Tajlandia: Sukhothai i niespodziewana zmiana planów


Dzień 7, 18.11.2016 część 2/2

Po spałaszowaniu pysznego pad thaia i miseczki zielonego curry przyszła wreszcie pora na zobaczenie Old Sukhothai – miasta uważanego za pierwszą stolicę królestwa Tajlandii. Słyszałam opinie, że jeżeli było się w Ayutthauyi, to wystarczy. Ja jednak chciałam móc zobaczyć i porównać oba miejsca. I wiecie co? Z powyższym stwierdzeniem zupełnie się nie zgadzam. Będąc w Ayutthayi aż żal nie zobaczyć również Sukhothai – miasta, którego nazwę tłumaczy się jako „świt szczęścia”.

Ruiny Sukhothai wpisane są na listę zabytków UNESCO. Często nazywa się je tajskim Angkorem, ale to określenie jednak jest znacznie przesadzone. Nie oznacza to jednak, że nie warto tam pojechać. Sukhothai było stolicą w latach 1238 – 1438. Do naszych czasów pozostało tam całkiem dużo ruin najróżniejszych świątyń i posągów Buddy – wszystko to zajmuje powierzchnię wynoszącą około 70 km2! Old Sukhothai leży kilkanaście kilometrów od dzisiejszego miasta, warto więc o tym pamiętać.

Główny teren parku archeologicznego, na którym znajdują się najbardziej imponujące budowle, jest ogrodzony. I tu ponownie miła niespodzianka – podobnie jak w Ayutthayi, znów nie płaciliśmy za wstęp. Brak opłat za wejście na teren odkryć obowiązywał niestety tylko do końca stycznia 2017 roku. Zniesienie opłat dla zwiedzających miało służyć uhonorowaniu zmarłego króla. Od lutego opłaty jednak powróciły i żeby zwiedzić Old Sukhothai, należy liczyć się z wydatkiem 100 bahtów (ok. 11 zł). W porównaniu do opłat za bilety na Sri Lance wciąż są to śmieszne pieniądze.

Krążyliśmy od świątyni do świątyni, podziwiając zniszczone, ale wciąż piękne budowle. Zmęczenie i upał dawały w kość, ale szliśmy ciągle przed siebie. Niektórzy wypożyczają rowery – jest to dość sprytne rozwiązanie, ale zdecydowaliśmy się na transport na własnych nogach. Rowery wypożyczyć można niedaleko głównego wejścia do parku.

Na terenie świątyń polowałam na motyle, robiłam zdjęcia budowli oraz kwiatów lotosu. Widoki były niesamowite. Jeżeli lubicie zwiedzanie i dowiadywanie się różnych nowych rzeczy, musicie koniecznie zobaczyć tak Ayutthayę, jak i Sukhothai. W tym drugim miejscu jest jednak znacznie mniej tłoczno.

Zrobiliśmy sobie krótką przerwę w niewielkiej kawiarence (chyba jedynej na tym terenie) – shake’ów o smaku kiwi zdecydowanie nie polecam, bo są paskudne…

A co w ogóle warto zobaczyć w tym parku? Na pewno na uwagę zasługuje najlepiej zachowana Wat Mahathat, Wat Si Sawai (pierwsze zdjęcie wpisu), Wat Phra Phai Luang, Wat Sa Si, do której przechodzi się po drewnianym mostku, Wat Tra Kuan, Wat Chang Lom u podstawy której zobaczyć można słonie, Wat Saphan Hin do której idzie się po kamiennych płytach na szczyt niewielkiego wzgórza, Wat Chedi Si Hong grożąca niestety zawaleniem, Wat Chetuphon, Wat Traphang Ngoen, Wat Sorasak – jeszcze jedna świątynia ze słoniami u podstawy, Thamnop Phra Ruang. Ale na tym nie koniec. Spędziliśmy tam pół dnia, a i tak nie widzieliśmy wszystkiego.

Wat Si Sawai:

Wat Sa Si:

Mury miejskie, jeden z trzech wałów:

Wat Traphang Ngoen:

Wat Mahathat:

Po obejrzeniu głównej, ogrodzonej części kompleksu postanowiliśmy zobaczyć również świątynie położone dookoła. Te miejsca o każdej porze roku zobaczyć można ponoć za darmo. Na mapce z kas biletowych wyglądało na to, że świątynie te położone są dość blisko siebie i parkanu. Nie dajcie się zwieść temu przekonaniu. Według mapy zaraz mieliśmy być przy kolejnych ruinach, ale ledwo doszliśmy do pierwszego (z trzech) wału otaczającego dawne Sukhothai. Odpuściliśmy spacery, co finalnie okazało się doskonałym pomysłem. Nie mieliśmy nawet najmniejszych szans, żeby przyjrzeć się tym miejscom poruszając się na własnych nogach.

