwagi nie poświęciłam. Widziałam jedynie herbaciane mydełka i olejki, a także jakieś świeczki. Szkoda zachodu na takie zakupy w tym miejscu. Ale zwiedzanie jak najbardziej polecam – można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy. Poza tym wydaje mi się, że w trakcie pobytu na Sri Lance plantacje herbaciane i odwiedziny w fabryce, to obowiązkowy punkt programu. Jednak jeżeli chce się zwiedzić fabrykę, warto zorientować się w tym temacie wcześniej – podobno nie każda przetwórnia udostępniona jest do zwiedzania turystom.

Fabryka herbaty w Ahangama (21)

Fot. Sklepik z herbatą na plantacji

Fabryka herbaty w Ahangama (20)

Fot. Herbaciane akcesoria

Po zakupach udaliśmy się w drogę powrotną do Mirissy. Tym razem nasz obiad był bardzo skromny – w drodze powrotnej z Koggale kupiliśmy w jakimś sklepiku z pieczywem rybne kulki i coś przypominającego pierogi (nazw niestety nie pamiętam), dzięki czemu pierwszy głód został zaspokojony. Obiad, a właściwie to kolacja, zaplanowany był na plaży.

Po drodze widzieliśmy kilka ciekawych widoków. Jednym z nich była kolejna, tym razem zamieszkana wyspa. Podobno zbudowany został na niej hotel. Nocleg w takim miejscu należy do drogich atrakcji.

Sri Lanka dzień 11 (1)

Po powrocie do pokoju szybko się przebraliśmy i ruszyliśmy na plażowanie. W drodze na tę samą plażę, na której byliśmy dnia poprzedniego, przyjrzałam się jednej ze świątyń – można na niej było zobaczyć znaczek swastyki. Jednak w tamtejszej religii wydźwięk tego znaku jest zupełnie inny. W Europie zakazane jest jego użycie, tam ma on przynosić szczęście. Dwa skrajne światy i dwa skrajnie różne znaczenia…

Mirissa (1)

Kolejną ciekawostką widzianą po drodze było pewne stoisko ze świeżymi rybami. Można by rzec, że stoisko jak stoisko. Kilka drewnianych kijków, desek, dach z liści palmy kokosowej… nic specjalnego. Jednak pod dachem czekał niecodzienny widok. Po oferowanych rybach chodziła sobie nieniepokojona przez nikogo czapla. Sprzedawcy nawet nie próbowali jej odpędzać. Ciekawe, czy czegoś im nie zwędziła :)

Kolejnym stoiskiem był straganik z owocami. Oj ile tego tam było… Mango, flaszowce, karambole, rambutany, jabłka (na Sri Lance się ich nie uprawia, ale niewielkie ilości są importowane), do tego pomidory i przyprawy. Wielu z leżących tam owoców nie byłam w stanie rozpoznać. Zupełny owocowy zawrót głowy. Niestety dopiero w domu zorientowałam się, że tuż obok karamboli leżały najprawdopodobniej owoce kakaowca, które chcieliśmy kupić… Cóż… przy takim zatrzęsieniu różności, ciężko było wypatrzeć wszystko.

Kupiliśmy w końcu kilka owoców rambutana, nigdy nie próbowanego pochodzącego z Indonezji jabłka różanego czyli owocu czapetki wodnistej (to to małe różowe na zdjęciu poniżej) i paczuszkę lasek pięknie pachnącego cynamonu. Za wszystko zapłaciliśmy raptem 720 rupii (20zł). Co ciekawe sprzedawca owoce rambutana nazywał liczi… Cóż… liczi wygląda jednak nieco inaczej – jego skórka nie przypomina czerwonego, kolczastego kasztana.

Mieliśmy na plaży drobną przekąskę. Jeden z rambutanów był nawet wzbogacony o białkową wkładkę, w postaci niewielkiego prawie przezroczystego robaczka, który w przypływie litości zostałuwolniony pstryczkiem na trawę ;) Jak rambutany polecam, tak jabłka różane odradzam. Warto spróbować ich jako ciekawostki, ale lepiej kupić na to popróbowanie tylko kilka sztuk. Mi owoc ten nie przypadł do gustu. Był jakiś taki… dziwny. Chrupiący, soczysty i bez wyraźnego smaku. Ni to cierpki ni to słodkawy. Skórka w dotyku kojarzyła się z czymś pokrytym woskiem. Zupełnie nie moje klimaty.

