Tajlandia: Królestwo Ayutthayi


Dzień 6, 17.11.2016 cześć 1/2

Phra Nakhon Si Ayutthaya, zwana po prostu Ayutthaya to dawna stolica Tajlandii mająca obecnie około 70 tys. mieszkańców. Miasto leżące około 80 km od Bangkoku, przez 400 lat było ogromnym ośrodkiem kulturalno-handlowym. W XVI i XVII w. zamieszkiwało je ponad milion ludzi! Na tamte czasy była to naprawdę ogromna liczba. Niestety na początku XVIII w. miasto zaczęło podupadać, a najazd Birmańczyków spowodował, że opuszczona stolica na wiele lat zarosła dżunglą. Obecnie możemy tam podziwiać to, co przetrwało do naszych czasów – ruiny pałaców, kompleks świątynny oraz mnóstwo posągów Buddy.

Po wczesnej pobudce, szybkim śniadaniu i pozostawieniu zbędnego bagażu, który do końca wyjazdu miał nam tylko zawadzać, udaliśmy się na wycieczkę do Ayutthayi. Znów zdecydowaliśmy się na gotową wycieczkę zorganizowaną przez nasz hostel. Za osobę zapłaciliśmy 600 bahtów, czyli ok. 70 zł. W cenę wliczony był transport, trochę opowieści na miejscu oraz lunch. Tak naprawdę wycieczka kosztowała jeszcze nieco więcej, ale w związku z tym, że mieliśmy nie wracać do Bangkoku, dostaliśmy rabat.

Z 5 min. opóźnieniem pojawił się pod naszym hostelem przedstawiciel firmy San Express, z którą mieliśmy udać się na zwiedzanie. Bezceremonialnie upchnął nasze plecaki na pierwszych siedzeniach i ruszyliśmy. Pod którymś z kolei hotelem kazał nam jednak przełożyć plecaki, ponieważ okazało się, że bus będzie całkowicie wypełniony. Dojechaliśmy bez przygód. Od razu po przyjeździe pokazano nam piękną świątynię Wat Yai Chai Mongkhon, do której teoretycznie wstęp kosztował 20 bahtów. Jednak w związku z tym, że Tajowie postanowili uhonorować zmarłego niedawno króla, wstęp do Ayutthayi do końca stycznia 2017 roku miał być darmowy tak dla mieszkańców jak i zagranicznych gości odwiedzających to miejsce. Trafiliśmy idealnie!

Po wyjściu z busa nasz przewodnik na ten dzień zaczął opowiadać nieco o świątyniach, które zobaczymy. Jego angielski był jednak tak tragiczny, że jedyne co rozumiałam to słowa „Sri Lanka”, „Ayutthaya” oraz „Budda”. Inni uczestnicy wycieczki z pozostałych busów chyba mieli ten sam problem. Zasób słownictwa pana był raczej bogaty, ale jego akcent i śpiewne łączenie wszystkich słów sprawiały, że totalnie się wyłączyłam. Rozglądałam się wkoło czekając tylko, aż przekaże informację, o której godzinie mamy wrócić na parking. Chyba zdawał sobie sprawę z trudności, jakie sprawia jego wymowa, bo godzinę powrotu zapisaną miał na karteczce, którą wszystkim pokazał.

Po tym jak skończył, wszyscy ruszyli w kierunku posągu leżącego Buddy. My poszliśmy odwrotnie. Dużo czasu nie mieliśmy, ale wystarczyło to na zapoznanie się z pierwszym odwiedzonym miejscem. Świątynia jest piękna, zrobiła na mnie ogromne wrażenie tym bardziej, że o dziwo nie było tam też tłoczno . Może ze względu na wczesną porę?

Dookoła kompleksu ustawiono mnóstwo siedzących w tej samej pozycji posągów Buddy, a niektóre z ich przyozdobione zostały w złotą szatę.

