Tajlandia: Loy Krathong – Święto Świateł


Dzień 3, 14.11.2016 część 3/3

Niby było już późno, wciąż nie odzyskaliśmy pełni sił po długiej podróży i pierwszych wrażeniach, jednak żal było przesiedzieć wieczór w hostelu. Szczególnie że niedaleko nas odbywał się widowiskowy festiwal. Raz do roku Tajowie obchodzą Loy Krathong – Święto Światła. Gdy rezerwowałam przeloty, zupełnie nie miałam świadomości, że trafimy do Tajlandii w tak wyjątkowym okresie.

Loy Krathong to obchodzone w Tajlandii święto odbywające się w trakcie pełni Księżyca w dwunastym miesiącu lunarnym tajskiego kalendarza, czyli najczęściej w listopadzie. Nazwa ta tłumaczona jest jako „spławianie tratewek/ łódeczek”- na rzeki, stawy i kanały Tajowie – głównie zakochane pary – puszczają stroiki wykonane z pnia bananowca lub styropianu, ozdobione bananowymi liśćmi, różnymi kwiatami (przeważnie storczykami i aksamitkami), kadzidełkami i świeczkami. Zdarzają się również krathongi przygotowane na bazie z ciasta chlebowego – ta wersja jest najbardziej ekologiczna.

Na północy Tajlandii – w Chiang Mai, gdzie święto obchodzone jest z największym rozmachem – długie lata w powietrze puszczano również lampiony, jednak czytałam gdzieś, że zostało to zabronione. Wygląda to niesamowicie, ale ze względów bezpieczeństwa nie jestem zwolenniczką tego rodzaju świętowania. Mimo tego jednak żałuję, że nie mogłam chociaż ten jeden jedyny raz zobaczyć widowiskowo zasnutego tysiącami lampionów nieba.

W recepcji naszego hostelu dopytałam, gdzie najlepiej udać się w okolicy, żeby zobaczyć jak najwięcej. Już wcześniej próbowaliśmy w innych miejscach uzyskać takie informacje, ale każdy podawał dość mało precyzyjne dane. Krathongi na ulicach sprzedawano, ale wciąż nie wiedzieliśmy, gdzie mamy pójść. Dziewczyna z recepcji rozwiała nasze wątpliwości i poradziła zdecydowanie, żeby udać się w okolice mostu imienia Ramy VIII. Tam właśnie skierowaliśmy nasze kroki – i to był dobry wybór.

Jeszcze zanim dotarliśmy do mostu utknęliśmy w gigantycznym tłumie spacerujących ludzi i przeciskających się miedzy nimi skuterów. Było tłoczno i gorąco, jednak sprzedawcy krathongów (stroików) i najróżniejszych przekąsek nic sobie z tego nie robili. Tak samo i cały ten tłum. Poddaliśmy się fali ludzi i tak oto dopłynęliśmy do rzeki Chao Phraya. Po naszej stronie nie widać było, żeby cokolwiek się działo, więc pozwoliliśmy tłumowi prowadzić się dalej. Już w połowie mostu zauważyłam, że święto obchodzone jest na drugim brzegu. Cały ten tabun ludzi zmierzał w jednym kierunku – na schody prowadzące do wody.

Ci, którzy nie przynieśli krathonga ze sobą, mogli wybierać pośród setek różnych tratewek na rozstawionych dookoła stoiskach, A ci, co dokonali już zakupu, stali na schodach i zapalając świeczki puszczali swoje stroiki na wodę. W rzece z kolei pełno było dzieci, które krathongi wyławiały. Niektórzy pomagali także odpłynąć stroikom nieco od brzegu. Zaraz jednak były przechwytywane przez małych poszukiwaczy.

Tradycyjnie w stroiku można umieścić żywność lub drobne monety, więc dzieciaki polowały na szybki zarobek. Co ciekawe niektórzy umieszczają wśród kwiatów także coś osobistego – np. włosy.

Gdy tłum sprowadził nas na dół, również zakupiliśmy kolorowy stroik od kilku młodych chłopaków – widać było, że są podekscytowani, że mają zagranicznych klientów. Byliśmy tam swego rodzaju ciekawostką, bo mimo wytężania wzroku, nie zauważyłam nikogo, kto nie byłby Tajem. Nasz krathong kosztował całe 60 bahtów (ok. 7zł).  Podejrzewam, że pochodził z „recyklingu” – co ładniejsze chłopcy pływający w rzece wyławiali i co chwila odkładali, żeby nieco podeschły, zanim znów zostaną wystawione do sprzedaży. Reszta była niszczona w poszukiwaniu drobnych monet.

