Dywan kwiatowy 2014 czyli Bruksela w jeden dzień cz.2

Zgodnie z zapowiedzią z poprzedniego wpisu, tym razem zacznę od tego, jak wypożyczyć rower w Brukseli. Wypożyczalnie rowerów miejskich Villo! zlokalizowane są mniej więcej co 450 m. Nietrudno znaleźć stojaki ze srebrno-żółtymi rowerami. Jeśli w jednej z wypożyczalni zabraknie rowerów, mając mapę z informacji turystycznej można skierować się do innej najbliższej wypożyczalni – na mapie zaznaczone zostały wszystkie punkty Villo!. Jeśli mapy się nie posiada, wystarczy pokręcić się trochę po okolicy, a na pewno trafi się na jakiś punkt z rowerami. Wypożyczenie roweru nie jest trudne i co najważniejsze – jest bardzo tanie. Pierwsze pół godziny korzystania z jednośladu jest darmowe, natomiast wykupienie biletu na 24 godz. (stan na 2014r) kosztuje raptem 1,60 euro. Rowery mają jednak spory minus – są bardzo ciężkie i niezbyt przyjemnie jeździ się nimi po bruku. Szczególnie na początku.

Żeby wypożyczyć rower, należy przygotować kartę płatniczą i przejść przez kilka poleceń wyświetlających się na ekranie terminala znajdującego się przy każdej stacji. Początkowo warto wybrać nr 9 – czyli zmianę języka na angielski. Następnie określa się, na jak długo chcemy mieć możliwość korzystania z rowerów i płacimy. W międzyczasie trzeba podać swój indywidualny kod, który będzie służył jako hasło przy wypożyczaniu roweru na kolejnych stacjach. Wypożyczalnia blokuje dodatkowo 150 euro zwrotnej kaucji. Po prawidłowym oddaniu roweru i upłynięciu czasu, który się wykupiło, kaucja zostaje odblokowana.

IS_Bruksela (50)fot. Wypożyczalnia rowerów na przeciwko Pałacu Sprawiedliwości

IS_Bruksela (51)fot. Stojak rowerowy

Gdy płatność zostanie zaakceptowana, terminal pokazuje, które numery stanowisk rowerów są dostępne. Po wyborze odpowiedniego numeru ma się 60 sekund na jego odblokowanie. Trzeba wcisnąć przycisk na stojaku wybranego roweru i użyć trochę siły (jak wspominałam rowery są ciężkie), rower lekko unieść i wycofać. Trzeba koniecznie pilnować biletu, który dostaje się w trakcie pierwszego wypożyczenia. Jest tam umieszczony numer, który używa się każdorazowo przy wypożyczeniu roweru. Ja początkowo miałam mały problem z wyciągnięciem roweru i czas minął, ale w takim wypadku należy w terminalu wypożyczalni wybrać opcję „Mam bilet”, podać jego numer, swoje hasło i ponownie wybrać rower, który chce się wypożyczyć. I tak do skutku ;) Za drugim razem mi się udało. Rowery mają 7 przerzutek, można w nich wyregulować wysokość siodełka (niestety w trakcie jazdy może się zdarzyć, że siodełko nagle opada w dół…sprawdziłam to dosłownie na własnym siedzeniu…).

Zwrot roweru nie sprawia żadnych problemów – wystarczy wcisnąć go z powrotem do stojaka aż usłyszy się charakterystyczne piknięcie i światełko na stojaku zapali się na zielono. Jeśli piknięcia nie było, lub światełko pali się dłuższy czas na czerwono, oznacza to, że rower nie został prawidłowo zwrócony. Nawet jeśli światełko zapali się w końcu na zielono, warto „zalogować” się na swoje konto w terminalu wypożyczalni i sprawdzić, jaki pokazuje się komunikat (jeśli wszystko jest ok, pojawi się informacja, że rower został zwrócony). System wypożyczalni jest bardzo wygodny, ponieważ rowery w ramach wykupionego czasu można wielokrotnie wypożyczać i zwracać. Żeby ponownie wypożyczyć rower, należy w terminalu wypożyczalni podać numer z otrzymanego wcześniej biletu, wpisać swoje indywidualne 4 cyfrowe hasło, które podaje się przy pierwszy wypożyczeniu i ponownie wybrać jeden z dostępnych rowerów. Ponownie przyciskamy guzik przy rowerze i możemy znów jechać dalej.