Po wyjściu z ogrodzonej części natknęliśmy się na kilku kierowców tuk tuków. Jeden z nich za obwiezienie nas po pozstałych ruinach rzucił najpierw cenę 400 bahtów, objazd miał trwać około 2 godz. Po szybkim przekalkulowaniu kwoty, na którą możemy się zgodzić rzuciliśmy, że za 300 bahtów pojedziemy. Wciąż była to duża sumka – of. 35 zł. Kierowca chwilę się zastanawiał, ale zaraz ruszyliśmy. Zwiedziliśmy naprawdę ogromny teren i widzieliśmy masę różnorodnych budowli, do których wstęp jest darmowy.

Warto objechać te różnorodne miejsca. Kierowca pokazywał nam wszystko, co tylko było interesujące. Stupy ze słoniami, mury miejskie, ogromny posąg Buddy, który wywarł na mnie największe wrażenie. Cierpliwie czekał na nas przy każdej atrakcji ani razu nas nie poganiając. Każdorazowo wymieniał nazwę danego miejsca. Tylko dwie świątynie odpuściliśmy, ponieważ podejście do nich prowadziło po kamiennych, nierównych płytach znacząco pod górę, a po dwóch takich wspinaczkach miałam serdecznie dość. Kolana dawały się we znaki i byłam totalnie mokra od potu. Ciągle wilgotność mi dokopywała.

Wat Sorasak:

Wat Phra Phai Luang:

Trafiliśmy również pod ogromny posąg siedzącego Buddy – Wat Si Chum. Prawdopodobnie każdy, kto pojawia się w Sukhothai, odwiedza również to miejsce. Można by powiedzieć, że Budda jak Budda – wiele jest w Tajlandii jego posągów. Ten jednak wyjątkowy jest nie tylko ze względu na swój rozmiar – 15 metrów wysokości i 11 szerokości. Warto zwrócić uwagę na jego prawą dłoń o długich, delikatnych palcach pokrytych płatkami złota. Według legendy birmańscy najeźdźcy uciekli na widok tego posągu.

Wat Saphan Hin:

Saritphong Dam Thamnop Phra Ruang:

Wat Chedi Ngam:

Wat Pa Mamuang:

Wat Chetuphon:

Wat Chedi Si Hong:

Wat Chang Lom:

Po drodze mijaliśmy jeszcze:

Nawet nie wiem kiedy minęły 2 godziny i zostaliśmy odwiezieni z powrotem na przystanek. Zapłaciliśmy, pożegnaliśmy się i udaliśmy się po powrotne bilety do Phitsanulok (53 bahtów za osobę). Ucieszyliśmy się, bo akurat niedługo miał być autobus. Tyle w teorii. Czekaliśmy i czekaliśmy umilając sobie czas pogawędką z dwójką Hiszpanów udających się w tą samą stronę co my – ojcem i synem. Czas się nam nie dłużył, ale w końcu dotarło do nas, że coraz mniejsze szanse mamy na zdążenie na pociąg do Chiang Mai. Planowaliśmy powrót do Phitsanulok z 1,5 godzinną przerwą na prysznic, ale przerwa ta coraz bardziej się nam skracała. W końcu autobus miał być opóźniony godzinę. Prysznic przepadł, ale wciąż mieliśmy jeszcze czas na odebranie bagaży i udanie się na pociąg. Niestety z godziny opóźnienia zrobiły się dwie. Siedzieliśmy z Hiszpanami popijając piwo, szamiąc chipsy o smaku jakiejś lokalnej potrawy i ganiając po ścianach „dworca” gekony, koty i żaby. W trakcie rozmowy wyszło na jaw, że panowie byli już w Polsce i zwiedzali Kraków. Byli zachwyceni!

W pewnym momencie jeden z naszych rozmówców wpadł na pomysł skombinowania samochodu z kierowcą, zaczął nawet rozmowy z siostrą sprzedawczyni biletów na autobusy. Machnęliśmy na to tylko ręką – jazda na złamanie karku po ciemku, za dodatkową opłatą i tak się nam już nie kalkulowała. Pogodziliśmy się już z tym, że trzeba będzie zmienić plan i odpuścić północ. Wreszcie autobus przyjechał! Okazało się, że gdzieś przed Sukhothai był wypadek, więc wszystko stało. Do Phitsanulok dojechaliśmy w okolicy godz. 21:00 – niestety nasz pociąg jakieś 25 minut wcześniej odjechał. Nie chcąc błądzić po nocy po mieście wróciliśmy na dworzec kolejowy taksówką. Inny, zajęty już taksówkarz zamówił nam transport, który kosztować miał 60 bahtów (7 zł). Na bank przepłaciliśmy, ale zmęczenie dawało w kość, więc było to już nam obojętne. Po porannych wyrzutach sumienia rikszą drugi raz byśmy nie wracali.

