Prowansja: Opactwo Senanque – najsłynniejszy widok Prowansji

Jaki jest najczęściej powtarzający się w przewodnikach, na pocztówkach i magnesach widok z Prowansji? Opactwo Senanque i kwitnąca przed nim lawenda. Stary klasztor i fioletowe kwiaty stały się celem licznych wycieczek szczególnie w okresie kwitnienia lawendy. Kompleks zbudowany niegdyś w całkowitym odosobnieniu jest dziś wizytówką Prowansji.

Dzień 3, 20.07.2017 część 1/4

Budzi mnie odgłos uderzających za oknem kropli. Tylko nie to… Otwieram okiennice i widzę wszystko wokół skąpane w deszczu. Przecież akurat dziś mamy ruszyć na poszukiwanie pól lawendy! A miało być tak pięknie. Pewnie latem w tym rejonie za wiele nie pada, ale znając nasze szczęście do załamań pogody, tego akurat mogliśmy się spodziewać. Dobrze jednak, że deszcz w miarę ustaje gdy mamy się już pakować do samochodu. Okazuje się, że pada tak naprawdę od połowy nocy. Bez przerwy. Pozostaje nadzieja, że w końcu przestanie i niebo się rozpogodzi.

Mamy farta! Już po kilkunastu minutach chmury się przerzedzają, nieśmiało zaczyna wyglądać zza nich słońce. Oby tak dalej! Trafiamy też na pierwsze lawendowe poletka. Tu jednak niestety nie ma dla nas dobrych wiadomości. Równe rządki są doszczętnie wyczyszczone z kwiatów. Wygląda na to, że żniwa miały tu miejsce już kilka dni temu. Niby w okolicy wciąż unosi się lawendowy zapach, ale tylko to pozostało. Widok jest malowniczy, ale nie tego przecież szukaliśmy. Nadzieja na rozkwitniętą lawendę coraz bardziej maleje…

Widoki jednak nie pozwalają nam na zbyt długie rozmyślanie. Gdy powoli dojeżdżamy do miasteczka Rousillion trafiamy na przepięknie położoną winnicę. Wychodzące zza chmury słońce coraz bardziej oświetla ciepłym, porannym światłem położone za nią zbocze wzgórza, na którym rosną oliwki i cyprysy. Jest tak pięknie, że na dłuższą chwilę przystajemy rozkoszując oczy widokiem. Cisza, spokój, piękny krajobraz. Czy potrzeba czegoś więcej do szczęścia? Tak – lawendy! ;) Później mijamy jeszcze po drodze całe mnóstwo malowniczych winnic. Jest pięknie! I słońce na dobre zagościło na niebie. Ufff…

Dojeżdżamy do Rousillion. Początkowo mieliśmy odpuścić sobie wizytę w tym miasteczku w kolorze ochry, ale będąc w okolicy po prostu szkoda byłoby przejechać obok nawet nie rzuciwszy okiem na te urocze uliczki. Wjeżdżamy na górę, gdzie czeka nas senna atmosfera wciąż niedobudzonego jeszcze miasteczka. Jesteśmy tak wcześnie, że mieszkańcy dopiero zaczynają powoli rozpoczynać swój dzień. Na okolicznych parkingach (wszystkie są płatne – wyposażone w parkometry) jest zupełnie pusto, Francuzi zaczynają dopiero rozkładać niewielki targ z lokalnymi specjałami – widzimy sery, podsuszane wędliny i inne smakołyki. Aż chciałoby się przywieźć trochę tych pyszności do kraju, ale musimy pamiętać, że mamy ze sobą tylko bagaże podręczne.

W Rousillion o tej porze jest zupełnie pusto, ale w związku z jego popularnością podejrzewam, że koło południa robi się tam już naprawdę tłoczno. Nie przekonamy się o tym tym razem – kierujemy się w stronę Gordes i położonego nieopodal opactwa. Dokładniejsze poznanie Rousillion zostawiamy sobie na następny raz.

