Prowansja: Welcome to Saint-Tropez!

Gdy stajemy przed dylematem: ścinać trasę i zobaczyć mniej czy przekroczyć znacznie limit kilometrów z wypożyczalni, ale rozkoszować oczy pięknymi krajobrazami, wybór jest jeden. Od zwiedzania Nicei, Cannes czy innych miast w okolicy naszego ostatniego w trakcie tego wyjazdu noclegu zdecydowanie wolimy napawać się lawendowymi krajobrazami okolic Valensole. Nie oznacza to jednak, że zupełnie rezygnujemy z “cywilizacji”. Pamiętasz hit którychś poprzednich wakacji “Welcome to Saint-Tropez”? Poczuliśmy nieco ten klimat. 

Dzień 4, 21.07.2017

Duszny, trochę zatęchły pokoik, okno bez szans na uchylenie, bo z zewnątrz lecą natychmiast komary i inne latające potwory, łóżko jak deska… Ta noc nie należy do udanych. Usypiam dopiero po wielu godzinach przekręcania się z boku na bok. Rano budzę się z głową w miejscu nóg… Wstaję w stanie ledwo wskazującym na zdatność do użycia, jednak piękna pogoda natychmiast mnie otrzeźwia. Nie do końca mamy plan na ten dzień – możemy trzymać się pierwotnej wersji i jak najbardziej ścinać kilometry, albo ruszyć jeszcze na poszukiwanie lawendowych pól znacznie przekraczając limit kilometrów. Decydujemy się na opcję drugą. Wracamy w okolice Valensole. Po wczorajszym dniu wciąż czuję niedosyt, pragnę zobaczyć te ogromne pola sięgające po horyzont! Poprzedniego dnia było pięknie, ale wciąż mam apetyt na więcej.

Ruszamy z samego rana. Już po drodze czekają nas niesamowite widoki – przejeżdżamy w końcu przez kanion Verdon. Kolor rzeki oszałamia.

Okolice Puimoisson

Trasa przez góry zajmuje nam sporo czasu, jednak w końcu w okolicy miejscowości Puimoisson trafiamy na pierwsze poletka lawendy. Wciąż nie jest to widok, na który liczyłam, ale i tak jest pięknie. Tuż obok znajduje się kolejne spore pole. Lawenda mimo tego, że leży obok siebie tak blisko, znacząco się różni. Na pierwszym poletku jest w znacznym stopniu przekwitnięta, natomiast na drugim – rośliny w pełni kwitnienia ściągają tysiące owadów! Znów możemy przyjrzeć się ogromnej, czarnej pszczole zwanej zadrzechnią fioletową. Gatunek, który prawie u nas wyginął (ostatnimi czasy pojawił się ponownie w okolicach Wrocławia), tu ma się bardzo dobrze.

Odjeżdżamy stamtąd i dosłownie po chwili trafiamy na gigantyczne fioletowe pole. Nie widać jego końca – sięga po horyzont! Widać, że jest już dość wiekowe – sadzonki lawendy (a może lawandyny?) solidnie się rozrosły i przepięknie kwitną. Co prawda jest pomiędzy nimi trochę chwastów, ale widok i tak jest bajeczny.

Po chwili zatrzymuje się przy tym polu autokar z wycieczką starszych ludzi. Wszyscy wysypują się z niego i robią zdjęcia na brzegu. A to błąd! Rośliny posadzone zostały równolegle do drogi, więc warto odejść kawałek prostopadle do niej. Dopiero wtedy można rozkoszować się w pełni tym lawendowym krajobrazem.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie weszła pomiędzy rośliny. Spędzamy tu dłuższą chwilę, ale dopiero na koniec orientuję się, jaka robota mnie czeka. Wspominałam już, że lawenda jest zachwaszczona? Pośród kwiatów przeważa głównie przytulia czepna. Jako że właśnie owocuje, mam dosłownie wszędzie wczepione rzepy. W efekcie mam podrapane nogi i czeka mnie 20 min. skubania się. Ale i tak było warto!

Okazuje się, że wreszcie trafiamy do lawendowego zagłębia. Ogromna część pól jest już skoszona, ale trafiamy na kilka ciekawych miejscówek. Gdzieniegdzie możemy też zobaczyć wielkie pola słoneczników, a pomiędzy nimi nieśmiało kwitnące liche krzaczki lawendy. W sumie to genialny pomysł – młode sadzonki lawendy nie zapewnią wystarczającego zysku, więc na pieniądze dla rolnika pracuje słonecznik. W międzyczasie sadzonki lawendy pomiędzy słonecznikami ukorzeniają się, rozrastają. W kolejnych latach nie będzie już konieczny wysiew słonecznika.

Gdy tak jeździmy po okolicy Valensole, wciąż i wciąż widzimy gdzieś przed sobą charakterystyczne pasy lawendy. Niestety już ścięte. Jednak nawet ten widok robi wrażenie. Gdzieniegdzie trafiamy na jakieś poletko, na którym kwiaty są już kompletnie zasuszone. Lada chwila rolnik wjedzie tu ze swoim sprzętem do żniw. Wciąż czuć w powietrzu intensywny lawendowy aromat.

