Tajlandia: Nocny pociąg


Dzień 6, 17.11.2016 część 2/2

Po zwiedzaniu ruin Ayutthayi z biletem na pociąg w ręku nie mieliśmy za bardzo co ze sobą zrobić. Skoro obok dworca nie ma żadnych atrakcji, to co może być atrakcją samą w sobie w Tajlandii? Tajskie jedzenie! Tanie (chociaż często nie aż tak tanie jakby się wydawało), smaczne i sycące.

Jako że wciąż mieliśmy trochę czasu do odjazdu, przeszliśmy na drugą stronę ulicy, przy której znajduje się dworzec, w celu znalezienia czegoś, czego jeszcze nie próbowaliśmy. Po raz kolejny skusiliśmy się na zupę, której nazwy nie znam (dogadanie się z jej autorką nie było możliwe), ale posiłek był naprawdę smaczny i kosztował 40 bahtów za osobę (ok. 4,70 zł). Co ciekawe niby obydwoje poprosiliśmy o to samo, jednak każde z nas dostało nieco odmienny posiłek. Jedna zupa była pikantniejsza, druga natomiast łagodna i miała wsypane na wierzch nieco rozdrobnionych orzeszków ziemnych. Do zupy standardowo otrzymaliśmy pałeczki i łyżkę. Pałeczki i łyżka oraz łyżka i widelec są standardowymi zestawami sztućców podawanych do posiłku. Noża tradycyjnie nie uświadczycie, ponieważ Tajowie wierzą, że do stołu zasiada się z dobrymi zamiarami, a nóż w końcu nie za dobrze się kojarzy.

Pociąg przyjechał punktualnie. Wsiedliśmy do pierwszego wagonu, zaraz za drzwiami znaleźliśmy nasze miejsca. Miejscówki mieliśmy naprzeciw siebie, ale jako że wykupiliśmy bilety na wagon sypialny, siedzenia te po rozłożeniu tworzyły jedno łóżko, drugie natomiast rozkładało się u góry. Zaraz ruszyliśmy i niedługo później pojawił się konduktor sprawdzający wszystkim bilety.

Niedługo po wyjeździe z Ayutthayi naszym oczom ukazał się rolniczy krajobraz, który towarzyszył nam praktycznie do samego celu podróży – położonego w odległości ok. 380 km od Bangkoku miasta Phitsanulok. Cały przejazd pociągiem miał zająć jakieś 6 godz.

Tuż za Ayutthayą widzieliśmy jeszcze kilka pozostałości świątyń z XVI i XVII w.

Rzadko kiedy zatrzymywaliśmy się w jakimś mieście. Przy okazji jednego postoju widzieliśmy stado małp skaczące po ogrodzeniu i słupach wysokiego napięcia. Były to pierwsze małpy, jakie spotkaliśmy w trakcie naszego wyjazdu. Tajlandia w porównaniu do Sri Lanki wydaje mi się być bardzo uboga w zwierzęta. Małpy były rzadkością, nie widzieliśmy żadnego warana, tylko kilka gekonów, kilka wiewiórek i nieco motyli. Ptaków było dużo mniej niż na Cejlonie, przeważały białe czaple.

Niby najedliśmy się przed podróżą, ale tak naprawdę mogliśmy wsiąść do pociągu z burczącymi brzuchami – z głodu byśmy nie umarli, ponieważ co chwila przechadzał się przez pociąg ktoś z różnymi przekąskami. Jedni wysiadali, drudzy wsiadali. Owoce, napoje, najróżniejsze sycące dania na zimno… Do wyboru i koloru. Do tego po jakimś czasie przyszedł pracownik kolei i zaprezentował nam menu. Zdecydowaliśmy się na coś ciepłego, padło na smażony ryż z dodatkami – kurczakiem i owocami morza. Ceny były niewygórowane, bo za posiłek z kurczakiem zapłaciliśmy 60 bahtów (7,0 zł), natomiast za ryż z dodatkiem 3-4 kreweteki – 70 bahtów (8,20 zł). Przyzwyczailiśmy się w Polsce do wyższych cen posiłków podawanych w pociągach, te w Tajlandii nie odbiegały od ceny jedzenia, które zakupić można było na ulicy. Dokonaliśmy zamówienia i czekaliśmy. Zapadłam w międzyczasie w krótką drzemkę, ale obudziły mnie nastolatki, które wsiadły na jednej ze stacji i rozmawiały ze sobą tuż nad naszymi głowami. Byliśmy dla nich chyba atrakcją w drodze ze szkoły, bo przyglądały się nam z trudno ukrywanym zainteresowaniem. Jedna z nich próbowała nawet zrobić nam z ukrycia zdjęcie, dziewczyny jednak szybko wysiadły i znów mieliśmy spokój.

