Tajlandia: Powrót do Krabi

Dzień 16, 27.11.2016

Wszystko co dobre szybko się kończy – nasz krótki pobyt na Koh Phi Phi dobiegał końca, podobnie jak i cały wyjazd. Na wyspie mieliśmy spędzić jeszcze tylko kilka godzin. A później? Powrót do Bangkoku i loty do Polski.

Po wczesnym śniadaniu chcieliśmy koniecznie jeszcze chwilę poplażować – było pochmurnie, ale ciepło. Gdy już rozłożyliśmy się na plaży, zza chmur wyszło akurat słońce. Tak jakby specjalnie dla nas! W porównaniu do poprzednich dni fale były większe, ale zdążyliśmy idealnie przed opływem. Mimo że w trakcie poprzednich dni wydawało się, że brzeg łagodnie, wręcz prawie niezauważalnie opada, tuż przy plaży byliśmy już dość głęboko – nie mieliśmy szansy dojść do miejsca, w którym zaczynała się woda w godzinach odpływu. Po 1,5 godziny beztroski musieliśmy się zbierać, a słońce znów schowało się za chmurami.

Po ogarnięciu plecaków i szybkim prysznicu udaliśmy się na recepcję. Prowizoryczna przyczepka już czekała, ale okazało się jednak, że tym razem będziemy iść na piechotę. Sądziliśmy, że bagaże zaraz zostaną dowiezione, ale wyszło na to, że dwóch pracowników resortu niosło je za nami. Z jednej strony spacer był przyjemny, ale z drugiej pokazywał odrobinę olewcze podejście do gości – w jedną stronę Was przywieziemy, ale z powrotem bujajcie się. Mi tam jednak przejście na piechotę nie przeszkadzało. Do zatoki Loh Lana, z której odpływała łódź do portu był jakiś kilometr, więc przyjemnie się spacerowało wraz z kilkoma innymi osobami.

Zapakowaliśmy się na łódź i zaraz płynęliśmy już w kierunku zatoki Ton Sai. Przy okazji mogliśmy się przyjrzeć drewnianym szałasom, w których mieszkają prawdopodobnie mieszkańcy wyspy. Stanowiło to ogromny kontrast – z jednej strony wypasione hotele, z drugiej – te biedne, ukryte ledwo trzymające się chatki.

Gdy dopłynęliśmy do południowej części wyspy okazało się, że do promu wciąż mamy około 3 godz., więc trzeba było zrobić coś z plecakami. Pozwolono nam zostawić je przy dwóch chłopakach oczekujących na turystów w porcie – zażyczyli sobie za to co prawda 100 bahtów (12 zł), ale przynajmniej nie musieliśmy tachać ciężkich bagaży wszędzie ze sobą.

Już wspominałam, że najbliższe okolice portu to zupełnie inny świat niż zatoka Ba Kao. Tam było cicho i spokojnie, na południu z kolei uliczkami snuły się setki ludzi.

Kręcąc się bez celu trafiliśmy do sklepiku z różnymi przekąskami. Rozglądałam się po półkach, aż nagle mój wzrok spoczął na przedziwnym „towarze”. Na kawałku kartonu leżał zwinięty w kłębek… kot. Gdzieś obok drugi. A koło nóg kręcił się trzeci zwierzak. Nikt ich nie przeganiał, wyglądało na to, że wręcz celowo mają rozłożone legowiska tuż obok jedzenia. Nasz Sanepid zapewne miałby tu pewne obiekcje. W Tajlandii jednak futrzaki wylegiwały się przez nikogo nie niepokojone.

Kupiliśmy w końcu ciekawostkę – chipsy o smaku miodu i masła… Ziemniak na słodko całkiem ciekawie smakował, jest to obecnie jedno z moich ulubionych połączeń. Szkoda, że takich smaków nie dostaniemy w naszych sklepach.

Szliśmy wciąż przed siebie, ale im bardziej oddalaliśmy się od portu, tym mniej ludzi mijaliśmy. W końcu spotykaliśmy jedynie mężczyzn z wózkami, na których ciągnęli plecaki i walizki snujących się za nimi pojedynczych turystów.