Wspięliśmy się po schodach świątyni na górę. O ile wejście jakoś poszło, o tyle zejście było już trochę trudniejsze – strome, wyszczerbione schody bez żadnego zabezpieczenia wymuszały bardzo powolne i ostrożne posuwanie się na dół. Warto było jednak spojrzeć na okolicę z lotu ptaka.

Spacer po terenie Wat Yai Chai Mongkhon zakończyliśmy przy sporej wielkości figurze leżącego Buddy.

Z drugiej strony zobaczyć mogliśmy piękny widok na świątynię. Droga ozdobiona była donicami z krzewami o różnych kolorach kwiatów.

Wróciliśmy na czas do busa. Czekała nas tam jednak przykra niespodzianka. Ledwo zdążyliśmy usiąść, już kazano nam wysiadać, bo przecież wykupiliśmy tylko opcję z transportem do Ayyuthayi. Owszem, wykupiliśmy transport w jedną stronę, ale razem ze zwiedzaniem i odwiezieniem nas na dworzec kolejowy w mieście, z którego mieliśmy udać się do Phitsanulok. Tłumaczyłam raz za razem, że wykupiliśmy praktycznie całą wycieczkę i że mamy zostać odwiezieni na dworzec po lunchu. Jednak ani kierowca ani nasz przewodnik nie rozumieli, co im tłumaczę. Robiło się coraz bardziej nerwowo i nieprzyjemnie. Starałam się używać prostych słów i mało złożonych zdań, ale dalej nic nie kumali. Utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że Tajowie mają jednak problem z angielskim. Rozumieją i mówią to, co zawsze jest powtarzane. Ale jak pojawia się jakaś komplikacja, to już niekoniecznie są w stanie się dogadać. I popełniają masę błędów… W wielu miejscach widzieliśmy mnóstwo różnych literówek (np. w pałacu królewskim w Bangkoku zamiast Royal Palace napisano Royal Place). Miałam dość tej sytuacji. Wszyscy w busie nasłuchiwali o co chodzi, czas płynął, nie ruszaliśmy dalej. Stwierdziliśmy że nie wysiadamy, bo nie płaciliśmy za zostawienie nas w polu. W końcu przewodnik zadzwonił do biura i podał mi swój telefon. Ciężko było się dogadać, bo ledwo co słyszałam. Powtarzałam, że mamy opłaconą wycieczkę wraz z transportem na dworzec. Mówiłam również, z jakiego hostelu mieliśmy rezerwację. W końcu po kolejnych długich minutach dziewczyna po drugiej stronie telefonu załapała, że jesteśmy z hostelu Q6. Oddałam telefon i co się okazało? Że w którymś z busów był ktoś, kto opłacił tylko transport do Ayutthayi i po pierwszej świątyni miał wysiąść. Kierowca z przewodnikiem zobaczyli nasze plecaki i bez chwili zastanowienia postanowili nas wysadzić. Byłam wkurzona – nawet zwykłego przepraszam nie usłyszeliśmy. Porządnie zepsuło to nam wycieczkę.

Gdy już wszystko zostało wyjaśnione, zawieziono nas do kolejnych ruin – Wat Mahathat – przy których znajduje się słynna głowa Buddy opleciona korzeniami drzewa. Przewodnik znów coś tam opowiadał, ale jako że go kompletnie nie rozumiałam, skupiłam się na ganiających się po murze dwóch wiewiórkach. Na Sri Lance było pełno gryzoni, natomiast w Tajlandii przez cały pobyt widzieliśmy tylko ze trzy sztuki. Jeśli zależy Wam na obserwacji dzikich zwierząt bez konieczności odwiedzania parków narodowych, szykując się na wyjazd do Tajlandii nie spodziewajcie się szału w tym temacie. Na Sri Lance to zupełnie inna bajka :)

Dano nam po raz kolejny czas wolny, który spożytkowaliśmy na jak najdokładniejsze zobaczenie odwiedzanego miejsca. Do słynnej głowy Buddy nie da się nie trafić. To właśnie tam zbiera się największy tłum, więc już z daleka widać to miejsce. Po wejściu na teren świątyń należy udać się od razu w prawo. Swoje trzeba odstać w tłumie chętnych na uwiecznienie tego miejsca.