Przyznam, że początkowo miałam ochotę szybko zwrócić swój rower. Jazda szła bardzo powoli i ciężko, podjazd pod jakąkolwiek górkę był prawie niemożliwy. Nie powiem, że mam niewiadomo jak dobrą kondycję, bo jej nie mam (jedyną aktywnością fizyczną jaką ostatnio przejawiam jest bieg z przeszkodami na pociąg i to nawet dwa razy dziennie). Więcej z tym rowerem przechodziłam niż na nim jeździłam. Później jednak przyzwyczaiłam się do jazdy i szło dużo lepiej. Może wpływ na to miał również fakt, że omijaliśmy brukowane ulice, po których jeździło się naprawdę tragicznie. Jeśli chodzi o ścieżki rowerowe w Brukseli, to zbyt wiele ich nie widzieliśmy. Czasem biegną asfaltem, czasem chodnikiem, a czasem brakuje jakichkolwiek oznaczeń by za chwilę znaleźć na ulicy narysowany znak roweru. Istny chaos. Ale policja nie zwracała uwagi na nasze wybryki ;)

Tak jak już wspomniałam, rowerowe początki były trudne. Przyznam, że spośród wypożyczanych do tej pory rowerów, na których miałam okazję jeździć, te brukselskie były najbardziej toporne. Dobrze, że co chwila było coś do oglądania i można było zejść z tego nieszczęsnego roweru… Pierwszy przystanek mieliśmy przy kościele Notre Dame du Sablon. Oficjalna nazwa tego kościoła brzmi: Eglise Notre Dame des Victories (kościół Matki Boskiej Zwycięskiej). Podobno jest to jedna z najpiękniejszych świątyń w Belgii, ale nie dane nam było obejrzeć ją od środka, bo nie widzieliśmy nigdzie miejsca, w którym można byłoby zaryzykować zostawienie roweru, poza tym rower dał mi tak w kość, że byłam cała czerwona i zmachana, tak więc jakakolwiek ochota na zwiedzanie mi tymczasowo przeszła.

IS_Bruksela (26)fot. Eglise Notre Dame du Sablon

Po drugiej stronie ulicy znajduje się niewielki ale uroczy park Place du Petit Sablon założony w 1890r. Idealne miejsce na krótką regenerację sił. Plac ogrodzony został płotem z kutego żelaza. W ogrodzenie wkomponowano figury reprezentujące wszystkie brukselskie cechy rzemieślnicze. Na środku parku ustawiono kaskadową fontannę, na szczycie której stoją hrabia Egmont oraz admirał Hoorn – członkowie ruchu opozycyjnego, których ścięto publicznie na Grand Place w 1568r. na rozkaz księcia Alby. Za parkiem wznosi się obecna siedziba Ministerstwa Spraw Zagranicznych ulokowana w Palais d’Egmont  – pałacu w stylu włoskiego klasycyzmu.

IS_Bruksela (27)fot. Place du Petit Sablon

Zebraliśmy siły i ruszyliśmy w dalszą drogę. Już na szczęście po asfalcie. Kawałek dalej, przy ulicy odchodzącej w dół (przy okazji z ulicy tej roztacza się ładny widok na miasto), w dawnym domu towarowym Old England, siedzibę ma Muzeum Instrumentów Muzycznych. Budynek zaprojektowany został w stylu art moureau w 1899r.

