Tajlandia / Kambodża: 20 rąk i jedna wiza

Dzień 8, 19.11.2016

Nadszedł dzień, gdy mieliśmy tymczasowo pożegnać się z Tajlandią. Czekała nas podróż do Kambodży i spełnienie kolejnego marzenia – zobaczenie magicznego Angkoru. Zanim jednak do tego doszło, czekało nas zderzenie z khmerską biurokracją. Czy możliwe jest, żeby jedną wizę przybijało 10 urzędników? W Kambodży wszystko może się zdarzyć…

Z rana ogarnęliśmy się dość szybko i po wydrukowaniu w hotelowej recepcji potwierdzenia rezerwacji na lot Air Asią (jak się przy późniejszych lotach okazało, wcale nie trzeba tego robić) udaliśmy się na dworzec. Śniadanie postanowiliśmy zjeść w pociągu – co raz chodzi tam ktoś z różnymi przekąskami, więc z głodu się w tajskich pociągach nie umrze. Na dworcu kupiliśmy tylko jakieś słodkie bułeczki na pierwszy głód. Pociąg przyjechał punktualnie. Jeszcze zanim wjechał na stację, ekipa kolejowa zaczęła sprawdzać ludziom bilety, żeby pokierować ich do odpowiedniego miejsca. I tak okazało się, że idealnie stoimy jeśli chodzi o nasz 3 wagon. Plan był taki: jedziemy do Bangkoku, zjadamy coś i z centrum ruszamy na lotnisko Don Mueang.

W pociągu niestety mieliśmy siedzieć oddzielnie, ale na szczęście Tajka, która miała miejsce obok mnie, po krótkiej wymianie znaków na migi (ani słowa po angielsku nie rozumiała) postanowiła się przesiąść. I tak podróż spędziliśmy razem. Jak przewidywaliśmy co chwila ktoś przechodził przez pociąg niosąc najróżniejsze przegryzki. Owoce, ryby, pieczone mięso, gotowe dania. Czasem pasażerowie na coś się skusili, ale to my wzbudzaliśmy największe zainteresowanie wśród sprzedawców. No i mnicha, który nieopodal siedział do nas przodem przyglądając się nam i posilając się swoim ryżem.

Kupiliśmy najpierw przygotowanie na słodko mięso wieprzowe, a następnie coś ostrego ze szczypiorkiem i tajskimi zielonymi papryczkami. Ostre jak nie wiem. Co to było niestety do dzisiaj nie mam pojęcia.

W drodze sprawdziliśmy trasę naszego pociągu. Okazało się, że nie musimy wcale jechać do samego centrum miasta, ponieważ jedna z wcześniejszych stacji znajduje się tuż przy lotnisku. Konduktor obiecał poinformować nas, gdy będziemy zbliżać się do naszej stacji. W ten sposób mieliśmy kilka godzin na ogarnięcie się z zaległościami – w pisaniu, spaniu, czy chociażby zwykłym podziwianiu widoków za oknem. Szkoda tylko, że z i tak krótkiej podróży, wyleciał nam praktycznie cały dzień, który poświęciliśmy na transport. Sprawdziłam prognozę pogody na kilka najbliższych dni – nie były zbyt optymistyczne. Wysokie temperatury, wysoka wilgotność sięgająca 98%, całodzienne burze… A przecież miała się już pora deszczowa skończyć. Niezrażeni jednak kiepską wizją aury planów nie zmieniliśmy.

W pociągu jechało kilka białych twarzy, między innymi jakaś inna para Polaków, jednak mimo to wzbudzaliśmy małą sensację. Zaczynałam się do tego przyzwyczajać.

Konduktor dotrzymał danego słowa – gdy pociąg zbliżał się do stacji Don Mueang podszedł do nas i łamanym angielskim poinformował, że zaraz będziemy musieli wysiąść. Mogliśmy oszczędzić trochę bahtów na bilecie, ale trudno się mówi – nie musieliśmy przynajmniej kombinować i szukać transportu z powrotem z centrum. Czasu co prawda do samolotu mieliśmy sporo, ale lepiej było już posiedzieć na lotnisku czy pokręcić się w jego okolicy, niż pędzić nie wiadomo po co, na co i skąd.

