Amiens czyli ekspresowe zwiedzanie w trakcie podróży służbowej

Jak już pisałam przy okazji przepisu na włoskie cantuccini, jeszcze wczoraj byłam we Francji, dokładnie w Assevillers.
Wylądowałam na podparyskim lotnisku Charlesa de Gaulle’a i stamtąd pociągiem TGV w ciągu niecałych 30min. znalazłam się ponad 100km dalej na stacji Haute-Picardie. Tam już czekała na mnie taksówka. Podróż służbowa. Kiedyś marzyłam, żeby dużo podróżować, ale zawsze należy uważać na to, o czym się marzy i dokładnie precyzować czego się oczekuje. Marzenie się spełniło, tyle tylko że nie do końca tak jakbym sobie tego życzyła. Od kilku lat sporo jeżdżę… służbowo.

IS_PA010121fot. Kościół w Assevillers

W trakcie podróży służbowych zazwyczaj nie mam możliwości znalezienia chociażby chwili na zwiedzenie danego miejsca. Moja podróż wygląda wtedy mniej więcej tak: lotnisko – taksówka – hotel – taksówka – lotnisko. Pasjonujące, prawda? Jednak zawsze staram się wyjść z hotelu chociaż na pół godziny, zapuścić się w jakieś zakamarki danego miejsca. Jeśli tylko mam taką możliwość – lecę wcześniej lub zostaję ciut dłużej. Gorzej, jeśli hotel zlokalizowany jest w zupełnie nieciekawym miejscu… Tym razem jednak organizatorzy tak przygotowali spotkanie, że mieliśmy jeszcze chwilę czasu na spacer po Amiens – mieście, do którego zabrani zostaliśmy na kolację. Dodatkowo Francuzka, która była naszym „opiekunem” odrobinę wydłużyła nam ten spacer, bo nie mogła znaleźć restauracji, w której mieliśmy rezerwację ;)

Ogółem nie przepadam za Francją, ale miasto to wydało mi się całkiem znośne, można by nawet rzec że urocze. Amiens jest stolicą regionu Pikardia.

IS_P9300017fot. Wieża w centrum Amiens

Niewątpliwie największą atrakcją Amiens jest gotycka katedra Najświętszej Maryi Panny umieszczona na liście zabytków UNESCO. Niestety do katedry ze względu na późną porę nie weszliśmy, ale sam widok od zewnątrz robił wrażenie. Z tego co wyczytałam w internecie, katedra ta jest trójnawowa, z wydłużonym prezbiterium zakończonym absydą. W środku utworzono siedem promieniście rozmieszczonych kaplic. Podobnie jak w paryskiej katedrze Notre Damme tak i tutaj umieszczono nad wejściem galerię królów z 22 posągami i ogromną witrażową rozetą. Katedrę wybudowano w latach 1220-1270. Obecnie poddana została pracom renowacyjnym polegającym na jej wyczyszczeniu.

IS_P9300036fot. Katedra w Amiens

IS_P9300047fot. Galeria królów – katedra Najświętszej Maryi Panny w Amiens

IS_P9300065fot. Jedne z drzwi katedry w Amiens

IS_P9300086fot. Starsza część Amiens

IS_P9300091fot. Prawie jak w Wenecji :)

IS_P9300094fot. Widok na katedrę

IS_P9300096

Po krótkim szukaniu drogi w końcu trafiliśmy do niewielkiej restauracji Leu Duo. Tym razem muszę zwrócić honor kuchni francuskiej. Będąc w maju w Paryżu tamtejsze jedzenie bardzo mnie rozczarowało (z wyjątkiem ślimaków), tym razem jednak trafiałam na same rarytasy. Dużym plusem spotkań służbowych jest to, że jakiekolwiek kolacje zjada się w sprawdzonych restauracjach a nie gdzie popadnie :)

Na powitanie dostaliśmy niewielkie szklaneczki wypełnione kremowym musem. Okazało się, że był to bardzo delikatny krem z kalafiora. Coś pysznego. Kolacja zapowiadała się nieźle. Miałam typowo kaczy wieczór – na przystawkę wybrałam sobie carpaccio z surowego mięsa kaczki, na główne danie kaczkę z brzoskwiniami. Deseru z kaczką niestety nie mieli ;) Zresztą i tak już nie miałby gdzie wejść… I w hotelu i w tej restauracji dawali tak ogromne porcje, że nie dane mi było ich dokończyć, mimo że jedzenie było pyszne. Boję się wejść na wagę po tym obżarstwie ;)

IS_P9300106fot. Krem z kalafiora

IS_P9300107fot. Duo de canard en carpaccio, roquettes, vinaigrette a la framboise czyli carpaccio z kaczki z malinami

IS_P9300111fot. Magret de canard en millefeuille, compotee de peches ecrase de pomme de terre a la vanille czyli grillowana kaczka z brzoskwinią i waniliowymi ziemniakami (pycha!)