Następnie obeszliśmy cały teren podziwiając to, co nie zostało zniszczone przez Birmańczyków, upływający czas i samych mieszkańców okolicy.

W pobliżu było jeszcze jedno ciekawe skupisko ruin – Wat Ratchaburana – jednak tam niestety nie zajrzeliśmy. Być może punkt ten został pominięty przez prowadzony tam remont, ale podejrzewam że wpływ na to mogła mieć również cała ta bezsensowna dyskusja o naszym dalszym uczestnictwie w wyjeździe. Żałuję, bo z dala ruiny wyglądały zachęcająco, szczególnie tamtejszy prang, czyli wysoka wieża świątynna. .

Następnie udaliśmy się pod posąg leżącego Buddy – Lokaya Sutha. Mieliśmy tam chwilę czasu wolnego. Gdy podchodziliśmy pod figurę, zaczepiła nas jakaś biedna, starsza kobieta. Wcisnęła mi w dłonie kwiaty lotosu, kadzidełka a po chwili jeszcze złotą folijkę. Mimo sprzeciwów zaprowadziła nas do niewielkiego ołtarzyka, pokazała, gdzie położyć kwiaty, a gdzie wetknąć zapalone już kadzidełka. Wskazała również, co zrobić ze złotkiem – należało przykleić ją na miniaturce posągu. Już widziałam oczami wyobraźni jak zaraz każe sobie zapłacić. Wzbraniałam się, ale wszelkie moje protestyucięła mówiąc, że należy okazać szacunek Buddzie. Cudze religie zawsze szanuję. Gdy trzeba zakrywam kolana i ramiona, zdejmuję buty dostosowując się każdorazowo do panujących zasad. Postanowiłam więc okazać tak ważny dla tej kobiety szacunek odkładając zastanawianie się nad zapłatą na później. Staruszka była widocznie zadowolona. I – co bardzo mnie zdziwiło – nie chciała zapłaty. Jedyne co, to wyciągnęła jakieś talizmany, za których zakup jednak grzecznie acz stanowczo podziękowaliśmy. Ta część Azji skutecznie uczy asertywności. Kobieta jednak nie była napastliwa, zaraz poszła z kwiatami do innych. Ufff…

Kolejnym punktem była biała świątynia Wat Phu Khao Thong. Mimo imponujących rozmiarów i doskonałego zachowania, to miejsce najmniej mi się spodobało. Wspięliśmy się na szczyt, z którego widać było całą okolicę. Praktycznie brak zabudowań, tylko pola i dżungla. W pobliskim stawie kwitły lotosy, obok mieszkali mnisi, nad wodą przechadzały się gęsi. Obeszliśmy teren dookoła podziwiając przy okazji pozostałości innych budowli z tego okresu. W busie mieliśmy być z powrotem o 12:10. Musieliśmy się trochę pospieszyć, ale zdążyliśmy na czas. Jednak kierowca jak tylko nas ujrzał, od razu z niezadowoloną miną zaczął nam pokazywać na zegarek, tak, jakbyśmy się spóźnili. Tego było już za wiele. Najpierw chcieli nas wyrzucić, a teraz jeszcze poganiali, mimo że to właśnie przez ich chaotyczne zachowanie powstało opóźnienie. Zamiast przyspieszyć, szliśmy wciąż tym samym tempem. Gdy po kilku minutach od naszego usadowienia się ruszyliśmy, wybiła właśnie 12:10.

Przyszła pora na lunch. Zawieziono nas do jakiejś nastawionej typowo turystycznie na takie wycieczki restauracyjki. Porcje tym razem były dużo mniejsze niż poprzedniego dnia w restauracji, do której zabrani zostaliśmy w pobliżu Kanchanaburi. Zaserwowano jednak to samo – ryż, kurczaka z warzywami oraz smażone jajko. Napój ponownie każdy miał dokupić sobie w swoim zakresie. Restauracja – masówka. Dużo lepiej czułam się w lokalu z poprzedniego dnia.