IS_Bruksela (31)fot. Budynek, w którym znajduje się Muzeum Instrumentów Muzycznych

Spod Muzeum Instrumentów Muzycznych skierowaliśmy się do parku Cinquantenaire. Głównym celem przyjazdu do tego miejsca było Muzeum Starych Samochodów – Autoworld. Muzeum znajduje się w południowym skrzydle  pałacu Cinquantenaire. Kolekcja muzeum obejmuje ok. 300 aut obrazujących historię motoryzacji od 1886r. Samochody te wchodzą w skład zbiorów Gantois Ghislain Mahy (cała kolekcja należy do jednej z największych na świecie – obejmuje ok. 1000 aut!). Większość prezentowanych w muzeum modeli aut jest w dalszym ciągu na chodzie. Najstarszy samochód, który pamiętam, wyprodukowany został w 1899r. Na wystawie było ogółem sporo aut z końca XIXw.

IS_Bruksela (32)fot. Fragment pałacu Cinquantenaire

Uwielbiam stare samochody (nawet do ślubu jechałam starą Warszawą, ponadto jestem wierną fanką organizowanego w moim mieście corocznego zlotu starych samochodów „Warkot” :)), dlatego jako że to ja planowałam ten wyjazd, bez zastanowienia uwzględniłam to miejsce w planie zwiedzania. Koszt jednego biletu to 9 euro, w cenie można otrzymać na czas wizyty przewodnik audio. Dla kogoś, kogo stare samochody kompletnie nie interesują, będzie to znaczny i raczej zbyteczny wydatek. Ale jeśli ktoś tak jak ja lubi oglądać stare auta, nie będzie żałował wydanych pieniędzy. Na zobaczenie wnętrza Autoworld planowaliśmy niewiele czasu, skończyło się na ponad dwugodzinnym łażeniu pomiędzy tymi motoryzacyjnymi perełkami. Byłam naprawdę zachwycona. W sumie dobrze się stało, że nie udało się nam zobaczyć tego muzeum poprzednim razem – zabrakło by nam czasu na takie powolne szwendanie się. Część wystawy na piętrze poświęcona została samochodom przyszłości oraz autom wyścigowym, jednak mnie najbardziej wciągnęło oglądanie parteru.

Nie będę pisać, ile tam zdjęć narobiłam… powiem jedynie, że niełatwo było wybrać te kilka sztuk do wrzucenia tutaj ;)

IS_Bruksela (34)fot. Francuski Lion-Peugeot VA z 1906r.

IS_Bruksela (35)fot. Na pierwszym planie francuski De Dion Bouton DE2 Coupe z 1912r., dalej Delage T z 191or. oraz Clement Bayard 4M5 z 1913r. 

IS_Bruksela (37)fot. Od lewej – francuski Delahaye 135M z 1938r. oraz amerykański Oldsmobile F-34 Coupe 8 z 1934r.

IS_Bruksela (38)fot. Karetka Packard z 1927r. i karawan Chevrolet z 1975r.

IS_Bruksela (41)fot. Niemiecki Messerschmitt KR200 z 1955r. 

IS_Bruksela (42)fot. Widok na halę Autoworld

IS_Bruksela (43)fot. Niemiecki samochód – amfibia z 1965r.

Na parterze znajdziemy również niewielkie pomieszczenie, w którym ustawione zostały bardzo stare powozy konne, takie jak no. poniższa karoca:

IS_Bruksela (40)fot. Francuska karoca z 1852r.

Na górze hali do końca sierpnia tego roku można podziwiać również wystawę samochodów z okazji 100 lecia Maserati. Oczywiście nie zabrakło również najnowszych modeli z rocznika 2014 (Grancabrio S, Ghibli, Quatroporte VI i Granturismo S).

IS_DSC_0997fot. Maserati A6G Coupe z 1950r. i Maserati A6GCS Monofaro

IS_DSC_0777fot. Maserati Ghibli z 2014r.