Zanim zatrzymamy się na chwilę w kolejnej malowniczej miejscowości, jaką jest wspomniane Gordes, coś mi mówi, żeby jechać dalej, prosto do opactwa Senanque. Słuchamy mojej intuicji i mijając kolejne niesamowite widoki z żalem przejeżdżamy bez postoju. A co, jeśli nie trafimy drugi raz w to miejsce? Coś ciągle jednak mi podpowiada, żeby jechać i nie zatrzymywać się. Serpentyną jednokierunkowej drogi (nad sporą, nie robiącą już na nas jednak wrażenia przepaścią) dojeżdżamy na miejsce. Opactwo Senanque, po francusku: Abbaye Notre-Dame de Sénanque. Jedna z najpopularniejszych lawendowych miejscówek uwieczniona chyba na każdej prowansalskiej pocztówce.

Na dość sporym (aczkolwiek jak się później okaże i tak niewystarczającym) parkingu stoi może z osiem aut. Ciszę mącą jedynie śpiewające w cieniu drzew ptaki. I pszczoły. Cała masa pszczół! Lawenda na polach oddalonych od zabudowań całkowicie przekwitła, ale ta tuż pod klasztorem wciąż cieszy oko fioletem. Trochę już przekwita, ale resztki kwiatów nadal ściągają rzesze owadów. Tuż przy ogrodzeniu natrafiamy na kilka osób, ale nikt nikomu nie wchodzi w paradę – można spokojnie robić zdjęcia i rozkoszować się widokiem. Przy kwiatach spędzamy sporo czasu. Naszą uwagę zwraca każdy przelatujący obok owad – poza pszczołami jest tu trochę motyli. Widok jest bajeczny. I zapach. Ten zapach uwodzi!

Nagle moją uwagę zwraca wielki ciemnofioletowy (prawie czarny) owad. Okazuje się, że to także jest pszczoła – zadrzechnia fioletowa. Osiągający imponujące rozmiary (do 4 cm) gatunek samotnicy lubiącej suche stanowiska. Zadrzechnie występowały niegdyś i w Polsce, jednak przez 70 lat nie były nigdzie notowane. Dopiero w 2016 natrafiono na pojedynczy przypadek we Wrocławiu!

Niektórzy obok nas chyba nieco irytują się, że nie mogą wejść pomiędzy lawendę rosnącą przed samym opactwem. No tak. Odgradza ją dość wysoki mur, ale ma to spore plusy. Przecież nie trzeba podchodzić do samych zabudowań, żeby zrobić dobre zdjęcie. Tak to przynajmniej nikt się nie kręci i nie wchodzi w kadr, A selfie? Trudno, w tym miejscu można odpuścić. Jak się chce zdjęcie pośród lawendy, to można skorzystać z kępek rosnących jeszcze przed ogrodzeniem. Jak się później okazuje amatorów takich fotek jest tu cała masa. I nieważne, że w kadrze ma się kilka innych, niekoniecznie pożądanych postaci.

Jako że murek jest jak już wspomniałam dość wysoki, niektóre zdjęcia robię początkowo „na czuja”. W końcu jednak posiłkuję się umieszczonymi tu przez jakiegoś sprytnego jegomościa kamieniami. Te kilka głazów wystarczy do podwyższenia mojego mizernego wzrostu. Poranne światło jest trochę zbyt ostre, ale udaje mi się co nieco uchwycić. Lawenda wygląda dość świeżo i młodo – kilka lat temu wymieniono tu wszystkie sadzonki.