Na terenie jednego z ogrodów zobaczyliśmy dziwne drzewo. Spotkaliśmy się już z nim w trakcie pobytu na Sri Lance, ale wtedy nie za bardzo zwróciło naszą uwagę – byliśmy zbyt oszołomieni pięknem tamtejszej przyrody. Wyglądało to jak palma, ale skojarzyło mi się natychmiast z innymi gatunkami – bananowcem i strelicją. Oba ta gatunki nalezą do rzędu imbirowców, czyli z palmami nie mają faktycznie nic wspólnego poza wzniesionym pokrojem. Nie pomyliłam się. Właśnie patrzyliśmy na pielgrzana madagaskarskiego błędnie zwanego przez niektórych palmą wachlarzową. To bardzo charakterystyczna roślina nazywana również drzewem podróżników lub też drzewem kompasowym. Ta druga nazwa wzięła się stąd, że niegdyś błędnie uważano, że pióropusz jej liści układa się tylko w płaszczyźnie północ-południe.

Doszliśmy w końcu do schodów, które oznaczone zostały jako trasa na punkt widokowy (tak naprawdę są dwa – drugi jest nieco wyżej). Zgodnie z podjętą rano decyzją mieliśmy odpuścić sobie tę atrakcję, ale jako że wciąż mieliśmy sporo czasu do promu, zdecydowaliśmy rozpocząć wspinaczkę po wilgotnych schodach. Ok, zdecydowaliśmy to może za dużo powiedziane. To ja przekonałam męża do tego niezbyt mądrego pomysłu. Żebym wiedziała na co się decyduję… Wilgotność w powietrzu była zabójcza, zanim dotarłam do pierwszego punktu, byłam czerwona jak burak i mokra jakbym dopiero co wyszła spod prysznica. O tym jednak mogłam tylo pomarzyć. Gdy wczołgałam się na ostatnie stopnie, kasjer w budce aż zapytał, czy wszystko w porządku. Żebym miała chociaż odrobinę więcej siły powiedziałabym mu co myślę w tej chwili o jego trosce, ale akurat zajęta byłam ocieraniem potu z czoła resztką mokrej chusteczki. Posłałam mu tylko mordercze spojrzenie, które skutecznie zniechęciło go do zadawania kolejnych głupich pytań. Z delikatnym uśmiechem pełnym troski skasował nas po 30 bahtów od osoby (po 3 zł) i życzył miłego podziwiania widoków. No kto to wymyślił, żeby jeszcze trzeba było płacić za tę męczarnię?!

Muszę jednak przyznać, że widok był piękny. Dookoła posadzono różnokolorowe rośliny, ustawiono kilka ławek i centralnie na widoku umieszczono kiczowaty napis „I love Phi Phi”. Przysiedliśmy na chwilę, ale skoro powiedziało się „A”, trzeba było powiedzieć i „B”.

Nieco dalej znajduje się kolejny punkt, z którego roztacza się jeszcze piękniejszy widok. Droga tam jest już jednak łatwiejsza – idzie się pod górę wybetonowaną ścieżką. Mijaliśmy nielicznych turystów, częściej mieliśmy jednak kontakt z przyrodą. Na naszej drodze spotykaliśmy jaszczurki, motyle i inne owady wliczając w to niestety również i komary. W pewnym momencie uciekł mi spod nóg jakiś zielony wąż. Szybko przepełzł na krzak obok i stamtąd w bezpiecznej odległości nas obserwował. Jak się później okazało, był to zupełnie niegroźny dla człowieka nadobnik ozdobny, który potrafi latać. Po angielsku zwany jest złotym wężem nadrzewnym. Wąż ten w zagrożeniu rzuca się z wysokości szeroko rozszerzając żebra. Nam tylko się przyglądał nie będąc widocznie skorym do ataku.

Było warto podejść na ten drugi punkt widokowy. Z góry rozpościerała się jeszcze piękniejsza panorama, tym razem pozbawiona kiczowatych literek z nazwą wyspy. I pomyśleć, że to wszystko co tam widzieliśmy, odbudowane zostało po tsunami, które w 2004 roku wyrządziło tyle szkód w regionie. Razem z nami było tam kilka osób, każdy chętnie fotografował się na wystającej skale z przepięknym tłem za plecami. Widać było ogromną różnicę pomiędzy obiema zatokami – po stronie portu zacumowane łodzie, a od strony zatoki Loh Balam prawie pusto. Kąpało się w niej raptem kilkanaście osób i cumowało kilka łódek. Zatęskniłam tam za jeszcze jedną orzeźwiającą kąpielą w morskiej wodzie, ale niestety ta przyjemność musiała zostać odłożona na jakiś kolejny wyjazd. Pora była wracać na dół.

Znów trafiliśmy w wąskie uliczki, po których przechadzały się tłumy snujących się nie wiadomo gdzie znudzonych turystów. Miałam wrażenie, że dla większości z nich liczy się tylko kolejne miejsce, gdzie będą mogli się napić.