Przy drzwiach do muzeum znajduje się doskonale zaopatrzony w najróżniejsze modele samochodów mały sklepik. Ceny są wysokie, ale jeśli kogoś pasjonuje kolekcjonowanie modeli, na pewno znajdzie tam coś dla siebie.

Wychodząc z Autoworld skierowaliśmy się do tej samej wypożyczalni, w której zostawiliśmy rowery przed wizytą w muzeum. Postanowiliśmy ponownie zobaczyć Parlament Europejski. Niestety w połowie drogi złapała nas taka ulewa, że w kilka sekund miałam zupełnie przemoczone spodnie. Schowaliśmy się pod jakimś budynkiem i kilkadziesiąt minut czekaliśmy, aż przestanie padać. Gdy w końcu deszcz trochę się uspokoił, zmieniliśmy plany i pojechaliśmy pod Pałac Sprawiedliwości. Czas pobytu w Brukseli szybko się kurczył, a chcieliśmy jeszcze odwiedzić Muzeum Czekolady. Przemoknięci (dobrze, że mieliśmy chociaż kurtki przeciwdeszczowe), dotarliśmy pod Pałac Sprawiedliwości. A tam co nas zastało? Piękne słońce… Przynajmniej szybko wyschły nam ubrania.

IS_Bruksela (52)fot. Pałac Sprawiedliwości w trakcie renowacji

Wzorowany na starożytnych świątyniach Pałac Sprawiedliwości zbudowany został na Wzgórzu Wisielców, z którego roztacza się widok na belgijską stolicę. Budowa pałacu trwała nieprzerwanie 17 lat, przez jego projekt wysiedlono z okolicy tysiące mieszkańców. Pałac jest ogromny – jego powierzchnia to 26 000 m2. To 27 sal audiencyjnych i 245 sal rozpraw. Do dziś wykorzystywany jest jako sąd miejski. Niestety trafiliśmy akurat na jego zewnętrzną renowację. Jednak po wejściu pomiędzy kolumny, miałam wrażenie, że przeniosłam się do Grecji… Ogrom tego miejsca robi wrażenie.

IS_Bruksela (47)fot. Pałac Sprawiedliwości

IS_Bruksela (48)fot. Pałac Sprawiedliwości

Przed pałacem spróbować można jednego ze znanych belgijskich specjałów – gofra. Gofry można kupić z różnymi dodatkami, ale mieszkańcy Brukseli zajadają się tzw. „natural waffles” czyli goframi z cukrem. Zazwyczaj chcąc kupić gofra spotkamy się z jego odgrzaniem, ponieważ gotowe gofry oczekują już na chętnych stygnąc sobie spokojnie na talerzu. Słodkie to niesamowicie, jeden mi wystarczył w zupełności (cena: ok. 2 euro/szt.).

IS_Bruksela (44)fot. Belgijski gofr z cukrem

Ze Wzgórza Wisielców udaliśmy się na dół windą. Tym razem za cel obraliśmy sobie Muzeum Czekolady.

IS_Bruksela (46)fot. Widok spod Pałacu Sprawiedliwości, na pierwszym planie winda umożliwiająca szybki zjazd na dół

IS_Bruksela (54)fot. Widok na windę i na kopułę Pałacu Sprawiedliwości z dołu

W jednym z mijanych po drodze sklepików spróbowaliśmy czegoś, czego nie udało nam się spróbować poprzednim razem w trakcie pobytu w Gandawie. Chodzi o „gandawskie nosy” – stożkowate żelki o owocowym smaku (ja wyczułam winogrona). Coś w sam raz dla łasuchów, koszt jednego „noska” to 0,35euro.