Zanim udaliśmy się na lotnisko, przedostaliśmy się na drugą stronę torów w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Zaraz zobaczyliśmy szereg stoisk z najróżniejszymi pysznościami. W miejscu tym znów spotkaliśmy tylko mieszkańców. Zero turystów. Od razu przy kładce trafiliśmy na dwóch chłopaków przygotowujących naleśniki, tak więc obiad zaczęliśmy od deseru. Smaki były różne – ja zdecydowałam się na czekoladę z bananem, mąż na pastę chilli i rozdrobnioną wieprzowinę. Jeden taki przypominający nasze andruty naleśnik kosztował 25 bahtów (ok. 3zł). Gdy tak staliśmy obok i konsumowaliśmy naleśniki, obserwowaliśmy (i byliśmy obserwowani) przez przetaczające się przez to miejsce uczennice pobliskiej szkoły. Co chwilę któraś kupiła sobie takiego naleśnika. Wiele osób brało smaki łączone – np. życzyli sobie paluszki krabowe lub wspomnianą wieprzowinę z jakimś słodkim dodatkiem.

Po drugiej stronie ulicy zaciekawiły nas małe zawiniątka zrobione z liści bananowca i ułożone na kratce nad żarem. Za 20 bahtów (ok. 2,5 zł) kupiliśmy dwie sztuki na spróbowanie. Zawiniątka okazały się być pieczonym nad gorącym popiołem ryżem, w który z kolei owinięte były kawałeczki bananów. Proste, a pyszne. Naleśnik i zapieczony ryż to było jednak za mało na resztę dnia.

Przeszliśmy cały rząd innych lokali i zatrzymaliśmy się w końcu w jednym z nich. Zamówiliśmy czerwone curry oraz kurczaka w sosie z tamaryndu. Porcje za duże nie były, ale żebyśmy nie narzekali, dostaliśmy do posiłku ryż uformowany w serduszko. Cena takiego dania to 45 bahtów (nieco ponad 5 zł).

Po posiłku postanowiliśmy jeszcze zobaczyć najbliższą okolicę. Było gorąco, plecaki uwierały, ale szkoda było marnować czas na siedzenie na lotnisku. Zaraz obok zobaczyliśmy świątynię Wasdonmueang Phra-Arramluang. Wejście do jej wnętrza nie było możliwe, ale obeszliśmy cały teren dookoła. Charakterystyczne bogate zdobienia nie pozostawiały wątpliwości, że jest to świątynia buddyjska.

Na parkanie tuż obok wypatrzyliśmy coś w stylu cmentarza. Niektóre z tabliczek były zbite, a w środku znajdowały się często śmieci…

Po obejściu terenu świątynnego, posiedzieliśmy jeszcze chwilę na przystanku obserwując, jak co chwila podjeżdżały tam auta i  zabierały kolejne grupy ubranych w mundurki uczniów, po czym udaliśmy się do terminala odlotów.

Na lotnisku było niesamowicie tłoczno. Na środku wydzielono barierkami strefę, w której odprawiali się pasażerowie i nadawali bagaże. Nam się jednak nie spieszyło, więc obeszliśmy halę zakupując przy okazji znaczek pocztowy w tamtejszym oddziale poczty. Przejęłam kiedyś po mamie kolekcję starych znaczków pocztowych, więc teraz przy okazji odwiedzin w kolejnych krajach uzupełniam ją znaczkami zagranicznymi :)

Później znaleźliśmy pod biurem sprzedaży biletów Air Asia sporo wolnych miejsc do przeczekania pozostałego do lotu czasu – zarezerwowaliśmy sobie wydawać by się mogło całkiem przyjemny nocleg w Sok San Street Boutique i następnie udaliśmy się na odprawę. Przy wejściu do wydzielonej strefy dla pasażerów prześwietlono nam bagaż rejestrowany (plecak 60 l, który dokupiliśmy do biletu za jakieś 50 zł – cena bajka) i oklejono go naklejką informującą, że został sprawdzony i jest ok. Nie wolno tego bagażu już po tym otwierać. Jeśli jednak naklejkę się zerwie, trzeba ponownie przekazać bagaż do przeskanowania.

