Prowansja: Rezerwat Camargue – flamingi, konie i czarne byki

Kocham lawendę! Od lat marzyłam, żeby zobaczyć słynne prowansalskie pola w pełni lawendowego rozkwitu. Oj jak ja lubię ten zapach… Jednak nigdy nie było jakoś okazji tam się wybrać. Aż w końcu w 2017 roku Wizz Air otworzył trasę pomiędzy Warszawą i Niceą, do tego rzucił garść tańszych biletów na zachętę. Czy mogła trafić się lepsza okazja?

Dzień 1, 18.07.2017

Dzień pełen wrażeń… O dziwo szybko się uwijamy i do Warszawy dojeżdżamy znacznie przed czasem. Mamy nawet chwilę na dokupienie kilku brakujących rzeczy. Zaglądam do sklepu odzieżowego – marzyło mi się przechadzanie pośród lawendowych pól w białej, zwiewnej sukience, ale ceny i krój dostępnych ciuchów szybko rewidują moje marzenia. To co gniecie się właśnie upchnięte kolanem w plecaku w zupełności wystarczy.

Na lotnisku od razu ustawiamy się w gigantycznym ogonku do kontroli bezpieczeństwa. Koszmarnie długo to trwa – są wakacje, wysoki sezon, a czynne są tylko dwa pasy. Gdy już jesteśmy po, okazuje się, że nasz samolot odleci z opóźnieniem, ale jest ono na tyle niewielkie, że praktycznie nie zwracamy na nie uwagi. Mimo wcześniejszego niecierpliwego oczekiwania na ujrzenie Prowansji z powietrza przesypiam prawie cały lot budząc się dopiero w trakcie podchodzenia samolotu do lądowania. Gdzie te czasy, gdy loty sprawiały mi taką frajdę i emocje nie pozwalały zasnąć…

Wypożyczalnia ERZ?!

Gdy już wylądujemy, udajemy się na poszukiwanie naszej wypożyczalni samochodów – jako że poruszanie się po prowansalskich wioskach transportem publicznym wymaga trochę czasu, a my mamy go niewiele, własne 4 koła to jedyna opcja. Wypożyczalnie na lotnisku Cote d’Azur pod Niceą mieszczą się w oddzielnym budynku. Należy wyjść z hali przylotów i iść po znakach przed siebie. Nie da się zgubić. Wchodzimy do klimatyzowanego pomieszczenia i rozglądamy się za naszą wypożyczalnią Dollar. I co? I nie ma! Wszędzie kolejki, więc nawet nie za bardzo jest gdzie dopytać.

W końcu jednak udaje się nam ustalić, że mamy podejść do biura wypożyczalni ERZ. Zaraz, zaraz… jakie erz?! No tak… Olśnienie… Francuzi nie wymawiają przecież „H”. Chodzi o Hertz. Jakimś cudem w międzyczasie tutejsza kolejka znika, obsługiwani jesteśmy od ręki. Przy rezerwacji wybraliśmy sobie niewielkie auto, ale tak jak to zazwyczaj bywa – nie mieliśmy pojęcia, jaki model finalnie otrzymamy. Dostajemy Fiata 500 – autko, którym już od dawna chcieliśmy pojeździć! Podpisujemy dokumenty, odbieramy kluczyki i już jesteśmy w windzie na 2 poziom – tam czekają auta. Nasz samochód jest podobno nowy, bez uszkodzeń. Mhm… zobaczymy.

Odnajdujemy w końcu nasz rządek, a w nim czeka na nas prawie nowiutki, biały Fiacik. Faktycznie nie ma ani jednej rysy, Ogółem wszystkie samochody dookoła są w świetnym stanie. Przypominam sobie te wszystkie nieziemsko poobijane samochody w Paryżu. Czyżby na południu panowała inna kultura jazdy? Szybko zbieramy się i ruszamy w drogę.

Mamy do przejechania całkiem spory kawałek, a na nocleg musimy stawić się najpóźniej o 20:00. Wykonalne, ale trzeba się streszczać. Jedziemy autostradą, więc średnio możemy podziwiać uroki mijanych miejscowości czy krajobrazu. Czasem przejeżdżamy obok jakiejś winnicy, ale lawendowych pól póki co brak. Robimy przerwę na stacji paliw. Tuż przy budynku rośnie sobie lawenda, ale jej stan budzi mój niepokój. Chyba się spóźniliśmy… Kwiaty są zupełnie przekwitnięte – zestarzały się już, zeschły. Osypują się przy najdrobniejszym dotknięciu. A co, jeśli tak wyglądają już moje wymarzone pola? Może się spóźniliśmy, bo zostały dawno ścięte? Na odpowiedź na te pytania musimy niestety poczekać prawie 2 dni.