IS_Bruksela (55)fot. Słodycze znane z Gandawy

Po krótkim spacerze uroczymi uliczkami Petit Ringu, dotarliśmy pod Grand Place, obok którego znajduje się Muzeum Czekolady. Tym razem wreszcie udało się nam wejść do środka (poprzednim razem przyszliśmy za późno). Muzeum znajduje się w jednej z uliczek odchodzących od Grand Place. Żeby je znaleźć, należy szukać niewielkiej tabliczki na drzwiach lub ewentualnie niedużego napisu Chocolate Museum na czerwono- zielonej markizie nad wejściem.
Na wejściu dziewczyny w kasie oznajmiły nam, że więcej pokazów wytwarzania pralin dzisiaj już nie będzie i że możemy przyjść jutro. Dodatkowo powiedziały, że muzeum jest pełne i mają komplet zwiedzających już do zamknięcia. Powiedziałam im, że to samo usłyszeliśmy 3 miesiące temu i że więcej do Brukseli nie mamy zamiaru wracać, dlatego zależy nam na możliwości zwiedzenia tego miejsca. W końcu łaskawie pozwoliły nam na wejście do muzeum, oczywiście w takiej samej cenie biletu jak ta, która obejmuje również pokaz. Jako że chcieliśmy zobaczyć to muzeum i porównać je do Muzeum Czekolady z Brugii, zapłaciliśmy i udaliśmy się na piętro – cena biletu to 5,50 euro. Brukselskie Muzeum Czekolady zupełnie nie jest warte tej ceny. Wystawa jest bardzo skromna, obsługa robi łaskę że udzieli jakichkolwiek informacji, w sklepiku prawie nie ma wyboru, chociaż takie miejsce ma potencjał (można sprzedawać czekoladki, formy do tworzenia własnych pralin, książki itp., tam nic takiego nie było…). Wydaje mi się, że dziewczyny sprzedające bilety są średnio zainteresowane pracą, ponieważ ich stwierdzenie że mają komplet gości i muzeum jest pełne, nijak nie miało odzwierciedlenia w ilości ludzi kręcących się po muzeum. Było prawie pusto. Jeśli ktoś chce zobaczyć muzeum o tej tematyce, jak najbardziej powinien udać się do Brugii omijając na kilometr muzeum w Brukseli. W Brukseli jest dużo więcej ciekawych miejsc do zobaczenia. Moja opinia może wydawać się komuś bardzo krytyczna, ale dwukrotnie spotkaliśmy się tam z niezbyt miłą obsługą i olewaniem odwiedzających. Tak więc moim zdaniem nie warto tracić tam czasu i pieniędzy.

IS_Bruksela (58)fot. W Muzeum Czekolady

IS_Bruksela (59)fot. Kakaowiec

IS_Bruksela (60)fot. Jedyna czekolada, jaką widzieliśmy w Muzeum Czekolady

Rozczarowani Muzeum Czekolady postanowiliśmy wstąpić do sklepu z belgijskimi pralinami firmy Godiva na Grand Place. Przedarcie się przez tłumy, jakie o tej porze tam były, nie było łatwe. Gdy już dotarliśmy do sklepu, szybko z niego wyszliśmy z zakupionym jedynie niewielkim pudełeczkiem pralinek „na spróbowanie”. Jest to chyba najbardziej znana firma zajmująca się produkcją czekolady w Belgii. Ceny – zaporowe… Lepiej chyba zajrzeć do jakiegoś mniej znanego sklepiku w któreś z bocznych uliczek. A sklepików takich jest w Brukseli pełno.

IS_Bruksela (61)fot. Grand Place po południu

IS_Bruksela (63)fot. Widok na Grand Place w godzinach popołudniowych, rano było zupełnie pusto

Jak Belgia, to oczywiście frytki. Po drodze do ostatniego punktu, który chcieliśmy odwiedzić, czyli katedry św. Michała i św. Guduli, niełatwo było znaleźć jakiś punkt, w którym sprzedawano by ten belgijski specjał. W końcu trafiliśmy na niewielki barek dosłownie na przeciwko katedry. Frytki kosztowały 3,5 euro i były średnio zjadliwe. Niedosmażone, miękkie i wyglądały, jakby podsmażone były wcześniej, a tuż przed podaniem jedynie podgrzane. Jedynie sposób podania sosu był ok. Swoją porcję dokończyłam na siłę tylko dlatego, że byłam głodna i wizja jakiegokolwiek innego posiłku była w najbliższym czasie mało realna. Nie polecam tego miejsca.