Przed udaniem się na prom koniecznie wypadało jeszcze wrzucić coś na ruszt. Padło na maleńki bar przy jakimś hostelu. Właścicielka na wszystkich krzyczała za wchodzenie za próg w butach, więc przewidując jej reakcję, od razu przed wejściem zdjęliśmy nasze sandały. Zostało to przyjęte z aprobatą. Długo nam jednak uwagi nie poświęciła, bo zaraz znów jakaś turystka władowała się do recepcji hostelu w obuwiu.

Za sajgonki, zupę Tom Kha i szejka z mango zapłaciliśmy tam 270 bahtów (jakieś 30 żł na dwoje). Najlepszy szejk jaki kiedykolwiek piłam! Mango było cudownie dojrzałe. Sajgonki i zupa też były niczego sobie.

Przyszła pora na ostatnie spojrzenie na zatokę – nasz czas na wyspie boleśnie się kończył. Chciałam jeszcze zostać, polenić się na cudownie pustej północnej stronie wyspy, ale trzeba było wracać.

W kolejce na prom dopadła nas jakaś kobieta, która po szybkim rzucie oka na wykupione bilety przykleiła nam jakiś znaczek na koszulkach. Jak się zaraz okazało, miał on znaczyć, że potrzebujemy transferu na autobus do Bangkoku. Taka miała być pierwotna wersja – prosto z promu mieliśmy udać się nocnym autobusem do stolicy. Jednak na promie podjęliśmy decyzję, że dla własnej wygody do stolicy wrócimy samolotem. Kilkunastogodzinna podróż w nocy przez prawie połowę Tajlandii zupełnie się nam nie uśmiechała, szczególnie że mieliśmy przed sobą wizję długich godzin w powietrzu w drodze do Polski. Decyzja zapadła-  nocujemy w Krabi i do Bangkoku lecimy następnego dnia pierwszym możliwym samolotem.

Już w trakcie rejsu dało się słyszeć ciche mruczenie burzy i deszcz. Jeśli o pogodę chodzi, to niezbyt fortunnie wybraliśmy cel naszego odpoczynku.

W Krabi po wyjściu z terminala zderzyliśmy się z tłumem oczekujących na ludzi z promu. Gdy odpływaliśmy w kierunku wysp, w porcie było zupełnie pusto. Poza nami nikt się tam nie kręcił. W czasie, gdy prom wrócił z wysp, okazało się, że przed terminalem są dzikie tłumy naganiaczy i kierowców różnych busików. Jeden z takich naganiaczy na siłę próbował nas zgarnąć do swojego busa – miał nas zawieźć do autobusu. Wyrwaliśmy się mu tłumacząc, że od Bangkoku jednak nie jedziemy. Zaraz złapaliśmy jakiegoś innego kierowcę próbując dopytać, za ile zawiezie nas do Krabi. Ten tylko rzucił okiem na nasze koszulki i parsknął śmiechem jakby miał do czynienia z idiotami. No tak… wciąż mieliśmy na sobie znaczek świadczący o tym, że jesteśmy zainteresowani podróżą do Bangkoku. Jednak nie byliśmy. Jego reakcja tak mnie wkurzyła, że przestałam się uśmiechać i stanowczo zażądałam informacji, w jaki sposób możemy dostać się do Krabi. Zaraz zmienił podejście, ale jego kolega skubnął nas 5x więcej, niż zapłaciliśmy za drogę do portu. Za 100 bahtów (ok.12 zł) zajęliśmy wreszcie miejsce w jednym z pojazdów. Zależało nam, żeby dojechać do tego samego hotelu, w którym nocowaliśmy poprzednio. Ponoć nie miało to stanowić żadnego problemu. Rozsiedliśmy się wygodnie licząc na to, że jak dojedziemy do wskazanego miejsca, kierowca nas o tym poinformuje – w końcu zobowiązał się do tego. Ludzie wysiadali, a my jechaliśmy dalej z garstką pozostałych pasażerów. Wtem coś mnie tknęło. Przecież ja znam tę okolicę! Zdążyliśmy już przejechać nasz „przystanek”, a kierowca nie wspomniał o tym ani słowa! Nie wiem gdzie on chciał nas wywieźć, ale zaraz stanowczo zażądaliśmy zatrzymania się. Na szczęście nie mieliśmy daleko. W recepcji zostaliśmy rozpoznani – wciąż pamiętała nas pracująca tam kobieta. Wynajęła nam bez dyskusji pokój za tę samą stawkę. Poprzednim razem lepiej trafiliśmy, ale wciąż warunki były naprawdę w porządku.