Nasz krathong mimo początkowej pomocy jednej z polujących na drobne dziewczynek daleko nie popłynął. Jeszcze zanim świeczka rozpaliła się na dobre, już był w rękach jakiegoś chłopaczka. Nie został jednak zniszczony – wyłowiono go i kulturalnie odłożono. Widocznie zasłużył na kolejną szansę.

Święto Loy Krathong sięga swymi korzeniami do pradawnych wierzeń hinduistycznych oraz animistycznych. Obecny barwny festiwal miał niegdyś na celu uspokojenie duchów i bogini wody – Mae Khongh – oraz bogini ryżu – Mea Bhosop – po monsunowych deszczach, które mogły zagrażać życiu i dobytkowi chłopów uprawiających ryżowe poletka. Dodatkowo święto to służyło przeproszeniu bóstw za popełnione występki. Obecnie uważa się, że długo widoczne światło świecy kołyszące się na wodzie zagwarantuje pomyślny nadchodzący rok – im dłużej jest ono widoczne, tym lepsza przyszłość nas czeka.

Festiwal oznacza również odrobinę rywalizacji – przechadzając się nabrzeżem podziwialiśmy wystawione w konkursie krathongi, które przypominały czasem ogromne dzieła sztuki:

Tu obok można było spróbować lokalnych pyszności. Skusiliśmy się na kilka apetycznie wyglądających słodkości, które w hotelu zapiliśmy… sokiem pomidorowo-truskawkowo-pomarańczowo-marakujowym (98% pomidorów!). Były też smażone robaczki, jednak tym razem zrezygnowaliśmy z tej przekąski.

A na jednym ze stoisk leżały… świeżo złowione skrzypłocze… Nie sądziłam, ze te stwory mogą być jadalne.

Gdy już wróciliśmy na most, okazało się, że musimy cofnąć się do schodów ponieważ przejście jest zablokowane przez nie mówiących ani słowa po angielsku żołnierzy i policjantów. Na szczęście zaraz ktoś z tłumu podszedł do nas i wytłumaczył, że chodzi o to, że król (znaczy się jeszcze-książę) będzie tędy przejeżdżał do swojego domu. Znów musieliśmy czekać. Początkowo staliśmy, jednak gdy kolumna pojazdów zbliżała się, nakazano wszystkim klęknąć, kucnąć – jak kto woli.

Bardzo zmęczeni wróciliśmy do pokoju. Było już po północy, a rano mieliśmy o 7:00 być już gotowi i czekać na transport na jedną z największych atrakcji Tajlandii – targi. Jeden z przejeżdżającym pociągiem, a drugi pływający.

(Visited 447 times, 1 visits today)
Tajlandia: Train market
Tajlandia: O tym, jak to nakarmiło nas wojsko...

Powiązane wpisy

7 Comments

  1. Aga

    Lampiony nie zostały zabronione. W tym roku było ich tysiące na niebie

    Odpowiedz
  2. bigmarkk

    Kilka razy obserwowaliśmy to święto , i nad morzem i nad rzeką w Buriram, za każdym razem jest super .Nawet wysłałem w powietrze lampiony z życzeniami , ale czy się spełniły to nie pamiętam. Pewnie tak ;)
    pozdr
    bm
    …………………………..
    https://bigmarkk.wordpress.com/

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Żałuję, że nie mogliśmy zobaczyć tej części świętowania z lampionami, ale już sama możliwość podziwiania unoszących się na wodzie krathongów była niesamowita :)

      Odpowiedz
  3. Mmalena

    Widziałam to święto w Bangkoku :) Rzeczywiście jest urokliwe :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Ciekawe, jak wygląda to na północy :)

      Odpowiedz
  4. Pamar Travel

    Piękna uroczystość, cudownie, że mogliście być świadkami tak widowiskowych obchodów. Zmęczenie pewnie dokuczało, ale warto przecież niedospać raz czy dwa… :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      My tam ciągle nie dosypialiśmy :D Ale szkoda było czasu na sen, gdy wkoło tyle nowych i interesujących rzeczy było

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close