Docieramy w końcu do Arles. Zjeżdżamy z trasy, by zrobić zakupy – nie mamy śniadań w miejscach, w których będziemy nocować, więc musimy radzić sobie sami. To też dobra chwila na rozprostowanie kości i przekonanie się, że aura nam dopisuje. Jest cudownie – słonecznie, gorąco. Takiego lata brakuje nam tego roku w Polsce.

Z Arles mamy już rzut kamieniem do naszego pierwszego noclegu w Hôtel Restaurant l’Agachon. Dzień zbliża się powoli ku końcowi. Gdy my kierujemy się z miasta w stronę morza, okoliczni mieszkańcy wracają. Setki samochodów utknęły. Korek ma jakieś 7 kilometrów! Przed nami jednak droga jest zupełnie pusta. Docieramy w końcu pod nasz hotel. Jakaś maleńka restauracyjka, odrapana elewacja, żeby zameldować się, musimy iść do baru. Na szczęście idzie się jakoś dogadać po angielsku, czasem używamy rąk, a czasem rzucam jakieś francuskie słówko, które akurat mi się przypomni. Zostawiamy rzeczy i jeszcze przed zachodem słońca ruszamy do Rezerwatu Camargue, w którym to zobaczyć można dzikie konie rasy Camargue oraz… flamingi! Już dawno chciałam zobaczyć te dostojnie ptaki, ale jakoś nigdy nigdzie nie było okazji. Akurat w tym parku przebywa ponoć spore stadkoo. Będąc tak blisko nie możemy przepuścić takiej szansy!

Flamingi w Rezerwacie Camargue

W parku szukamy odpowiedniej drogi. Do wyboru mamy asfaltową trasę, która otacza znajdujące się w środku jezioro Vaccares,oraz szutrową drogę, która wygląda jakby prowadziła do czyjegoś gospodarstwa. Decydujemy się na tę pierwszą – dopiero drugiego dnia okaże się, że nie do końca był to dobry wybór. Jedziemy przed siebie. W jednym miejscu natrafiamy na jednego, samotnego flaminga – stoi w niewielkim oddaleniu od brzegu. Gdzieś musi być stado! Jedziemy dalej. W końcu widzimy coś w oddali. Flamingi! Ptaki w blasku zachodzącego słońca wyciągają się, prostują skrzydła. Niektóre z nich jeszcze brodzą w płytkiej wodzie w poszukiwaniu pokarmu, ale większość szykuje się już do snu. Bajeczny widok! Szkoda tylko, że stado jest tak daleko. W ciągu dnia jest szansa, że przyzwyczajone do ludzi ptaki będą bliżej, nocą jednak potrzebują większego bezpieczeństwa, czyli oddalenia.

Flamingi

Wkoło widać też kaczki, perkozy oraz kilkanaście łabędzi niemych – teren ten jest ornitologicznym rajem. Ponoć występuje tu aż 400 gatunków ptactwa! Siadamy na kamieniach i obserwujemy to pierzaste zgromadzenie. Później jeszcze wypatruję kilka warzęch czyszczących swe pióra gdzieś w wodnych szuwarach. Wreszcie możemy złapać trochę oddech. Podróż w to miejsce trochę trwała, podobnie jak poszukiwania flamingów, ale w końcu dotarliśmy. Możemy nacieszyć oczy pięknym widokiem. Długo jednak spokoju nie mamy. Im niżej jest słońce, tym więcej komarów próbuje dorwać jakąś ofiarę. Kilka osób nad brzegiem zdaje się być idealnym celem, więc musimy uciekać. Przez pośpiech spray na owady został w hotelu…

Rezerwat Camargue (Parc naturel régional de Camargue) to zajmujące 20 000 ha, położone na południe od Arles rozlewisko stworzone przed wody rzeki Rodan. To tylko fragment wydzielony z ogromnej delty Rodanu zajmującej ok. 150 000 ha. To największy w Europie teren bagienny. Rejon ten pozwala na uprawę ryżu, czy pozyskiwanie soli morskiej. Turyści przybywają tu z trzech względów – ptactwa (szczególnie właśnie flamingów), miasteczka Saintes-Maries-de-da-Mer, do którego zgodnie z legendą dopłynęły łodzią trzy Marie (Maria Magdalena, Maria Salome i Maria Jakubowa wraz ze służącą Sarą) uciekające po ukrzyżowaniu Chrystusa z Jerozolimy oraz konie rasy Camargue i słynne czarne byki, które wywożone są później na korridy do innych francuskich lub hiszpańskich miast. Część korrid jest niestety tradycyjna, ale niektóre są bezkrwawe – walczy się wtedy o kokardę zaczepioną na byku.