Na dworcu spróbowałam zwrócić bilety, ale nie było na to szans. W sumie już na ich odwrocie napisane było, że zwrot możliwy jest maksymalnie na godzinę przed podróżą, ale co nam szkodziło spróbować. Kupiliśmy powrotne bilety na pociąg do Bangkoku na następny dzień na 8:55 – kosztowały po 339 bahtów na osobę (ok. 40 zł w drugiej klasie). Jako że było późno, dużego wyboru z zakupem nie mieliśmy.

Wróciliśmy do hotelu prosząc o kolejny nocleg (znów za 400 bahtów, jednak pokój był odrobinę gorszy). Po cudownie chłodnym, niesamowicie odświeżającym prysznicu zdecydowaliśmy się złamać naszą zasadę niekupowania niczego w hotelu. Skusiliśmy się na tajskie piwo. Chang kosztował nas… 130 bahtów za dużą butelkę! Ponad 15 zł, gdy normalnie w sklepach cena nie przekraczała raczej 7 zł. No ale cóż. Zachciało się, to trzeba było płacić. Poszliśmy spać wspominając kolejny intensywny dzień.

Północ odpuściliśmy, więc przyszła pora na udanie się do Kambodży i spełnienie kolejnego marzenia – wizyty w cudownym, majestatycznym, odwiedzanym przez rzesze ludzi z całego świata Angkorze.

(Visited 273 times, 1 visits today)
Tajlandia / Kambodża: 20 rąk i jedna wiza
Tajlandia: Targ w Phitsanulok

Powiązane wpisy

19 Comments

  1. Agnieszka

    Świetne zdjęcia, jak z innego świata :) Mnie na razie jakoś do Tajlandii nie ciągnie, a to chyba ze względu na klimat – piszesz nawet o ciągłej wilgotności, mam wrażenie, że nie wytrzymałabym w takim miejscu 5 minut. No ale może mnie zachęcisz ;)
    I jak to możliwe że shake o smaku kiwi był niedobry? ;)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Wilgotność daje się we znaki, ale może to zależy od pory roku. Ciężko mi było się przyzwyczaić, ale dałam radę ;) Shake został przygotowany z jakiegoś słabego syropu, więc na kilometr biło od niego niestety nie kiwi, a chemią :/

      Odpowiedz
  2. Fame Name

    Przepiękne zdjęcia! Urzekły mnie kadry i niezwykła magia miejsca. :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Wydaje mi się, że Sukhothai emanuje bardziej magiczną aurą od Ayutthayi, dlatego polecam zobaczenie tego miejsca na własne oczy :)

      Odpowiedz
  3. Kuku

    Uwielbiam takie subiektywno-obiektywne relacje, fajnie też poczytać ciekawostki o danych miejscach. W Tajlandii nigdy jeszcze nie byłam ale kto wie…? Narobiłaś ochoty :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Nawet chwili się nie zastanawiaj, jedź tam jak najprędzej! ;)

      Odpowiedz
  4. Natalia Jaranowska

    Nie dziwie się, że Wam się podobało, też byłam (nadal jestem) zachwycona Tajlandią!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      To jedno z tych państw, które na wieki zapada w pamięć… :)

      Odpowiedz
  5. Aneta Grenda

    Niezwykła podróż i wspaniałe zdjęcia sprawiające że zwiedza się razem z Wami. A tak w ogóle to bardzo lubię Tajlandie za jej różnorodność i azjatyckie klimaty :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Nie wolno zapominać o tajskiej kuchni! ;)

      Odpowiedz
  6. Krysia

    Hmm kto wie może kiedyś odwiedzę Tajlandię ^^

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      To idealny kraj na rozpoczęcie przygody z tą częścią Azji! :)

      Odpowiedz
  7. Nikola Tkacz

    Tajlandia to jedno z moich największych marzeń! Zachwyca w każdej postaci :) Czy to ogromny Bangkok, rajska Phuket, czy Sukhothai!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Marzenia trzeba spełniać ;)

      Odpowiedz
  8. Aneta

    Dziękuję za ten wpis i za możliwość mentalnej podróży :)..piękne zdjęcia :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Jeszcze piękniej wygląda to na żywo ;)

      Odpowiedz
  9. Kasia

    Bardzo ciekawy wpis! Inspirująca przygoda i piekne zdjęcia.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dziękuję!

      Odpowiedz
  10. Krystian

    Super

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close