Mirissa (9)

Fot. Rambutan

Tego dnia fale na plaży były mniejsze, ale zrobiło się chłodniej i nawet woda miała odczuwalnie niższą temperaturę. Może przez jakieś zimniejsze prądy? Jednak mimo tego nie można było odpuścić sobie prawdopodobnie ostatniej kąpieli w oceanie przed wyjazdem. Postanowiliśmy nawet wdrapać się na niewielką wysepkę znajdującą się tuż przy brzegu. Na wyspie nie ma raczej nic ciekawego, ale warto spojrzeć z niej na plażę Mirissy. Wspinając się na górę należy bardzo uważać – schodki są mocno zniszczone, a barierka prawie nie istnieje. Jest mocno zniszczona przez słoną wodę, lepiej na nią nie liczyć.

Roztaczający się widok jest bardzo ładny. A do tego na górze można spotkać kilka krabów pustelników. Jeden z takich krabów postanowił mocno zaprzeć się szczypcami o moje palce, przez co wypadł mi z ręki :/ Ale na szczęście spadł tylko z kilku centymetrów, więc nic mu się nie stało. Kraby te muszą być bardzo odporne na uderzenia ze względu na rzucające nimi fale. Tak dużych pustelników chyba nigdy wcześniej nie widziałam.

Mirissa (7)

Jakiś czas później pojawiły się większe fale. Wskoczyliśmy po raz ostatni do wody i po krótkim obsuszeniu się, zaczęliśmy szukać restauracji, w której mogliśmy zjeść świeżo złowionego tuńczyka lub barakudę. Długo szukać nie musieliśmy – pod wieczór praktycznie wszystkie restauracje na plaży wystawiają stoliki ze świeżymi rybami. Najpierw zajrzeliśmy do miejsca, w którym jedliśmy dnia poprzedniego, ale nie mieli żadnej z ryb, których szukaliśmy, tak więc udaliśmy się do konkurencji. Tam wybór ryb i pozostałych owoców morza był znacznie większy.

Chłopak z obsługi początkowo rzucił cenę 2000 rupii za upatrzonego przeze mnie tuńczyka twierdząc, że najemy się nim oboje, ale po pytaniu o cenę barakudy chyba załapał, że każde z nas chciałoby mieć coś innego na obiad. Wybrane ryby wylądowały w misce i powędrowały do kuchni. Skończyło się na opcji tuńczyk + barakuda, frytki i sałatka wielowarzywna za 2600 rupii. Do tego piwo – 300 rupii (ok. 8,50zł) za 660ml butelkę. Spróbowałam kiedyś u nas tuńczyka, ale był to niewielki kawałeczek, ponieważ ryba ta jest nie dość że rzadko spotykana w stanie świeżym, to była jeszcze droga. Tam jednak nie mogłam pominąć okazji spróbowania niesamowicie świeżego tuńczyka i barakudy w cenie ok. 70zł. Ryby zostały przygotowanie wyśmienicie. Wszamałam swoją porcję bardzo szybko. Nie mogłam się później ruszać z przeżarcia, ale dla takich smaków warto się poświęcić ;) Były naprawdę pyszne! Nie spodziewałam się, że barakuda jest tak delikatna w smaku.

Dodatkową atrakcją restauracji były fale obmywające w trakcie obiadu nogi. Trzeba było uważać na rzeczy, bo chwila moment i zostałyby porwane do oceanu. Gdy przyszliśmy do restauracji, mnóstwo stolików było wolne. Jednak po zachodzie słońca wszystkie plażowe lokale zapełniły się. Obok nas rozgościła się nawet jakaś niewielka grupka nieco starszych osób z Polski. Jednak jako że zachowywali się dość głośno, odpuściliśmy sobie próby nawiązywania kontaktu i wróciliśmy na nocleg. 

Na koniec dnia czekała mnie kolejna niespodzianka. Późnym wieczorem pakowałam walizki, gdy nagle coś mi uciekło zza poruszonej spódnicy, która miała się dosuszyć. Było to tak szybkie, że bałam się że będzie to karaluch. Gdy odsunęłam jednak odrobinę szafkę, za którą się to coś schowało, okazało się że mamy gościa w postaci maleńkiego gekona :)

Wyjazd nieuchronnie zbliżał się ku końcowi, na Sri Lance mieliśmy spędzić jeszcze tylko dwa dni.

CDN.

Sri Lanka: Młode pary w kolonialnym krajobrazie Galle
Sri Lanka: O tym, jak pierwszy raz w życiu widziałam wieloryba

Powiązane wpisy

2 Comments

  1. MonikaMonika (Autor posta)

    Ewo, dziękuję za kolejne miłe słowa! :D Czapla była bezczelna i nikogo się nie bała :) Coś mi się wydaje, że jak tylko odeszliśmy, to poczęstowała się jakimś małym kalmarem…

    Odpowiedz
  2. Mamutek

    Monika, z prawdziwą przyjemnością przeczytałam relację z kolejnego dnia w Sri Lance. Z każdego wpisu dowiaduję się czegoś nowego i ciekawego. No i te rewelacyne zdjęcia – dla mnie numer 1 to czapla na straganie z rybami :)

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close