Winny szocik na raz

Wracamy do hotelu. Słońce prawie już zaszło, robi się szarawo. Na drodze zupełne pustki, mamy ją całą dla siebie. Spieszyć się nie musimy, więc na parking wjeżdżamy, gdy jest już po zmroku. W końcu możemy przepakować na spokojnie rzeczy, zrelaksować się. I przyjrzeć się naszemu pokojowi. Hotel z zewnątrz wygląda tak sobie, ale w środku źle nie jest. Robactwa nie widać, w oknie jest przymocowana moskitiera. Jest dobrze. Tylko lepiej nie wyglądać za okno, bo mamy widok na fragment budynku i dach noszący liczne ślady obecności jaskółek, które tuż obok wybudowały sobie dziesiątki gniazd. Zapach też jest dość specyficzny, okno jednak lepiej zamknąć. Rozpakowani, możemy odpocząć. To dobry moment na posmakowanie prowansalskiego wina – w trakcie zakupów znaleźliśmy ciekawostkę, czyli wino na raz – niewielkie, plastikowe kubeczki.

Z rana ruszamy w dalszą trasę. Zanim dotrzemy na lawendowe pola, czeka nas jeszcze wizyta w kilku miasteczkach. Mieliśmy skupić się na krajobrazach, ale aż żal nie zajrzeć do kilku miejsc będąc tak blisko.

Prowansja: "Martwe wody" i atrakcje Arles
Amiens czyli ekspresowe zwiedzanie w trakcie podróży służbowej

Powiązane wpisy

Booking.com

13 Comments

  1. Zofia | Podróże po kulturze

    Camargue to moje marzenie od lat. Może od zawsze. Muszę się tam kiedyś wybrać. Czy do Camargue da się dojechać transportem publicznym?

    Odpowiedz
  2. Karolina

    To zdjęcie tych flamingów jest po prostu bajeczne! Nie mogę się na nie napatrzeć! Nigdy nie marzyłam o Prowansji, ale tym jednym zdjęciem mnie przekonałaś do niej!!

    Odpowiedz
    1. Monika | Podróżowisko.plMonika | Podróżowisko.pl (Autor posta)

      Poczekaj na lawendowe pola! :D

      Odpowiedz
  3. karolina

    Wiele bym dała, żeby zobaczyć te flamingi o wschodzie lub zachodzie słońca, to musi być niesamowity widok!
    Zwłaszcza dlatego, bo jestem największą fanką flamingów ;)

    Odpowiedz
    1. Monika | Podróżowisko.plMonika | Podróżowisko.pl (Autor posta)

      Widok jest bajeczny! Gdyby nie komary, mogłabym tak siedzieć i patrzeć na to stadko bez końca ;)

      Odpowiedz
  4. traveLover

    Prowansja kojarzy mi się z zapachem lawendy… Ale tymi flamingami narobiłaś mi ochoty na nią! :) Dawno nie byłam we Francji..

    Odpowiedz
    1. Monika | Podróżowisko.plMonika | Podróżowisko.pl (Autor posta)

      Oj pachniało tą lawendą, pachniało ;) Tylko nie od razu, lawendę poczuliśmy dopiero w trakcie kolejnych dni. A flamingi – to był naprawdę niesamowity widok. Szkoda, że nie były bliżej brzegu, ale i tak możliwość podglądania tych majestatycznych ptaków była przeżyciem wartym całej pokonanej drogi.

      Odpowiedz
  5. Kamil

    Niesamowite miejsce. W życiu bym nie powiedział, że to Europa

    Odpowiedz
    1. Monika | Podróżowisko.plMonika | Podróżowisko.pl (Autor posta)

      A jednak! :) Prowansja to dla mnie mieszanka Francji, Włoch i Hiszpanii.

      Odpowiedz
  6. An Ja

    Dzięki za post, już wiem, że koniecznie muszę zobaczyć tą część Francji. Widok brodzących flamingów o zachodzie słońca to moje marzenie. Pozdrawiam serdecznie!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Jakby coś, to flamingi można zobaczyć też bodajże m.in. na Cyprze, w okolicach hiszpańskiego Alicante, na Krecie i na Sycylii ;)

      Odpowiedz
      1. An Ja

        Można jeszcze na Sardynii, na jej zachodnim wybrzeżu :)

        Odpowiedz
        1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

          O sardyńskich flamingach jeszcze nie słyszałam – dobrze wiedzieć!

          Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close