Z programu pozostała jeszcze jedna świątynia. A raczej spory kompleks pięknie zachowanych budowli – Wat Phra Sri Sanphet. Taka wisienka na torcie. Warto wybrać się tam na koniec zwiedzania – gdy zobaczycie to miejsce jako pierwsze, nic już nie zrobi na Was takiego wrażenia. Emocje trzeba odpowiednio dawkować.

Tam dano nam nieco więcej czasu. Chętni mogli się przejechać na słoniach (ubranych w ciężkie kosze i wielkie parasolki, przyozdobionych kiczowatymi ozdobami, ciężko stąpających po rozgrzanym asfalcie wśród trąbiących samochodów…). Gdzieś obok widzieliśmy małe słoniki zapędzone do wybetonowanego pomieszczenia… Sporo osób skusiło się niestety na taką przejażdżkę.

Poza kompleksem prawie że biegiem udaliśmy się do pobliskiej świątyni Wat Phra Ram. Niestety wejście na ten teren było zamknięte, ponieważ akurat budowle remontowano. Niektórzy łamali zakaz i wchodzili poza ogrodzenie, ale nam wystarczyły widoki zza muru.

Tym razem na miejscu spotkania byliśmy pierwsi. Już mieliśmy ładować się do busa, gdy powiedziano nam, że na stację kolejową zabrani zostaniemy tuk tukiem. Przejazd został już z góry opłacony. Kierowca chętny był na odwiezienie nas po bilety i następnie poobwożenie po mieście, ale niestety nasz pociąg miał być już za godzinę. Żałowałam, bo wkoło zobaczyć można było jeszcze mnóstwo ruin, czas nas jednak gonił. Przy okazji naszej podwózki na transport załapała się jakaś kobieta z dzieckiem. Byliśmy dla nich dodatkową atrakcją w trakcie drogi. Po dowiezieniu do celu wyciągnęła kilka drobnych banknotów i uiściła należność żegnając się z nami delikatnym uśmiechem.

Po drodze widzieliśmy jeszcze kilka świątyń, ale były dużo gorzej zachowane.

Kierowca tuk tuka zostawił nas pod dworcem. Za miejsca siedząco- leżące w najwyższej klasie mającego przyjechać pociągu zapłaciliśmy łącznie za dwie osoby 740 bahtów – będzie to ok. 86 zł. Niby kusiło nas przejechanie się klasą trzecią (bilety kosztują tam grosze), wśród lokalnych mieszkańców, ale po całym intensywnym dniu i wizji 5 godz. w pociągu zdecydowaliśmy się ostatecznie na tę odrobinę luksusu. Na dworcu o mały włos zgubiłabym moją wyjazdową karteczkę z paszportu, jednak dzięki uważności jednego z obserwujących nas Tajów, uniknęłam późniejszych problemów związanych z opuszczeniem Tajlandii. Swoją drogą ciekawe, co się dzieje, gdy ta karteczka z paszportu naprawdę gdzieś zaginie…

Tajlandia: Nocny pociąg
Tajlandia: Sai Yok Noi - orzeźwienie w upalne południe

Powiązane wpisy

7 Comments

  1. Iza

    Piekne zdjecia, cudowna podroz!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Po tych kilku miesiącach, któe minęły od powrotu, mam wrażenie, że to był jakiś sen…

      Odpowiedz
  2. Anita

    Niedawno tam byłam. Miło powspominać. Fajny artykuł.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dzięki! :)

      Odpowiedz
  3. Happiness collection

    Nieziemsko! <3 Taka podróż do dawnych czasów! Wow!

    Odpowiedz
  4. Rafael Mos-kal

    jak zwykle bardzo szczegółowo dziekuje:)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Staram się zachować każdą informację i każde – nawet najdrobniejsze – wspomnienie ;)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close