Tajlandia: Koh Phi Phi – niby w raju, ale…


Dzień 14, 25.11.2016

Po nieplanowanym noclegu w Krabi przyszła pora, żeby wreszcie trafić do raju. Takie przynajmniej mieliśmy zamiary – Koh Phi Phi czekała. O 8:30 mieliśmy stawić się na dole, więc przy recepcji byliśmy punktualnie. Jednak jako że punktualność nie jest mocną stroną mieszkańców Tajlandii, przyszło nam poczekać jeszcze 10 min. Po tym czasie podstawił się busik, którym zostaliśmy przewiezieni do portu.

Kierowca busika zażyczył sobie 10 bahtów od osoby (ok. 1,17 zł). Tyle co nic, za to w drodze powrotnej już nas trochę oskubano… Ale o tym później. W porcie przekierowani zostaliśmy do stoiska, na którym zakupiliśmy bilety powrotne do Krabi płacąc 400 bahtów za osobę (ok. 47 zł). Przy okazji dopytałam o dostępne możliwości przedostania się do Bangkoku. Były w sumie dwie – samolotem, albo nocnym autobusem, który w porcie był o 17:30. Pracownik zostawił nam wybór, którym promem chcemy wracać – były dwa. Jeden o 10:30 a drugi o 15:30. Godziny zupełnie do niczego – pierwszy prom oznaczał wczesną pobudkę i przesiedzenie połowy dnia w oddalonym od miasta porcie, drugi z kolei mógł oznaczać spóźnienie na autobus. I tak źle i tak niedobrze. Bilet na autobus miał nas kosztować 850 bahtów od osoby (ok.100 zł), czyli mniej więcej połowę tego, ile kosztował bilet na samolot. Musieliśmy to przemyśleć.

Po dokonaniu płatności udaliśmy się do kolejnego okienka, w którym na podstawie żółtego potwierdzenia uiszczenia należności wystawiono nam właściwe bilety. Wyszło na to, że tak naprawdę tym, czym zająć się mogła jedna osoba, zajmowały się cztery. Tak się likwiduje bezrobocie…

Na promie wygodnie rozsiedliśmy się na dolnym pokładzie. Prom ma dwa poziomy pasażerskie, na każdy z nich wchodzi jakieś 120 osób. Daje to po przeliczeniu razy 400 bahtów całkiem niezłą sumkę. Z 10 minutowym opóźnieniem ruszyliśmy. Płynęło z nami dość sporo osób, ale nie wszystkie miejsca były zapełnione. Spokojnie kołysanie szybko mnie uśpiło.

Na Koh Phi Phi w porcie w zatoce Ton Sai miał na nas czekać pracownik obiektu Phi Phi Ba Kao Bay Resort. Patrząc na te wszystkie dotychczasowe komplikacje mieliśmy nadzieję, że teraz już dotarcie do naszego hotelu pójdzie z górki. Gdy dopływaliśmy do zatoki, naszym oczom ukazało się zielone wybrzeże z mnóstwem zacumowanych przy nim tzw. long tail boats – łodzi, którymi transportuje się ludzi i towary na północą stronę wyspy i po okolicy. Kolor wody w zderzeniu w błękitnym niebem oszałamiał. Wreszcie byliśmy w raju! Po zacumowaniu przechodząc przez inną łódź trafiliśmy do portu. Na wejściu musieliśmy zapłacić 20 (ok. 2,5 zł od osoby) bahtów za wstęp na wyspę – jest to obowiązkowa opłata dla wszystkich turystów przypływających na tę wysepkę. Pieniądze te mają być przeznaczane na ochronę wyspy. Moim zdaniem jest na to już jednak za późno – jak mieliśmy się w ciągu pobytu przekonać, rafa koralowa w okolicy dawno umarła.

Po chwili znaleźliśmy mężczyznę, który czekał na nas i innych gości hotelu. Kazał nam zostawić bagaże i zaczekać pół godziny. Rozejrzałam się dookoła – wrażenie raju prysło niczym bańka mydlana. Niby było pięknie, upalnie i słonecznie, ale ten tłum ludzi potrącających nas non stop zaczynał być denerwujący. W sumie mogłam się tego spodziewać – po filmie „Niebiańska plaża” z Leonardo di Caprio w roli głównej, Koh Phi Phi stała się chyba jedną z najsłynniejszych wysp na świecie. Oznaczało to dzikie tłumy chętnych na doświadczenie filmowych scenerii. Liczyłam, że na północy będzie spokojniej – w końcu najwięcej hoteli i imprezowni jest właśnie w okolicy portu. Na północ wyspy trudniej się dostać, więc może jednak zasmakujemy rajskiej sielanki?