Kolejka była niewielka, więc już po chwili mieliśmy sprawdzony paszport i wydrukowane, wyglądające jak paragon karty pokładowe. Bagaż pojechał, a my poszliśmy w kierunku lotów międzynarodowych. Jako że opuszczaliśmy Tajlandię, w okienku z urzędnikiem granicznym podaliśmy nasze paszporty z włożoną do środka wypełnioną wcześniej karteczką z naszymi danymi, datą wyjazdu itp. Procedura poszła szybko, zaraz mieliśmy w paszportach pieczątkę wyjazdową.

Mimo że mieliśmy ze sobą dość załadowany (wraz z kominem) plecak o pojemności 45 l, nikt nie robił nam problemów. Wszelkie kontrole przechodziliśmy szybko i sprawnie, nikt się o nic nie czepiał.  Owszem, należało przestrzegać ogólnych zasad bezpieczeństwa funkcjonujących także na europejskich lotniskach, ale wszystko odbyło się sprawnie. Niektórzy mieli jeszcze większe plecaki od naszego. Żeby nie przewożony scyzoryk, to zapewne w ogóle nie wykupilibyśmy bagażu rejestrowanego, ale w związku z tym, że scyzoryk ten był otrzymanym niegdyś prezentem, szkoda było go stracić. Czekając na możliwość wejścia na pokład dogadaliśmy jeszcze z hotelem transfer z lotniska – miał na nas czekać bezpłatny tuk tuk. Samolot był czysty, zadbany, załoga pokładowa niesamowicie miła i pomocna, do tego w idealnie odprasowanych uniformach i z nienagannym makijażem oraz fryzurami. Miło się patrzyło. Trafiło się nam miejsce przy wyjściu awaryjnym (jupi!! Więcej miejsca na nogi), więc zaraz po usadowieniu się, zostaliśmy w pierwszej kolejności poinformowani o zasadach bezpieczeństwa. Lot, który w części przespaliśmy, upłynął nam niesamowicie szybko. W Siem Reap wylądowaliśmy po niecałej godzinie podróży. Na lotnisku wysadzono nas na płycie, którą przeszliśmy do terminala. Żadnych barierek, byliśmy puszczeni zupełnie samopas. Terminal pierwszego widzianego przez nas khmerskiego lotniska mnie zachwycił. To chyba najładniejsze lotnisko jakie do tej pory widziałam! Może nie jest za duże, ale za to zbudowanie go w tradycyjnym khmerskim stylu było strzałem w dziesiątkę! Było ciemno, ale starałam się zachować w pamięci każdy szczegół.

Zaraz po wejściu do budynku zderzyliśmy się z biurokracją. Wypełnione wcześniej w samolocie papiery (było ich aż 3 sztuki – dane do wizy, informacje dotyczące osoby i miejsca zameldowania po przylocie i informacje o przedmiotach podlegających cłu) należało podać wraz z paszportem i 30 dolarami opłaty wjazdowej jednemu z wielu urzędników siedzących za długą drewnianą ladą. Oczywiście najpierw musieliśmy odstać swoje w kolejce, w której jak się okazało, spotkaliśmy sporo rodaków. Po przekazaniu dokumenty wędrowały przez ręce 9 innych osób, by w końcu zostać dosłownie rzucone na kupkę. Jeden z panów bezceremonialnie dłubał w nosie. Ostatni – 10 – urzędnik oddawał je do rąk własnych cieszącym się z otrzymanej zgody na pobyt. Sprawdziliśmy dokumenty i okazało się, że mąż miał najprawdopodobniej we wklejonej wizie wpisany błędny numer paszportu – numer ten wpisywany jest odręcznie. To jednak nie był koniec, czekał nas jeszcze jeden urzędnik, który przeprowadzał kontrolę paszportową, robił zdjęcie kamerką i pobierał odciski palców dłoni. Wszystkich palców! Tego pana postanowiliśmy dopytać o tę wizę. Machnął tylko ręką i zaraz mogliśmy odebrać bagaż, który już widoczny był na pasie bagażowym.