Gdy już karta jest prawie zapełniona, decydujemy się na zwiedzenie opactwa. Wstęp do opactwa Synanque kosztuje: bilet normalny 7,50 EUR, bilet zniżkowy dla osób pomiędzy 18 i 26 rokiem życia – 5 EUR, bilet zniżkowy dla osób pomiędzy 6 a 18 rokiem życia – 3,50 EUR, wstęp darmowy: kapłani, zakonnicy i dzieci w wieku poniżej 6 lat. Można zwiedzać samodzielnie lub też w grupach z przewodnikiem (oprowadzanie trwa godzinę). Więcej szczegółów doczytać można na stronie opactwa. W związku z tym że akurat przegapiliśmy godzinę zwiedzania z przewodnikiem, kupujemy bilety i samodzielnie obchodzimy udostępnione pomieszczenia. Wymagany jest tu skromny ubiór, czyli zasłonięte ramiona i kolana. Nie wszyscy niestety stosują się do zasad. W środku spotykamy wycieczkę – pochłonięta lawendą nawet nie zauważyłam, kiedy przyjechali! Szybko ich jednak wymijamy i po kolei oglądamy poszczególne sale.

Opactwo Senanque ufundowane zostało w XII w. Mnisi dzięki lokalizacji tego miejsca w dolinie oddalonej od cywilizacji mogli pracować w ciszy i spokoju na rzecz swojego zakonu. Niestety ten spokój nie trwał długo, bo po latach rozkwitu opactwa przypadających na XIII i XIV w. nadszedł okres wojen oraz zmniejszonej liczby powołań. Opatcwo trafiło w prywatne ręce, by w końcu powrócić w posiadanie cystersów. Mnisi wciąż produkują tu ziołową nalewkę o ostrym smaku i żółtej barwie – Senancole. Można ją nabyć pośród innych pamiątek i dewocjonaliów w sklepiku przy wyjściu.

Gdy opuszczamy opactwo, na parkingu brakuje już miejsc, a wśród lawendy kręci się mnóstwo osób. Cała masa aut i 6 autokarów – dobrze, że podjechaliśmy tu wcześniej. Spod opactwa udajemy się z powrotem do Gordes. Urocze miasteczko położone na wzgórzu Mont Ventoux także jest celem wielu wycieczek. Tłumy powoli wylegają na ciasne, brukowane uliczki otoczone rzędami domów zbudowanych z piaskowca. W czasie II Wojny Światowej Gordes uległo znacznemu zniszczeniu, jednak kilku artystów w latach 60 XX w. tchnęło w nie nowe życie. Butiki, galerie, restauracje i do tego sielski klimat – czyli wszystko to, czego szukają tu przyjezdni.

Szybki rzut oka na centrum i jedziemy w kierunku punktu widokowego pominiętego wcześniej. Zatrzymujemy się na jakiejś uliczce i wyskakujemy na moment, żeby uwiecznić panoramę. Towarzyszy nam para z Azji – dziewczyna zasuwa w japonkach, ale do zdjęć zakłada różowe szpilki ze wstążką.

Podziwiam jej zacięcie w przerwach podziwiania krajobrazu. Mi chyba by się tak nie chciało ciągle zakładać i zdejmować tych butów. Spod Gordes kierujemy się w kierunku ciekawostki – Village des Borries.

Prowansja: Village des Borries i destylarnia lawendy
Prowansja: Pont du Gard, Awinion i pierwsza lawenda

Powiązane wpisy

Booking.com

15 Comments

  1. Ania

    Uwielbiam takie tereny i takie widoki :) że jeszcze mnie tam nie było hmmmm musze przerwę sobie z Włochami zrobić :) pięknie tam jest

    Odpowiedz
  2. Ula

    Ale się cieszę, że trafiłam na ten wpis! Kiedyś zobaczyłam zdjęcie tego klasztoru i lawendy i pomyślałam „muszę tam pojechać!” – tylko nie wiedziałam, gdzie to jest, bo zdjęcie było niepodpisane. A teraz wiem! Dziękuję!<3

    Odpowiedz
  3. Czarna Skrzynka

    Prowansję mam na liście, ale jeszcze tam nie zawitałem! Po takich wpisach chyba jestem znacznie…bliżej! :)

    Odpowiedz
  4. Czarna Skrzynka

    Nie lubię takich widoków, bo odczuwam…zazdrość! Zwłaszcza w taki dzień, jak dzisiaj! :(