Jako że nie mieliśmy ochoty smażyć się bezczynnie w tym dzikim tłumie, ruszyliśmy zobaczyć najbliższą plażę. Kolor wody był niesamowity. Pływały w niej liczne ryby, widzieliśmy wielką ławicę jakiejś drobnicy oraz kilkunastu przedstawicieli belonowatych. Woda była ciepła, przyjemnie byłoby się w niej zanurzyć.

Podeszliśmy też do rzędu łodzi – właśnie one są bardzo charakterystycznym obrazem dla Tajlandii. Wyciągnięte na brzeg wyglądają naprawdę niesamowicie malowniczo.

Pospacerowaliśmy trochę, porobiliśmy zdjęcia. Jeśli chcielibyście skorzystać tam z publicznej toalety, szykujcie się na wydatek ok. 3,5 zł (30 bahtów). Niby to niewielkie pieniądze, ale nie zapominajmy, że to tylko toaleta, w Tajlandii. Za tyle można zjeść w Bangkoku posiłek! Przed drzwiami do toalety znalazło się bajoro morskiej wody, żeby opłukać nogi z piachu. Inaczej się wejść nie dało.

Gdy nadszedł czas, wróciliśmy na przystań. Poczekaliśmy jeszcze chwilę, ale jako że nie przyszedł nikt więcej, ruszyliśmy na drugą stronę wyspy do plaży Loh Dalum. Pan czekający na nas zarzucił sobie na plecy nasz najcięższy plecak i kazał podążać za sobą. Na plaży zatrzymaliśmy się na chwilę w oczekiwaniu na naszą wodną taksówkę. Niby od portu dzieliło nas kilkadziesiąt metrów, ale tu było już znacznie spokojniej.

Robiłam akurat zdjęcia, gdy mężczyzna niosący wcześniej nasz plecak po prostu sobie odszedł. Bez słowa. Okazało się, że nasza łódź właśnie podpłynęła, więc wrzuciliśmy bagaże i z wody wskoczyliśmy na pokład – lepiej zapomnieć o długich spodniach, bo na bank będą mokre. Mieliśmy całą łódkę tylko dla siebie, Kazano nam się rozsiąść po dwóch stronach i po kilkunastu minutach płynięcia wśród pięknych widoków dotarliśmy do zatoki Loh Lana. Jakiś mężczyzna na brzegu bez słowa zgarnął nasze oba plecaki i gdzieś sobie (znów!) poszedł. Gdy wykaraskałam się z łodzi (ponownie do wody) zobaczyłam już tylko, jak znika za krzakami. Okazało się, że czekał tam na nas transport – skuter ze zmontowaną prowizorycznie przyczepką. Śmiesznie się tym jechało, na każdym wzniesieniu miałam wrażenie, że wyląduje zaraz na drodze. Warto zaznaczyć, że na Koh Phi Phi (i na wielu innych wyspach) nie ma w ogóle ruchu samochodowego).

W końcu dotarliśmy. Po zderzeniu z głośnymi tłumami przy porcie, tutejsze warunki dawały wytchnienie. Cisza, spokój, praktycznie brak ludzi, piękne widoki – tego nam trzeba było. I komary – dwa już zdążyły mnie użreć. Ale i tak było pięknie, jak w raju. Z niecierpliwością czekałam na możliwość wykąpania się w morzu.

Zameldowaliśmy się. Mimo wcześniejszych zapewnień, początkowo chciano nas policzyć za wszystkie trzy noce, ale przypomniałam, że mailowe ustalenia były inne. Zamiast obniżyć nam cenę o jakieś 1850 bahtów, kazano nam zapłacić w końcu 2000 bahtów mniej (ponad 200 zł!) :) Zaraz pan ze skutera zaprowadził nas do naszego domku. Był piękny! Z klimatyzacją, ładną łazienką i wielkim łóżkiem. Do tego w cenie było śniadanie i Internet.  Cienka podłoga drżała przy każdym kroku, ale to akurat w niczym nie przeszkadzało. Było gorąco i w przeciwieństwie do kontynentu mało wilgotno. Pisałam już, że trafiliśmy do raju?

