Tajlandia: Sai Yok Noi – orzeźwienie w upalne południe

Dzień 5, 16.11.2016 część 2/2

Po obiedzie czekały nas ostatnie już tego dnia atrakcje. Część osób dopłaciła za bamboo rafting, część za przejażdżkę na słoniach. My jednak w planach mieliśmy krótki pobyt przy wodospadzie Sai Yok Noi.

Prosto z Kanchanaburi udaliśmy się do Camp Elephant. Za tę atrakcję od razu podziękowaliśmy, jednak nie mogliśmy oddzielić się od grupy. Ci, którzy śledzili naszą relację ze Sri Lanki wiedzą, że spróbowaliśmy tam jazdy na słoniowym grzbiecie na oklep. Nie było w tym niczego przyjemnego, popełnienie tego błędu jeden jedyny raz w zupełności nam wystarczyło. To po pierwsze. Po drugie – słonie w Camp Elephant nosiły po dwoje turystów w specjalnych siedziskach, do tego jeszcze na ich karkach siedział pracownik firmy. Słoń wytrzymuje bez szkody na zdrowiu obciążenie wynoszące do około 150 kg. Troje ludzi plus ciężkie siedzisko na pewno tylko tyle nie ważyły… Dlatego też od razu, gdy proponowano nam taką przejażdżkę, odmówiliśmy. Jednak zawiezieni zostaliśmy tam z innymi, którzy na jazdę się skusili. Z żalem patrzyłam na te przeciążone zwierzęta…

Jeden z dopiero co poznanych Niemców zakupił koszyki bananów do nakarmienia słoni, jednak jego znajomy nie chciał w ogóle zbliżać się do zwierzęcia. W związku z tym to nam przypadły banany – chociaż tyle przyjemności mogliśmy sprawić tym słoniom. Jak tylko zwierzę zobaczyło, że zbliżam się do barierek z koszykiem, powoli do nas podeszło. Widać było jednak, że słoń bał się reakcji człowieka siedzącego na jego karku. Czekał na jego przyzwolenie. Gdy już jednak mu pozwolono, widać było szał radości w oczach. Wyciągał do mnie trąbę raz za razem, domagając się kolejnych i kolejnych bananów. Mimo że banany się skończyły, wciąż ich szukał. Turyści na jego grzbiecie jednak niecierpliwili się, więc słoń dostał komendę i musiał ruszyć. Cieszyłam się, że znów mogłam dotknąć słonia, ale wolałabym jednak, żeby – skoro zwierzę musi służyć turystom – była to krótka jazda na oklep.

Chętni na jazdę i bamboo rafting zostali, a my pojechaliśmy wraz z Niemcami i jeszcze jedną parą nad pobliski wodospad. Pod malowniczą kaskadą można się kąpać. Chętnie z tego korzystali tak tubylcy jak i turyści, jednak tych drugich było tam znacznie mniej. Ale najwięcej radości kąpiele w chłodnej wodzie sprawiały dzieciakom. Rodziny w cieniu drzew urządzały sobie pikniki. Istna sielanka.

Początkowo my również myśleliśmy o kąpieli, ale nie za bardzo było gdzie zostawić rzeczy. Jednak na górę weszliśmy. Nina – nasza przewodniczka – ostrzegała, żeby ściągnąć buty i bardzo uważać, bo jest ślisko. Gdy tylko zobaczyła, że sandałów nie ściągamy i wchodzimy do wody, od razu interweniowała. Wyjaśnienie, że są to buty wodoodporne i antypoślizgowe nie przekonało jej, obserwowała bacznie każdy nasz krok, dopóki nie dotarliśmy na górę… Tak naprawdę dużo gorzej wchodzić tam bez butów. Skała jest chropowata, nierówna, więc łatwo o utratę równowagi, gdy coś wbije się w stopę. Spacerowaliśmy sobie na górze, ale kąpiel odpuściliśmy. Teoretycznie. Woda spadająca z góry trochę mnie ochlapała, więc w końcu niewiele myśląc wlazłam pod spadającą kaskadę. To samo przerabiałam już w Izraelu, wtedy też miałam spontaniczną kąpiel w wodospadzie. Na gorący dzień taki wodospadowy prysznic jest idealny! Gorzej tylko z późniejszym wysuszeniem się.