 Przy okazji podpatrzyłam, co zamawiali moi koledzy, np:

IS_P9300108fot. Risotto safrane et sa brochette de poisons czyli risotto z rybami

Będąc we Francji nie można oczywiście nie wspomnieć o słynnych francuskich deserach.

IS_PA010116fot. Creme brulee nature

IS_IMG-20140930-00017fot. Mi-cuit au chocolat, creme anglaise 

Kolacja i w ogóle całe spotkanie minęły w przyjemnej atmosferze, jednak każdy był zmęczony. Trzeba było wreszcie wrócić do domu. Po oficjalnym zakończeniu wsiadłam ponownie do pociągu TGV i zanim się obejrzałam, z powrotem byłam na lotnisku. Swoją drogą nie sądziłam, że TGV są aż tak szybkie. Niby kiedyś sporo o nich czytałam, ale zobaczenie tego na własne oczy to co innego. Próbowałam przyjrzeć się takiemu pędzącemu pociągowi oczekując na stacji, ale było to niemożliwe. A gdy już wygodnie rozsiadłam się w moim pociągu, jedynym sygnałem, że mijał nam właśnie inny TGV było bujnięcie naszym składem.

IS_PA010255fot. Wnętrze pociągu TGV

IS_PA010256fot. Stacja kolejowa TGV na lotnisku Charlesa de Gaulle’a 

Jak to ze mną bywa, na koniec nie obyło się bez przygód. Po pierwsze pomyliła mi się bramka, co kosztowało mnie dodatkowe kilka minut spaceru. Nie lubię dużych lotnisk… A po drugie… Tuż przed odjazdem na lotnisko dostałam od organizatorów 250 gramowy słoik miodu z ich pasieki. Niestety dopuszczalny limit płynu w opakowaniu w bagażu podręcznym to 100 ml. Nie miałam bagażu rejestrowanego, do którego mogłabym zapakować ten słoik, dlatego już od początku spodziewałam się problemów. Postanowiłam jednak pójść na żywioł i w razie czego improwizować ;) W trakcie kontroli bezpieczeństwa moja torebka została oczywiście zatrzymana. Pan celnik początkowo uparcie twierdził, że nie może mnie z tym przepuścić i słoiczek trzeba będzie wyrzucić. Użyłam całego uroku osobistego ale udało mi się osiągnąć jedynie tyle, że zapytał kogoś ważniejszego od siebie, czy mogą zrobić wyjątek. Niestety odpowiedź brzmiała: nie… Już żegnałam się ze słoiczkiem pysznego miodku (wspominałam już, że jestem łasuchem? Pożegnanie było tym bardziej bolesne, że dużo dobrego słyszałam o tym miodzie), gdy podszedł jakiś postawny mężczyzna i zwrócił się z ogromną powagą do obu celników. Po krótkiej ale bardzo formalnej rozmowie okazało się, że pan ten był ich szefem i wyraził zgodę na to, żebym mogła zabrać miód na pokład :D Nie ma to jak zrobić aferę na lotnisku o słoiczek miodu. Podziękowałam, szybko się spakowałam, żeby tylko się nie rozmyślili i tyle mnie widzieli ;) Gdy szłam później do samolotu, zostałam pożegnana przez tego postawnego pana szerokim uśmiechem. Musieli mieć ze mnie niezły ubaw…

Po przejściach z punktu kontroli czekały mnie jeszcze 3 godz. oczekiwania na samolot… Niestety w tej części lotniska nie ma zbyt wielu sklepów, więc czas oczekiwania spędziłam na nadrabianiu zaległości z pracy. W ciągu ostatnich kilku dni mojej nieobecności wpadło mi na skrzynkę jedynie jakieś 90 maili…

IS_PA010272fot. Jeden z wielu niesamowicie długich ruchomych chodników w terminalu 1

(Visited 581 times, 1 visits today)
Wyprawa Benelux + Paryż: garść praktycznych porad

Powiązane wpisy

1 Comment

  1. Karioka

    Fajną masz pracę:) No i urok osobisty również;) Czytając Twój blog można „popodróżować” razem z Tobą nie ruszając się z domku. Dzięki:)

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close