Ruszyliśmy na plażę – droga zajęła nam całe dwie minuty. Akurat jak wychodziliśmy zaczęło odrobinę kropić, ale stwierdziliśmy, że to tylko jedna mała chmurka. Niestety jednak nie dane nam było nacieszyć się ostatnimi godzinami dnia, ponieważ od strony oceanu szła ku wyspie gigantyczna burza. Co chwila w innym miejscu pojawiała się słabo widoczna tęcza, widać było, że porządnie leje. Mieliśmy nadzieję, że jednak to nas minie, ale grzmoty zbliżały się i zbliżały. Żeby tego było mało, akurat trafiliśmy na odpływ, więc woda cofnięta była o dobre kilkadziesiąt metrów. Dno było żwirowate, a w wielu miejscach nawet kamieniste, ciężko było przejść bosą nogą. Zawróciliśmy do hotelu, żebym jednak zabrała ze sobą sandały wodoodporne, bo na boso chodzenie tam było udręką – fragmenty muszli i koralowców mogły nawet poranić stopy.

Szliśmy przed siebie mając świadomość, że może zaraz trzeba będzie uciekać przed ulewą. Szczęśliwie burza rozstąpiła się na dwie strony zostawiając nad nami jedynie mocno zachmurzone niebo. Czasem trochę pokropiło, ale trudno to nazwać deszczem. Jednak na kąpanie się nie było co liczyć. Morze było daleko od brzegu, do tego dno opadało bardzo powoli – można było przejść i kilkaset metrów bez zanurzenia. Że też o tych przypływach i odpływach wcześniej nie pomyślałam! W każdym razie wrażenie raju szlag trafił. Liczyłam na cudowną orzeźwiającą kąpiel w cieniu palm, a zastałam taki widok:

Pomiędzy plażą a zacumowanymi daleko łodziami kursował traktor – mężczyźni przewozili nim towary które przetransportowane zostały z lądu. O plażowaniu mogliśmy zapomnieć.

Szliśmy sobie wzdłuż wody oglądając zwisające nad nami palmy kokosowe (co któreś drzewo miało tabliczkę z ostrzeżeniem o spadających kokosach) i nadbrzeżne hotele. Niektóre były tak bajkowe, że mieliśmy ochotę zajrzeć do wnętrza poszczególnych chatek. Ceny noclegów w takim miejscu musiały być zabójcze. Przeszliśmy obok wielkiego basenu, w którym pluskali się nieliczni turyści i znów zeszliśmy do wody. Akurat wąskim fragmentem piasku jak mąka szedł sobie krab pustelnik tachając na grzbiecie wielką skorupę. Szedł, jakby pijany był. Ledwo radził sobie z muszlą.

Odbiliśmy następnie w stronę lądu podziwiając florę wyspy. Bananowce, palmy, drzewa z ogromnymi kulistymi owocami, które chyba nie były jadalne, bo nikt ich nie zbierał, papaje i inne cieszyły oko soczystą zielenią. Każdy mieszkaniec wyspy, który nas mijał, szeroko się uśmiechał i nas pozdrawiał. Czułam się zupełnie inaczej niż w Kambodży – nie zauważałam fałszu, z którym niestety w miejscach turystycznych w tamtym kraju mieliśmy często do czynienia.

Doszliśmy tak w końcu do naszego obiektu. Wioska jest maleńka, ale można z niej udać się na różne wycieczki. Pracownicy hoteli i lokalnych biur podróży sprzedają kursy na boat taxi, wycieczki, jedzenie. Są restauracje, sklepy. Można też przejść pieszo do zatoki Ton Sai (4,1 km w jedną stronę). Żałowałam, że nie zobaczymy tej zatoki z punktu widokowego, ale szkoda było marnować czas na tak długie wycieczki w takim upale. W końcu plan był taki, że nie robimy zupełnie nic.

Złapałam chwilową drzemkę, po której – gdy było już ciemno – wyszliśmy na kolację. Tuż obok znajdowała się restauracja, przed którą wystawione zostały świeże owoce morza z połowu z tego dnia. Były ryby, gigantyczne krewetki (kosztujące 400 bahtów), kałamarnice, kraby i coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam. Z angielskiego przedstawiono nam to coś jako rock lobster, chociaż poprawniejszą nazwą jest „flathead lobster”. Polskiej nazwy gatunek ten chyba nie ma, ale z łaciny nazywa się Thenus orientalis – występuje w Pacyfiku i Oceanie Indyjskim. Mąż zamówił smażone orzechy nerkowca z kurczakiem i ryżem. Do tego poprosiliśmy o kolejne drogie piwo – za pół litrową butelkę płaciło się 120 bahtów! Najśmieszniejsze, że piwo było droższe od homara, za którego zapłaciliśmy 100 bahtów (12 zł) wraz z pysznym sosem czosnkowym i sałatką warzywną. Kurczak z orzechami – 150 bahtów. Atmosfera restauracji była jednak przyjemna, a obsłudze naprawdę zależało, żeby każdy z gości był zadowolony.