Jako że mokre ubrania uparcie nie chciały wyschnąć, przebrałam się w końcu w kupione na miejscu za 100 bahtów (niecałe 12 zł) szorty. W pomarańczowe słoniki… Nina pożegnała się z nami wcześniej, ale transport z powrotem mieliśmy zorganizowany. Nasze towarzystwo spod wodospadu siedziało znudzone oczekując na busa, my jednak wykorzystaliśmy pozostały czas na pokręcenie się wśród pobliskich stoisk z jedzeniem. Na większości z nich kupić można było najróżniejsze chipsy bananowe, których można było bez problemu spróbować przed zakupem.

Na kilku stoiskach moją uwagę zwróciły wysuszone plasterki pomarańczo-podobnego owocu. Jak się okazało był to bael – owoc kleiszcza smakowitego, który służy przygotowaniu tajskiej herbaty nam matoom smakującej trochę jak kokosowy napar. Jeszcze tego samego dnia mogliśmy jej spróbować – pycha!

Na tym skończyła się wycieczka. Wsiedliśmy do busa by znów z przerwą na stacji benzynowej wrócić do Bangkoku. Przy okazji postoju zauważyłam, że w Tajlandii spróbować można różnorodnych smaków chipsów sprzedawanych u nas pod marką Lays – przegrzebki w maśle, słodka bazylia, raz trafiliśmy nawet na chipsy o smaku miodu. Mimo zaciekawienia, skusiła nas inna przekąska – pokrojone i zapakowane do woreczka mango. Sprzedająca je nastolatka od razu ostrzegła nas, że owoc jest niedojrzały i je się go z mieszanką soli, cukru i chilli. Dla Europejczyka jest to dość niecodzienne połączenie. Już kiedyś w jakimś programie spotkaliśmy się z soleniem owoców, ale nigdy go nie wypróbowaliśmy. A to błąd, bo mango na słodko-słono-ostro bardzo nam posmakowało. Od czasu tego wyjazdu zdarza mi się zjeść czasem banana czy gruszkę, które zanurzam w takiej mieszance przypraw.

Dalszą drogę prawie wszyscy przespaliśmy. Gdy wróciliśmy do Bangkoku było już ciemno.

Po powrocie do hostelu mąż przymierzył dostarczony pod naszą nieobecność garnitur. Spodnie uszyte zostały idealne, ale już na oko widać było, że marynarka, która miała by dopasowana, jest za duża. Jako że okazało się, że właściciel naszego hostelu jest również właścicielem trzech sklepów z garniturami (jest ich w Bangkoku całe mnóstwo), to poprosiliśmy go o rzucenie okiem, jak on to widzi jako fachowiec. Spojrzał, pomlaskał, wyszedł na chwilę i wrócił z kilkoma szpilkami. Zafastrygował marynarkę i poprosił nas o numer telefonu do sklepu, w którym dokonaliśmy zakupu. Po chwili rozmawiał dość stanowczym tonem z kimś po drugiej stronie. Przyznał się nam, że trochę nakłamał pracownikowi sklepu mówiąc, że następnego dnia wyjeżdżamy z Tajlandii i poprawiony garnitur musi zostać dostarczony z powrotem najpóźniej na 12:00. Ponoć ktoś miał się zjawić i do południa marynarka miała zostać zwrócona. Pozostało nam wierzenie im na słowo, ponieważ z rana mieliśmy ruszyć do Ayutthayi i nie wracając do Bangkoku udać się dalej na północ. W Bangkoku mieliśmy pojawić się dopiero w dniu powrotu do Polski. Było to trochę ryzykowne, ale co nam innego pozostało? Właściciel hostelu po raz kolejny okazał się być niesamowicie pomocnym, otwartym i ciepłym człowiekiem.