Tuż obok znajduje się kantor. Czytałam, że w Kambodży za wszystko można płacić dolarami. To prawda, a przynajmniej dotyczy to turystycznej części tego kraju. W wielu miejscach płatność dolarami bardziej nam się opłacała, ponieważ przelicznik na khmerskie riele często był niekorzystny. Zawsze wolimy jednak mieć ze sobą trochę lokalnej waluty. Chociażby po to, żeby mieć później coś na pamiątkę ;) Wymieniliśmy 20$ – otrzymaliśmy za to 76 000 rieli – i udaliśmy się na zewnątrz. Zaraz przy drzwiach zaatakowała nas banda Khmerów… sprzedających turystom karty SIM. Tak nas zakrzyczeli i zakręcili, że w końcu nie porównaliśmy oferty różnych stoisk, które znajdowały się tuż obok siebie. Wciśnięto nam kartę za 3 dolary na tydzień. W cenie tej miało być 3GB Internetu. Czy były inne opcje niestety nie wiem. Widać było, że na sąsiednich stoiskach pracownicy sieci telefonicznej już się poddali. Dziewczyna, która zaciągnęła nas do swojego stoiska była tak obrotna, przebojowa (nachalna wręcz), że nie mieli szans. Z małymi problemami włożono nabytą kartę do telefonu, kartę tajską przyklejono nam taśmą klejącą do kartonika i puszczono wolno. Jeszcze wtedy nie spodziewałam się, że taka sprzedażowa nachalność, trudności z opędzeniem się towarzyszyć nam będą przez kolejne kilka dni prawie na każdym kroku. Póki co jednak nieświadomi podeszliśmy w kierunku tłumu niskich mężczyzn stojących przed terminalem z kartkami. Na jednej z nich wypatrzyliśmy nasze nazwisko. Znaczy transport był. Przywitaliśmy się z kierowcą i po chwili siedzieliśmy już w niezwykłym tuk tuku przypominającym małą karocę. Kong wsiadł na swój motorek i ruszyliśmy w kierunku Siem Reap. Nie wiem ile jechaliśmy, ale cieszyłam się jak dziecko na wszystkie widoki i zapachy (może prawie wszystkie…) po drodze. Jednak także tam czuć było niesamowitą wilgotność w powietrzu. Przy pędzie w trakcie jazdy nie czuło się tego, było nawet przyjemnie rześko, ale każdy włosek na skórze informował o powietrzu przesyconym wodą. Skóra jakby się kleiła, była ciężka od wilgoci. W trakcie jazdy gadałam jak nakręcona, przez co zupełnie przypadkiem miałam okazję spróbować khmerskich robali… Zbyt smaczny to nie były…

Dojechaliśmy w końcu do hotelu. Przywitano nas drinkiem, który otrzymaliśmy dzięki częstym rezerwacjom robionym przez booking. Szybko się zakwaterowaliśmy i przeszliśmy do konkretów, czyli pytań o Angor. Okazało się, że jeśli chcemy, to za 15$ możemy zostać obwiezieni przez Konga po małym kółku, za 22$ po dużym. W kilku miejscach czytałam, że takie są ceny przy organizacji wycieczki przez hotel, więc jakoś specjalnie się nie targowałam o dolara czy dwa. Nawet jeśliby udało się zejść z ceny, to ucięte zostałoby zapewne wynagrodzenie kierowcy, a ten akurat zrobił na nas bardzo sympatyczne wrażenie. Kulturalny, niezbyt gadatliwy, nienachalny, traktujący innych z szacunkiem.  Targowanie odpuściliśmy, jednak im więcej pytań o konkrety zadawałam, tym bardziej sztuczny robił się uśmiech obsługi hotelu. Chyba wiedziałam za dużo, więc musieli mieć już świadomość, że ciężko będzie nas naciągnąć. Może obawiali się, że zdecydujemy się na wzięcie tuk tuka z ulicy? Z opinii wyczytanych na stronie tego miejsca wiedziałam, że nie są przychylni takiej „samowolce” gości. Nie powinno ich to akurat obchodzić. Mimo to zdecydowaliśmy się na usługi współpracującego z hotelem Konga, który przekonał nas do siebie już na lotnisku. Poza tym – jak to się później okazało – kierowcy tuk tuków na mieście byli odstraszająco natarczywi. Do końca życia śnić mi się będą chyba po nocach wypowiadane na okrągło słowa „tuk tuk sir/madame”. I tak po kilkadziesiąt razy dziennie, nawet po kilka razy w ciągu minuty. Rozumiem, że chcą zarobić, ale im dłużej tam byliśmy i tego słuchaliśmy, tym bardziej miałam dość tego towarzystwa i tym bardziej omijaliśmy wszelkie tuk tuki łukiem. A nie było to proste, bo jest ich tam masa! MASA!!! Może stąd ta desperacja w łapaniu turystów – może jest ich tam po prostu za dużo?