IS_Bruksela (64)fot. Najgorsze frytki, jakie kiedykolwiek jadłam

Katedra św. Michała i św. Guduli znajduje się niedaleko od Grand Place. Fasada tego gotyckiego kościoła wykonana jest z białego kamienia, a centralne wejście przedzielone zostało kolumną, na której umieszczono rzeźby Trzech Króli. Nad wejściem czuwają rzeźby apostołów. W katedrze w 1993 roku miał miejsce ślub następcy tronu Filipa, księcia Brabancji z Matyldą d’Udekem d’Acoz. Przy wejściu można obejrzeć niewielką wystawę fotograficzną dokumentującą to wydarzenie. Matylda jest spowinowacona z prezydentem Bronisławem Komorowskim, jest z pochodzenia Polką.

IS_Bruksela (65)fot. Wnętrze katedry św. Michała i św. Guduli

IS_Bruksela (67)fot. Jeden z wielu pięknych witraży w katedrze

IS_Bruksela (68)fot. Katedra św. Michała i św. Guduli od zewnątrz

Po wizycie w katedrze, przyszedł czas na powrót na lotnisko. Jako że nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać po drodze, woleliśmy pojechać wcześniejszym autobusem ruszającym spod dworca Brussels Midi o 17:30. Był tylko jeden mały problem – z katedry wyszliśmy o 17:05, a na autobus chcieliśmy dojść na piechotę. Dotarcie do dworca Midi spod katedry zajmuje sporo czasu, ale jeśli ma się tylko lekki plecak, idzie się szybkim marszem jak najprostszą drogą i ostatni odcinek się przebiegnie, na autobus można zdążyć w 25min. ;) Większość trasy pokonanej autobusem przespałam… obudziłam się dopiero tuż przed przystankiem na lotnisku.

Jak już wcześniej pisałam, lotnisko Charleroi nie jest zbyt duże. W miejscu, gdzie odbywa się kontrola bezpieczeństwa, można poczuć się odrobinę klaustrofobicznie, wyjście z tego pomieszczenia w kierunku wyjść do samolotu prowadzi przez wąski korytarz. W strefie bezcłowej jest tylko jeden sklep, ale bardzo dobrze wyposażony. Można w nim kupić belgijskie smakołyki i pamiątki, perfumy, ubrania itp. Jeśli ktoś chce przywieźć z wyjazdu czekoladki firmy Godiva, może wstrzymać się z ich zakupem do czasu przyjazdu na lotnisko. Ceny są ciut niższe niż w sklepie na Grand Place, ale niestety w dalszym ciągu bardzo wysokie – za pudełko 6 pralinek należy zapłacić ok. 10 euro.

W jednej z lodówek wypatrzyłam ciekawostkę – sery Chimay. Są to sery produkowane przez trapistów – tych samych, którzy produkują wyśmienite piwo. W naszym koszyku wylądował ser a la Chimay Rouge. Ser ten przygotowywany jest ze świeżego mleka krowiego pochodzącego z okolic Chimay. Ciekawostką odróżniającą good innych serów jest to, że jego skórka przemywana jest piwem Chimay. Nadaje to jej charakterystyczny smak i zapach. Ser w konsystencji i smaku przypomina camembert (może jest od niego odrobinę twardszy). Według producentów tego sera, w smaku można wyczuć morelowe akcenty z nutą goryczy. Moreli to ja nie wyczułam, ale delikatną chmielową goryczkę już tak. Ponadto producenci informują, że ser pachnie piwnicą. Z tym jak najbardziej się zgodzę, dodałabym jeszcze słowo „zawilgotniałą” ;) Ser należy przechowywać w temperaturze -2-7°C, dlatego najlepiej kupić go na lotnisku.