Po jedzeniu udaliśmy się ponownie nad wodę. Przypływ sprawił, że plaża znacznie się skurczyła. W świetle nielicznych lamp woda miała piękny turkusowo-mleczny kolor. Początkowo rano mieliśmy w planach wyspanie się, jednak postanowiliśmy przyjść na plażę możliwie jak najszybciej, żeby znów nas nie zaskoczył odpływ. W końcu przypłynęliśmy tam żeby trochę się popluskać!

Pospacerowaliśmy wzdłuż plaży, ale zaraz zawróciliśmy. Na wodzie zobaczyliśmy biało-czerwoną łódź z błyskającym czerwonym kogutem. Od razu pomyślałam, że musiało się coś stać. Kilka osób szybko podeszło do łodzi, jeden z mężczyzn niósł coś zawinięte w białe szmatki i w górze w dłoni ubranej w rękawiczkę niósł jakby kroplówkę. W samochodzie przy plaży mąż wypatrzył jakąś kiepsko wyglądającą kobietę. Może dopiero co urodziła? Przy budynku tuż obok zebrało się kilka osób mających dość zatroskane miny.

Wróciliśmy do pokoju oglądając przy okazji kilka gekonów ganiających się po ścianach bungalowów.

Tajlandia: Słodkie lenistwo
Tajlandia: Prawie w raju, czyli utknęliśmy w Krabi

Powiązane wpisy

12 Comments

  1. Adam Ryske

    w jakim miesiącu odwiedziliście wyspę, że było cicho i pusto?

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Byliśmy tam po 20 listopada. Północ Koh Phi Phi była zupełnym przeciwieństwem tego, czego się naczytałam w Internecie :) Cisza, spokój, praktycznie brak ludzi. Musieliśmy mieć chyba sporo szczęścia. Za to południe… no nie. Tam było zdecydowanie zbyt tłoczno

      Odpowiedz
  2. Madame Giussani

    Jej, mam wrażenie, że w Azji już coraz trudniej znaleźć rajską wyspę. Trzy lata temu będąc w Malezji strasznie się zawiodłam. Widzę że tu jest nie lepiej. Po czyste plaże i srebrzysty piasek trzeba się wybrać do Polinezji. Tam to jest faktycznie raj.

    Odpowiedz
  3. Agar i Piżmo

    rzeczywiście, nie do końca brzmi do jak raj. do tego szkoda tej zniszczonej rafy koralowej :/

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      W kolejnym wpisie będzie zdjęcie obecnego stanu rafy. A raczej tego, co pozostało z niej przy brzegu po północnej steronie Koh Phi Phi Don. Tego nawet nie da się nazwać marnymi resztkami :( Musiała zostać zniszczona już wiele lat temu.

      Odpowiedz
  4. Sonia

    Będąc w Tajlandii również chcieliśmy wybrać się na Kho Pi Pi, ale zrezygnowaliśmy przez tłumy turystów. Zdecydowaliśmy się na Railay Beach i to był najlepszy wybór :) Zero ludzi na plaży. Tylko my, skały i szum fal :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Na północy było prawie pusto ;) Tym tłumom z okolic portu nie chciało się aż tak daleko dotrzeć, więc mimo popularności tej wyspy o dziwo mogliśmy doświadczyć tam ciszy i spokoju. Ale na następny raz wybierzemy jakiś inny kierunek

      Odpowiedz
  5. Edyta

    Ile kosztują te wodne taksówki?

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Przyznam uczciwie, że niestety nie mam pojęcia o cenach… Transport z portu mieliśmy bezpłatnie zapewniony przez hotel, a czas na północy Koh Phi Phi Don postanowiliśmy wykorzystać na totalne lenistwo, więc nie ruszaliśmy się poza tę część wyspy.

      Odpowiedz
      1. Edyta

        Ok, jasne spoko. Ale już informacja jest, że można z hotelem „negocjować” tego rodzaju transport ;-) Dzięki wielkie!

        Odpowiedz
  6. zaplanowanipl

    Fajne zdjęcia, miejsce teraz poza moim zasięgiem, ale kto wiem może kiedyś :) Tylko jedzenie mnie przeraża!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Wygląd faktycznie nie zachęcał, ale wszystko było pyszne! ;)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close