Umówiliśmy się z Kongiem na rano i udaliśmy się do pokoju. Niestety nie było to do końca to, co przedstawione było na zdjęciach. Pokój wyglądał gorzej (szczególnie jak na płaconą przez nas cenę). Nie byłoby jednak tak źle, gdyby nie śmierdział papierosami. Gdy zaczęliśmy narzekać, chłopak z recepcji z widocznie niezadowoloną miną zaproponował nam inny pokój. Tam jednak było z kolei głośno – słychać było muzykę z pobliskiego klubu. Wróciliśmy do tego śmierdzącego mając obiecane, że w dniu jutrzejszym wyprowadzają się goście z jeszcze innego pokoju, więc będziemy go mogli zobaczyć. Obiecano nam również odświeżacz powietrza – otwarcie okna przy panującej na zewnątrz temperaturze nie wchodziło w grę. Niestety nie zobaczyliśmy ani odświeżacza, ani innego pokoju… Na szczęście trochę to wywietrzało. Mimo wszystko czułam rozczarowanie. Zdecydowaliśmy się na droższy hotel (noclegi w Siem Reap znaleźć można nawet za kilkanaście złotych od osoby, my płaciliśmy za 3 noce w tym hotelu 250 zł za pokój), bo miał to być taki drobny luksus na moje 30 urodziny. Cóż… szkoda było łazić znowu z całym tym naszym majdanem, więc zostaliśmy. Hotel miał basen, ale niestety słabo to wyglądało. Ani razu z niego nie skorzystaliśmy. Inni goście jakoś też nie byli ku temu wyrywni. Jedynym plusem hotelu pozostała lokalizacja.

 

(Visited 280 times, 1 visits today)
Kambodża: Warto wierzyć, że się uda... Bajeczny Angkor
Tajlandia: Sukhothai i niespodziewana zmiana planów

Powiązane wpisy

8 Comments

  1. Agar i Piżmo

    jedzenie wygląda przepysznie, uwielbiam sporą część azjatyckiej kuchni

    Odpowiedz
  2. Maciej Wojtas

    Trochę offtop: zerknąłem na zakładkę lista marzeń (http://podrozowisko.pl/lista-marzen/)
    I powiem szczerze, że nie wiem, czego mam Ci bardziej zazdrościć. Czy pozycji, które już „zaliczyłaś”, czy miejsc z tej listy, które dopiero na Ciebie czekają.

    Świetny pomysł na życie! :)

    Odpowiedz
  3. Student w podrozy

    „No i fajnie”. Takich postów potrzebuje, do swojej nadchodzącej przygody !

    Ps: Ludzie, zamiast marzyć tylko spełniajcie marzenia :D

    Odpowiedz
  4. Ania W

    Niesamowita przygoda, wspaniały wyjazd, świetny opis :) Aż się rozmarzyłam :)

    Odpowiedz
  5. Natalia Jaranowska

    Po Twoim opisie zatęskniłam za Tajlandią. Życzę wspaniałego wyjazdu do Jordanii, to już tylko 3 tygodnie! :)

    Odpowiedz
  6. balkanyrudej

    Generalnie najważniejsze, że ta biurokracja Was nie zatrzymała, ani nie odesłała z powrotem stamtąd, skąd przybyliście. W zderzeniu z urzędnikami, w szczególności poza granicami własnego kraju i UE (a czasami i tam), człowiek jest trochę bezsilny i zdany na ich łaskę lub niełaskę.
    A z innej beczki – opisy jedzenia fenomenalne. Nie na wszystko bym się skusiła bo jestem vegan, ale coś bym tam dla siebie znalazła :)

    Odpowiedz
  7. Sławka

    Byłam naście lat temu w Tajlandii… Wraz ze zdjęciami wróciły wspomnienia ;)

    Odpowiedz
  8. Martyna

    Twoje opisy sa dla mnie bardzo inspirujące. Szkoda że takie odlegle Mam nadzieję że kiedyś się wybiorę

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close