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Wiosna i lato coraz bliżej, trzeba się odpowiednio nastrajać i planować kolejne przygody – może właśnie w Prowansji? ;)

      Odpowiedz
  5. Anonim

    najsłynniejszy ale przede wszystkim – urokliwy❤️

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      I to jak! Szczególnie w porze kwitnienia lawendy :) Ciekawe, jak opactwo będzie się prezentować w lawendowym sezonie za kilka lat – tamtejsze sadzonki zostały wymienione całkiem niedawno, więc wydaje mi się, że pełny potencjał rozkwitu jeszcze przed nimi ;)

      Odpowiedz
  6. Ja byłam wieczorem i było pusto – w szczycie sezonu:) Miejsce piękne, również polecam:)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Jako że na przełomie czerwca i lipca Prowansja przeżywa najazd ludzi spragnionych fioletowych krajobrazów to podejrzewam, że w trakcie kwitnienia lawendy nawet wieczorem Senanque jest oblężone ;) Piękne to mało powiedziane! :D

      Odpowiedz
  7. Monika

    Piękne zdjęcia! Chciałabym zobaczyć na żywo takie pola lawendy, a Prowancję koniecznie muszę kiedyś odwiedzić. Tyle jest pięknych miejsc na świecie, że aż nie wiadomo, gdzie jechać najpierw Już bym chciała wyjechać gdzieś poza kontynent, a przecież u nas, w Europie piękno czycha na każdym rogu:) We Francji byłam tylko w Paryżu, ale już widzę, że jeszcze wiele mam do nadrobienia!

    Pozdrawiam serdecznie!

    Odpowiedz
    1. Monika | Podróżowisko.plMonika | Podróżowisko.pl (Autor posta)

      Święte słowa, tyle w Europie jest miejsc do zobaczenia, że życia zabrakłoby na poznanie ich wszystkich! ;) Ale południe Francji polecam! Jeśli chciałabyś zobaczyć lawendowe pola sięgające aż po horyzont to leć tam pod koniec czerwca, ewentualnie na początku lipca. Później zaczynają się zbiory i urok fioletowych krajobrazów przemija.

      Odpowiedz
  8. Anonim

    Dzięki za odświeżenie pięknych wspomnień z Prowansji

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Jeszcze będzie tu kilka pachnących szczególnie prowansalską lawendą wpisów! ;)

      Odpowiedz
  9. Mrotschny

    Prowansja jest przepiękna! :-) Wasza podróż przypomina naszą z 2014 roku. Sporo punktów wspólnych już odnalazłem w Twoich wpisach ;-) My byliśmy w opactwie w sierpniu, po okre­sie kwit­nie­nia lawen­dy, więc nie załapaliśmy się na pięk­no legen­dar­nych fio­le­to­wych pól :-/ Niemniej jednak opactwo i tak robi wrażenia, warto odwiedzić.

    Na Waszym miejscu żałowałbym natomiast trochę, że nie zatrzymaliście się w Rousillion – to jed­na z naj­pięk­niej­szych miej­sco­wo­ści Fran­cji! Spokojniej niż w Gordes. Polecam następnym razem wraz ze spacerem szlakiem Sen­tiers des Ocres ;-) (Jak coś podeślę linka do mojego wpisu jako dowód, że warto!)

    Czekam na cd, Village des Borries również nam się bardzo podobały! Są niesamowite.

    Pozdrawiam!
    Krzysiek

    Odpowiedz
    1. Monika | Podróżowisko.plMonika | Podróżowisko.pl (Autor posta)

      Miasteczka pozostały na kolejną okazję ;) Ale Rousillion rzeczywiście ma klimat – bardzo chętnie tam jeszcze kiedyś zajrzę! Sen­tiers des Ocres to też Colorado Provencal? Jak tak, to chociaż tyle z tego szlaku widzieliśmy :D

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close