Okolice Riez

Za miastem Riez trafiamy jeszcze na kilka lawendowych poletek w pełni rozkwitu – przy jednym z nich zrobiliśmy nawet sesję zdjęciową naszego auta. Aż żal wyjeżdżać z tego regionu. Spóźniliśmy się trochę z terminem wyjazdu, przez co największych lawendowych pól w pełni rozkwitu nie zobaczyliśmy, jednak spełniło się moje marzenie. Od wielu lat chciałam zobaczyć rozkwitniętą Prowansję i to się udało. Bo czy nie warto było móc nacieszyć oczy takimi widokami?

Nasza wizyta pośród lawendowych pól dobiega końca. Ponownie kierujemy się w stronę rzeki Verdon by dojechać finalnie do Saint-Tropez. Trafiamy do miejsca, w którym można wypożyczyć kajaki i popływać. Tym razem jednak odpuszczamy.

Welcome to Saint-Tropez!

W Sanit Tropez ruch jak na targu. Wszystkie parkingi uliczne są szczelnie wypełnione, nawet szpilki się nie wciśnie. Pozostaje nam poszukanie czegoś nieco dalej od centrum, ale tam wcale nie jest lepiej. Trafiamy w końcu na jakiś parking podziemny znajdujący się pod budynkiem z tyłu Place des Lices (na mapie w lewym dolnym rogu). Za nieco ponad 2 godz. postoju musimy zapłacić 7 euro… Ale w sumie wszędzie stawki są podobne. Kręcimy się wąskimi uliczkami najwięcej czasu spędzając w porcie. Patrząc na te wszystkie jachty tonące w luksusie uświadamiam sobie, że pewnie przez całe życie nie zarobię tyle, ile wart jest jeden taki stateczek. Trudno jednak. Mam inne priorytety.

W jednej z nabrzeżnych knajpek zatrzymujemy się na obiad. Co prawda w Prowansji pora obiadowa trwa do 14:00 i po tej godzinie trudno dostać coś treściwego do jedzenia, ale w miejscach turystycznych odstępuje się od tej zasady. Ciężko jest nam zdecydować się na jeden lokal, więc obchodzimy wszystkie bary i restauracje w porcie. Siadamy w końcu w Ristorante Italiano Vecchio Porto, gdzie zamawiamy smażone śródziemnomorskie szprotki i tagliatelle z małżami i krewetkami. W lokalu zostawiamy niebagatelną sumę 40 EUR (napiwki wliczone), ale gdy otrzymujemy dania, szczęka mi opada. Może szprotki wielkiego wrażenia nie robią, chociaż okazują się być bardzo smaczne, ale gigantyczna porcja makaronu z owocami morza wywołuje szok. Nie mam szans, obiad mnie przerasta. Spodziewałam się, że wśród wstążek pasty znajdę kilka małży i może ze 2 krewetki, ale ilość dodatków jest naprawdę zadowalająca.

Chwilę siedzimy w przyjemnym cieniu i obserwujemy spacerujących nabrzeżem ludzi. Może wśród nich walczy o anonimowość jakaś gwiazda filmowa? Nikogo jednak nie zauważamy. Ponoć w tym czasie gdzieś na jachcie na morzu bawi się Leonardo di Caprio, ale przecież nie dla sław tu przyjechaliśmy. Po niektórych jednak widać, że z ciekawością przyglądają się twarzom wszystkich mijanych osób, szczególnie tych w kapeluszach i dużych, skrywających pół twarzy okularach przeciwsłonecznych.

Niby wcześniej zapowiadało się na porządną burzę, ale chmury przeszły dalej, przez co znów przypiekać nas będzie niemiłosiernie słońce. Nie przeszkadza to nam, wręcz łakniemy ciepła i promieni słonecznych, bo lato u nas w kraju nie rozpieszcza… Gdy obiad już się trochę uleży, kręcimy się jeszcze chwilę po porcie i wracamy do samochodu. Ogromne wycieczkowce i kapiące złotem i luksusem jachty robią wrażenie, ale to nie nasz klimat. W parku nieopodal starsi ludzie grają w bule lub szachy, młodzi dokazują – możliwość przyjrzenia się ich spokojnemu życiu bardziej nas interesuje.

W drodze do parkingu przypadkiem trafiamy na budynek żandarmerii. Ko nie kojarzy charakterystycznego sierżanta Cruchota, w którego wcielił się Louis de Funes w filmie Żandarm z Saint-Tropez? Właśnie tutaj rozgrywały się te sceny. Zmarły w 1983 roku aktor przez wiele pokoleń zostanie zapamiętany jako sympatyczny żandarm. Nie przepadam za francuskim kinem, ale akurat Żandarma oglądałam zawsze z przyjemnością.