Po jakimś czasie przyszedł ten sam mężczyzna, ze schowka przy toalecie wyciągnął blaszane stoliki, zamontował je i przetarł szmatą. Sanepid miałby co robić. Wymieniliśmy miedzy sobą porozumiewawcze spojrzenie. Szmata za czysto nie wyglądała, ale w końcu po coś to szczepienie na cholerę robiliśmy (przypomnę że pełne szczepienie na cholerę – 2 dawki płynu o smaku posolonych malin – przez pół roku chronią nie tylko przed cholerą, ponieważ mają działanie także na tak zwaną biegunkę podróżnych). Po chwili – przed 18:00 – na zamontowany stoliczek wjechał nasz obiad. Może za ciepły nie był i dodatków za wiele nie uświadczyliśmy, ale najważniejsze że zjedliśmy coś smacznego.

Po posiłku zabrano stolik i konduktor zaczął rozkładać posłania. Pociąg jechał do Chiang Rai, więc przed podróżnymi udającymi się w tym kierunku była cała noc jazdy. Nas też zapytał, czy rozłożyć łóżka. Zostało nam jeszcze 3 godz. jazdy, więc mogliśmy się zdrzemnąć. Materace, białe prześcieradła, poduszki i coś do przykrycia. Full wypas. Skorzystaliśmy tylko z poziomu dolnego – ja ułożyłam się do spania, a mąż czytał i obserwował trasę. Niby spałam, ale co chwila czułam jakieś skubanie po nogach. Początkowo starałam się nie zwracać na to uwagi, ale w końcu gdy zrobiło mi się dodatkowo gorąco, podniosłam się. Okazało się, że to mąż skubał mnie z wpadających z zewnątrz robali… Okno zasłonięte było stalową zasłoną z moskitierą, jednak były w niej dziury umożliwiające niewielki ruch powietrza. I tymi właśnie dziurami wpadały co chwila do środka owady. Na prześcieradle leżał mały czarny stosik z tego skubania… Już dłużej nie pospałam. Wydawało się nam, że jeszcze kawałek drogi przed nami, ale zaraz podszedł do nas konduktor i oznajmił, że za 3 min. będziemy w Phitsanulok. Szybko się zebraliśmy zaskoczeni tym, że pamiętał dokąd jedziemy.

Poza nami w Phitsanulok wysiadała tylko jeszcze jedna para. Wszyscy pozostali pasażerowie musieli smacznie spać, ponieważ w wagonie panowała niesamowita cisza  i wszystkie łóżka były pozasłaniane zasłonkami. Z drugiego wagonu wysiadło jeszcze kilku buddyjskich mnichów. Ciekawostka – w wagonach 2 klasy wyznaczone są miejsca dla mnichów. Jeżeli jakiś wsiądzie, należy mu ustąpić (mnichom i mniszkom ustępuje się na każdym kroku).

I tak oto dotarliśmy do Phitsanulok. W informacji na dworcu próbowałam dowiedzieć się coś więcej na temat transportu z Sukhothai do Chiang Mai, ale kobieta siedząca po drugiej stronie niewiele rozumiała. Na szczęście wszystkiego dowiedzieliśmy się w hotelu – wychodziło, że najlepiej będzie wrócić do Phitsanulok i w dalszą podróż znów udać się pociągiem. Tak też postanowiliśmy. Już przed przyjazdem do miasta znalazłam w Internecie jeden ciekawy obiekt w bardzo bliskiej odległości od dworca. Nie chcieliśmy wałęsać się tam po nocy, więc był to doskonały wybór. Za pokój zapłaciliśmy 400 bahtów (ok. 47 zł za pokój). Nie udało się nic stargować, ale jak na oferowane warunki i tak była to świetna cena: duży przestronny pokój, dość nowocześnie urządzony, łazienka i Internet. Oraz widok z bodajże 9 piętra na miasto. I co najważniejsze – było czysto! Żadnego robactwa. Zaraz przy lustrze wypatrzyłam tabliczkę. Zakaz zwierząt….. oraz…. durianów. No cóż. Te owoce owiane są złą sławą. Wydaje mi się, że jest to trochę przesadzone – w końcu próbowałam już kiedyś tej ciekawostki, ale może durian durianowi nierówny.