Wciąż wkurzeni na obsługę busa zdecydowaliśmy się wyjść na spacer. Kręciliśmy się po miasteczku bez celu. Gdy było już ciemno, przypadkiem trafiliśmy na uliczne garkuchnie, w których serwowane były najróżniejsze owoce morza. Niestety wbrew pozorom – byliśmy przecież nad morzem – ryby były bardzo drogie. Jednak być nad morzem i nie zjeść rybki? Mąż skusił się na całkiem duży okaz nieznanego mi gatunku, ja zadowoliłam się jakimiś ugotowanymi małżami podanymi ze słodko- ostrym sosem. Gdy nasz posiłek był przygotowywany, rzuciłam okiem dookoła. Naczynia myte (a raczej opłukiwane) w wiadrze z niezbyt czystą wodą, przetarte brudną szmatą stoliki – dobrze, że zaszczepiliśmy się na cholerę przed wyjazdem. Mogliśmy być w miarę spokojni, że nawet w takich warunkach tzw. zemsta faraona nam raczej nie grozi. Kolacja była niezła, ale jednak szału nie było.

Gdy wracaliśmy, natknęliśmy się na restaurację, w której grill wystawiony był na zewnątrz. Każdy z klientów widział, jak jego danie przypieka się nad rozżarzonymi węglami. I tu kolejna ciekawostka – po raz pierwszy widzieliśmy grillujące się skrzypłocze. Akurat te stworzenia nie wyglądają jakoś specjalnie na jadalne – bo i co tam jeść? Jednak jakiś chętny na ten kulinarny eksperyment znalazł się.

Przeszliśmy jeszcze na targ z owocami znany nam z poprzedniej wizyty i wróciliśmy do hotelu. Nakupiliśmy mnóstwo pokrojonych pyszności, które miały posłużyć nam za kolację – mango, pitaja, papaje… Oczywiście nie mogło zabraknąć świeżego kokosa do picia.

Następnego dnia nasz lot miał odbyć się kilkanaście minut po 6 rano, więc odpadał zwyczajny transport, który mogliśmy złapać na mieście. Recepcjonistka postanowiła nam pomóc organizując busa – kierowca miał się pojawić już o 4:00 rano. Znów nie do końca byłam pewna, czy aby na pewno ktoś będzie na nas czekał, ale nie pozostało nam nic innego, jak zaufanie. Po owocowej kolacji położyliśmy się szybko spać – czekała nas bardzo krótka ostatnia noc w Tajlandii.

(Visited 147 times, 1 visits today)
Tajlandia: Do trzech razy sztuka
Tajlandia: Słodkie lenistwo

Powiązane wpisy

10 Comments

  1. Agar i Piżmo

    To rzeczywiście trochę dziwne i nieprofesjonalne, że do hotelu zostaliście przywiezieni, ale już z powrotem musieliście iść piechotą…

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Na szczęście było blisko, a poza tym wszystko było naprawdę ok :)

      Odpowiedz
  2. LIFESTYLERKA - Żyj zdrowo & Aktywnie

    Cudne zdjęcia Tajlandii, ale najbardziej przeuroczy jest kotek na sklepowej półce :).

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Było ich tam więcej ;)

      Odpowiedz
  3. Mirek Wilk

    Aha, czyli tak jest na końcu świata :) Tam mnie nie było i pewnie nie będzie, bo trochę daleko :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Zawsze można podzielić podróż na etapy – np. zwiedzić dodatkowo któreś z miast ZEA lub stolicę Kataru ;)

      Odpowiedz
  4. Zastrzyk inspiracji

    Przepiękne krajobrazy, świetna architektura i to jedzenie, które wygląda tak pysznie :) Zazdroszczę wyjazdu, pięknie to wszystko wygląda: )

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Chociażby dla tego jedzenia mogłabym tam wrócić nawet zaraz ;)

      Odpowiedz
  5. Joanna Szreder

    Ah, te tajskie plaże i południe. Ja w Krabi byłam tylko przelotem, bo wracałam akurat z Railey Beach. Niestety, byłam tak struta, że nie miałam siły na zobaczenie więcej niż tylko mój hotelowy pokój :( Mam nadzieję tam wrócić za jakiś czas.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Trzymam kciuki za bardziej udany następny raz! A jeśli będziesz obawiać się zatrucia pokarmowego, to może zastanów się nad zaszczepieniem się na cholerę – „ubocznym” skutkiem jest półroczna ochrona przed tzw. zemstą faraona ;) My się zaszczepiliśmy i nie mieliśmy żadnych przykrych żołądkowych przygód, a jedliśmy w naprawdę różnych, często średnio fajnych miejscach. Albo mieliśmy tyle szczęścia, albo rzeczywiście podziałało :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close