Wyjazd z Saint-Tropez to jeden wielki koszmar. Utykamy w tak gigantycznym korku, że na piechotę poruszalibyśmy się szybciej. Prawdopodobnie błędnie wybieramy trasę wybrzeżem – korek w mniejszym bądź większym stopniu ciągnie się przez wiele kilometrów… Zapomnieliśmy, że tego wieczoru w Cannes i Nicei odbywają się różne imprezy związane ze świętowaniem odzyskania przez Francję niepodległości, więc wszyscy pewnie suną właśnie tam. Zniecierpliwieni tempem jazdy zatrzymujemy się na chwilę przy jednej z plaż. Do tej pory nie mieliśmy czasu rzucić okiem na morze, więc mamy wreszcie szansę, żeby chociaż zamoczyć nogi. Powoli zachodzi słońce, na plaży poza nami są dwie starsze kobiety bacznie nas obserwujące i kilka nastolatek, które schowane za skałami urządzają sobie mini piknik.

Na dobre utykamy w Cannes. W planach mieliśmy wizytę pod Pałacem Festiwalowym – chciałam po raz kolejny (po 18 latach!) zajrzeć do alei sław, ale korek szybko rewiduje nasze plany. Pałac jest otoczony ogrodzeniami, nie ma możliwości podjechać w jego najbliższe sąsiedztwo. Wszystkie parkingi są szczelnie pozapychane, włącznie z tymi podziemnymi. Kierowcy dwoją się i troją, żeby zaparkować jak najbliżej, ale powoduje to tylko większą frustrację i nerwowość. Wałęsający się wszędzie spacerowicze, sznury samochodów, żołnierze chodzący czwórkami z długą bronią… Rok i tydzień wcześniej w Nicei w trakcie obchodów święta niepodległości miał miejsce jeden z bardziej krwawych zamachów terrorystycznych. Jak widać, wpłynął on na życie Francuzów nieodwracalnie. Nie chcemy w tym uczestniczyć. Nie w tym tłumie i nerwówce. Gdy tylko nadarza się okazja zawracamy i próbujemy uciec jak najdalej od centrum.

Nie dość, że nie chcemy przepychać się w tłumie ludzi, to jeszcze kończy się nam czas. Przed 22:00 powinniśmy stawić się na nocleg, a czeka nas jeszcze kawałek drogi na północ. W drzwiach naszej kwatery stawiamy się dokładnie o 21:59. Przesympatyczna właścicielka kręci się po domu, ale jak tylko nas zauważa, natychmiast przychodzi się przywitać. Miejsce jest niesamowite! O mały włos – przez Booking – stracilibyśmy okazję spędzenia tu nocy. A dlaczego przez Booking? Pomimo podania danych ważnej karty kredytowej, system portalu anulował nam w ostatniej chwili rezerwację. Na nic zdał się kontakt z serwisem. Nie za bardzo się nami przejęli…

Na szczęście właściciela La Maison Bleue bardzo dobrze posługuje się angielskim, więc bez większego problemu udaje się nam utrzymać rezerwację w tej samej cenie. Jak pomyślę, że na 2-3 dni przed przyjazdem mielibyśmy szukać tu w okolicy noclegu, to ciarki mnie przechodzą na myśl o cenie zakwaterowania. Z ciekawości sprawdzam to chwilę później – kwoty są kosmiczne!

Poza właścicielką, na miejscu jest też kot. Ciekaw jest nowych przybyszów i naszego auta. Z rana możemy zaobserwować ślady jego łapek na całym samochodzie… Gdy tak rozmawiamy z naszą gospodynią, niebo nad Cannes rozświetlają fajerwerki. To dlatego Pałac Festiwalowy został odgrodzony – przygotowywano się do nocnego spektaklu. Widzimy to wszystko z góry. Niby gospodyni twierdzi, że mogliśmy tam zostać i przyjechać później, ale nie żałujemy. Wolimy to obserwować z dala od tłumów. Siedzimy jeszcze chwilę wysłuchując symfonii świerszczy i wpatrując się w oddalone światła Nicei. W końcu jednak trzeba się położyć. Śpię jak dziecko – właścicielka Le Maison Bleue potrafi stworzyć wyjątkową atmosferę sprzyjającą odpoczynkowi.

Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych części relacji!

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

6 Thoughts to “Prowansja: Welcome to Saint-Tropez!”

  1. Aneta Jokisz

    Ja już jestem zakochana w polu że słonecznikami i lawendą :)

    1. Monika | Podróżowisko.pl Monika | Podróżowisko.pl

      Polecam zobaczyć to na własne oczy – to dopiero jest magia! ;)

  2. O matko! Ależ ta lawenda i słoneczniki są piękne! :) Wspomnienia wróciły, jako 19latka jeździłam stopem po Lazurowym Wybrzeżu mając na miesiąc 200 euro w kieszeni :)

    1. Monika | Podróżowisko.pl Monika | Podróżowisko.pl

      Eee to wcale nie takie odległe te wspomnienia są ;)

  3. Pola lawendowe zwalają z nóg. Fajny wpis, dużo przydatnych spostrzeżeń.

    1. Monika | Podróżowisko.pl Monika | Podróżowisko.pl

      W poprzedniej części relacji można zobaczyć jeszcze więcej widoków oraz znaleźć nieco informacji praktycznych o tym kiedy i gdzie szukać lawendy :)

Leave a Comment