Po mierzeniu garnituru zajrzeliśmy do salonu masażu wchodzącego w skład „kompleksu” naszego hostelu. Za 140 bahtów (ok.15,5 zł) zafundowano nam trwający pół godziny najlepszy masaż stóp, jaki kiedykolwiek miałam. Było to tak relaksujące, że momentami musiałam się mocno bronić, żeby nie odpłynąć. Wygodne fotele, cisza, spokój i… ręczniki złożone w słoniki.

Po masażu otrzymaliśmy  herbatę przygotowaną z baelu. Smakowało to kokosem. Po masażu wyszliśmy na być może ostatni spacer po okolicy. Na jednym ze stoisk po drodze wpadła mi w oko sukienka. Cena rzucona przez sprzedawcę wynosiła 300 bahtów – ok. 34 zł, jednak od razu widać było, że sprzedawca otwarty jest na negocjacje. Finalnie stałam się posiadaczką sukienki za 200 bahtów (niecałe 24 zł). U nas taki ciuch kosztowałaby może 50-100 zł, na Krecie zaś za jej długą wersję sukienki w takim samym stylu zapłaciłam w przeliczeniu 150 zł. Gdyby nie to, że potrzebowałam czegoś, co chroniłoby wtedy moje spalone słońcem nogi, w życiu bym tego akurat zakupu nie dokonała, jednak niestety byłam w desperacji. Później na Khao San widziałam identyczną sukienkę – tam chcieli za nią 350 bahtów, ewentualnie za dwie sztuki – 500 bahtów.

Zjedliśmy robione na naszych oczach szaszłyki (były tak dobre, że do dziś zastanawiam się, co wchodziło w skład marynaty do mięsa) i podejrzanym skrótem przeszliśmy na Khao San Road. Skrót był nawet BARDZO podejrzany. Szliśmy jakimś wąskim i ciemnym zaułkiem, gdy pod nogi wystrzelił nam niespodziewanie przestraszony kot. Do ulicy jednak dotarliśmy. Na Khao San Road jak zwykle odbywała się jedna wielka impreza. Naganiacze szukali chętnych na garnitury, sprzedawcy oferowali najróżniejsze jedzenie – pad thaie, lody kokosowe, mango sticky rice (skusiliśmy się na porcyjkę za ok. 50 bahtów), soki, suszone kałamarnice i robale, a w restauracjach odbywały się imprezy. Głośna muzyka, alkohol lejący się WIADERKAMI, gaz rozweselający, kierowcy tuk tuków zachęcający do przejażdżki… Gdy po dwóch stronach ulicy znajdowały się naprzeciw siebie dwa kluby, jeden starał się zagłuszać swoją muzyką ten drugi. Ludzie tańczyli, pili, bawili się na całego. Z jednej strony sama miałam ochotę na jakąś imprezę, ale z drugiej byłam wykończona.

Codziennie spaliśmy po jakieś 3 godz., ta noc miała za bardzo nie odbiegać od normy. No i rano trzeba było wstać, żeby zdążyć na wyjazd do Ayutthayi. Wróciliśmy do hostelu, w którym czekał na nas… maleńki gekon.

Takim miłym akcentem zakończył się dla nas kolejny dzień w Tajlandii.

Tajlandia: Królestwo Ayutthayi
Tajlandia: Spacerem po moście nad rzeką Kwai

Powiązane wpisy

3 Comments

  1. Sylwia

    Bardzo lubie czytac o wyprawach do Azji i bardzo zaluje, ze jeszcze w tamte strony nie dotarlam. Ale moze w przyszlosci sie uda i wtedy wroce jeszcze raz do Twojego wpisu :) Pozdrawiam serdecznie!

    Odpowiedz
  2. Ania

    Kraje Azjatyckie fascynują mnie od niedawna. Zaczęłam na ten temat sporo czytać, oglądać relacje na Youtube i przepadłam! To pełne historii i niesamowitych smaczków kulturowych kraje, które warto odwiedzić. Oczywiście ślinię się również na różne dziwne potrawy tam serwowane. Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane wybrać się do Tajlandii czy innego kraju azjatyckiego, a tymczasem nadrobię zaległości i będę podróżować z Twoim blogiem :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Zapraszam! I życzę jak najszybszego wyjazdu! ;)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close