Po szybkim ogarnięciu bagaży ruszyliśmy na miasto. Zaraz po opuszczeniu hotelu zauważyłam, że coś szybko przebiega przy krawężniku. W hotelu robactwa nie było, ale nie mogłam tego samego powiedzieć o ulicy. Były to karaluchy. Cała masa karaluchów chowających się w cieniu. Obrzydzenie mnie wzięło, bo są to jedyne owady, których nienawidzę najszczerszą nienawiścią. Uważałam, żeby na któregoś nie nadepnąć. Albo żeby – co gorsze – któryś nie wszedł na mnie. Brrr…. W bliskiej odległości od hotelu trafiliśmy na wieczorny targ, na którym sprzedawano jeszcze owoce, warzywa i różne przekąski. Liczyliśmy na „patyczaki” – nasze ulubione szaszłyki z kurczaka, wieprzowiny lub wołowiny robione na oczach klientów na podręcznym grillu, ale znaleźliśmy jedynie szaszłyki z ośmiornicy i jeszcze jakiegoś innego morskiego stwora. Obstawiam przegrzebki, ale było to coś tak mało charakterystycznego, że z dużą dozą prawdopodobieństwa mogłam się mylić. W woreczku dostaliśmy do nich sos sojowy. Tajskie jedzenie uwielbiam, ale to było tak marne, że mimo głodu i najszczerszych chęci zapełnienia żołądka, nie dałam rady dokończyć swojego szaszłyka. Na innym stoisku zakupiliśmy niesamowicie dojrzałą papaję i uważając na biegające po drodze karaluchy wróciliśmy do hotelu. Dawno nie czułam na sobie tylu spojrzeń co tam. Byliśmy chyba jedynymi Europejczykami w okolicy, wszyscy przez to gapili się na nas jak na jakiś niewiadomo jak ciekawy obiekt w muzeum. Nie powiem, dziwnie się czułam będąc przedmiotem aż tak nadmiernego zainteresowania.

Biegające po ulicy karaluchy, nadmierne zainteresowanie które wzbudzaliśmy w średnio ciekawej, dość opustoszałej dzielnicy sprawiły, że dalszą wycieczkę krajoznawczą sobie odpuściliśmy i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Następnego dnia planowaliśmy wizytę w kolejnej dawnej stolicy Tajlandii oraz przejazd do Chiang Mai. Co z tego wyszło? Będzie o tym w kolejnym wpisie.

(Visited 336 times, 2 visits today)
Tajlandia: Targ w Phitsanulok
Tajlandia: Królestwo Ayutthayi

Powiązane wpisy

14 Comments

  1. Sara

    Czesc Monika,
    mozesz cos wiecej napisac o tej szczepionce? Wybieram sie do Tajlandii w listopadzie i zastanawiam sie czy warto sie szczepic, jesli tak to na co:)? Po podrozy do Maroko nie mam za ciekawych wspomnien… „zemsta faraona” i bardzo bym chciala uniknac tego cierpienia w Tajlandii:)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Cześć! Współczuję przejść… Póki co nie doświadczyłam „zemsty faraona” na wyjeździe, ale zdarzyło mi się coś podobnego (koszmarne zatrucie) w podróży służbowej, na dodatek w Polsce… Na szczęście trwało to tylko jeden dzień, ale do tej pory mam traumatyczne wspomnienia ;) Szczepienie na cholerę tanie niestety nie jest, ale uznaliśmy, że lepiej nie mieć wyjętych kilku dni z życiorysu. Szczepiliśmy się w Warszawie, w szpitalu MSW. Szczepienie składa się z dwóch dawek (czytałam gdzieś, że ponoć wystarczy przyjęcie jednej, ale w punkcie szczepień poinformowano nas, że to bez sensu). W przypadku tej szczepionki nic się nie nakłuwa – przyjmuje się ją doustnie w postaci roztworu o smaku posolonych malin. Płaciliśmy 350 zł z góry. Jeśli woli się płacić za każdą dawkę oddzielnie, wtedy jedna wizyta w punkcie szczepień to 200 zł. Szczepienie ważne jest przez dwa lata, ale niestety tylko przez pół roku zabezpiecza przez tzw. biegunką podróżnych (głównie chodzi chyba o Escherichię coli). Po dwóch latach trzeba przyjąć bodajże dawkę przypominającą. Nie wiem, czy w naszym przypadku to zabezpieczenie się zadziałało, czy tylko mieliśmy szczęście. Ale jedliśmy w różnych miejscach, piliśmy różne rzeczy i nic nam nie dolegało :)