IS_P8150351fot. Sery trapistów w lodówce na lotnisku

IS_P8160011fot. Ser trapistów- a la Chimay Rouge

Kolejną ciekawostką, którą można kupić na lotnisku jest krem Speculoos wytwarzany z belgijskich ciasteczek (herbatników?). Coś pysznego… żałuję że wróciliśmy tylko z jednym słoiczkiem :)

IS_DSC_0231

Poza tym jednym sklepem jest kilka punktów gastronomicznych, w tym coś a’la pub Leffe (piwo bodajże po 3,5 euro), ponadto na terenie hali odlotów rozstawiono kilka automatów a napojami (woda, cola i inne tego typu 0,5 l butelki kosztują 2,60 euro).

Lot powrotny opóźnił się. Zamiast wystartować o 20:55, wznieśliśmy się w powietrze ok. 21:30. Po krótkiej nocy i intensywnym dniu byłam tak wymęczona, że tuż po starcie usnęłam. Obudziłam się dopiero niedługo przed lądowaniem. Jako że w Warszawie wylądowaliśmy ok. 23:30, taksówką podjechaliśmy pod firmowy parking, gdzie został nasz samochód. W domu byliśmy w końcu grubo po 1:00 w nocy.

Wyjazd mogę podsumować bardzo krótko – kto dywanu nie widział, powinien uwzględnić go w swoich planach podróżniczych. Następna okazja na zobaczenie tego cuda będzie w 2016r., więc może do tego czasu ktoś się namyśli? Żałuję jedynie, że nie udało się nam zobaczyć chociaż fragmentu układania tego florystycznego arcydzieła…

(Visited 413 times, 1 visits today)
Holandia, Belgia, Paryż, Luksemburg 2014: Dziennik z podróży
Dywan kwiatowy 2014 czyli Bruksela w jeden dzień cz.1

Powiązane wpisy

3 Comments

  1. Pamar Travel

    Wow… wyssaliście z tego pobytu maksimum wrażeń! Ja bym pewnie miała podobny plan, chociaż raczej zrezygnowałabym z nocnych spacerów, jednak strachu przed zamachami nie da się zignorować. Zaskoczyło mnie również, że mieliście trudności ze znalezieniem frytek, a ja myślałam, że to na każdym rogu! Bardzo ciekawie opisane, mnóstwo miejsc zobaczyliście. Fajnie było z Wami zwiedzać :)

    Odpowiedz
  2. Marta

    A gdzie ten dywan? Nie doczytałam całego, strasznie tu marudzisz! :)

    Z tymi rowerami jest trochę inaczej. 1,60 płacisz za dobę za samo wypożyczenie roweru. Pierwsze pół godziny jest za darmo, a potem płacisz za każdą godzinę. Ile? Niestety szukając na szybko nie znalazłam dokładnego cennika na ich stronie. Blokują na Twoim koncie 150EUR i z tego do dwóch tygodni pobierają sobie tyle, ile przejeździłaś. Ja byłam tydzień temu na dwa dni i dwa razy zablokowali mi 150EUR. Przedziwny ten system! Znacznie lepiej jest wypożyczyć rower w wypożyczalni typu cyclo.org. Rowery są nieporównywalnie wygodniejsze i lżejsze.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dywanowi w całości poświęcona była pierwsza część wpisu :) Tutaj link: Dywan kwiatowy cz. 1 Marudzę, bo to były najgorsze rowery na jakich przyszło mi jeździć do tej pory ;) A zasady wynajmu musiały się w takim razie zmienić od 2014r. – owszem, blokowali 150 euro za sam fakt wypożyczenia sprzętu, ale całodobowy bilet kosztował nas raptem 1,60 euro za rower. Widocznie uznali, że pora podnieść stawkę…

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close