      Odpowiedz
      1. Sara

        Bardzo dziekuje za obszerne informacje na temat szczepionek:). Bede sie dowiadywala i dzialal w tym zakresie :)
        Przeczytalam caly dziennik dot. wyjazdu to Tajlandii i Kambodzy. Super piszesz:). Bardzo mi sie podoba:). Zastanawiam sie teraz gdzie udac sie na wypoczynek po zwiedzaniu, zeby skorzystac z urokow natury:), jakos ta wyspa gdzie byl krecony film Niebianska plaza nie przemowila do mnie, poplynelibyscie na inna, gdybyscie mieli taka mozliwosc? Czy polecasz akurat te? Pozdrawiam:) Sara

        Odpowiedz
        1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

          Dziękuję! Koh Phi Phi jest raczej bardzo zatłoczoną wyspą, chociaż akurat gdy my tam byliśmy, na północy było bardzo mało ludzi. Albo mieliśmy szczęście, albo tam mniej osób dociera :) Ale następnym razem wybierzemy się gdzieś indziej. Jeśli lubisz bardziej kameralne klimaty, to Koh Phi Phi raczej odradzam (szczególnie, że film do Ciebie nie przemówił ;) ja go akurat nie oglądałam, więc chyba pora to nadrobić). Tylko póki co nie mam pojęcia, którą wyspę można byłoby wybrać…

          Odpowiedz
  2. Kamil

    Jest taki film Nocny pociąg z mięsem :D
    a tak na poważnie to lepiej niż w naszych ekspresach… Zazdroszczę takich podróży

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Tam było czysto, tanio i wygodnie. U nas niestety różnie z tym bywa…

      Odpowiedz
  3. Aneta Grenda

    Osobiście bardzo lubię nocne pociągi :) A już za miesiąc będziemy znów w Tajlandii, zobaczymy co przydarzy nam się tam tym razem :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Zazdroszczę!!! :D Życzę mnóstwa ciekawych przygód. My za miesiąc będziemy gdzieś w drodze po Jordanii ;)

      Odpowiedz
  4. Kena

    Bardzo podobną podróż pociągiem przeżyliśmy w grudniu jadąc z Bangkoku do Pak Chong. I podobnie jak Ty byłam zachwycona tamtejszym jedzeniem i różnorodnością zamówionego (tego samego dla obu osób, a jednak tak różnego) posiłku. Co prawda nie mieliśmy okazji jechać nocnym pociągiem, ale podobnie jak Ty doświadczyliśmy nocnego marketu w Pak Chong będąc jedynymi białymi :) Super relacja, u nas na blogu niebawem pojawi się nasze wspomnienie z Tajlandii.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Nocne pociągi to fajna sprawa – oszczędność czasu i pieniędzy ;) A do Waszej relacji koniecznie muszę zajrzeć!

      Odpowiedz
  5. Martoszka

    Zazdroszczę strasznie!
    Zakochałam się w zeszłym roku w Tajlandii i nie potrafię o niej zapomnieć, mam nadzieję, że uda mi się odwiedzić ją po raz kolejny

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Trzymam kciuki! My też planujemy tam kiedyś wrócić :)

      Odpowiedz
  6. Asia

    Pociąg wygląda podobnie jak te, co jeżdżą po Rosji na dłuższych trasach :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      W Rosji jeszcze nie byliśmy, ale chętnie porównałabym tamtejszą kolej ;)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close