Kreta: Jaskinie w Matali


Dzień 4, 02.07.2016 cz. 3/3

Po kilkunastu kilometrach byliśmy juz w Matali, która słynie z niezwykłych jaskiń wydrążonych w skale górującej tuż nad plażą. Skała łatwo ulega erozji wietrznej – gdy tam chodziliśmy ciągle zawiewało nam w twarze pyłem i piaskiem. Sama plaża jednak jest mało interesująca – małe, drobne kamyczki nie zachęcają do spacerowania brzegiem. Niby wygładzone przez morskie fale, ale niezbyt przyjemnie chodziło się po nich na boso. Delikatnego piasku tam nie odnotowałam. Kreta ma wiele piękniejszych plaż do zaoferowania, co nie znaczy jednak, że w Matali jest pusto.

Przed przybyciem do Matali wyczytałam w Internecie, że wstęp do jaskiń jest bezpłatny. Guzik prawda. Grecy zwęszyli możliwość zarobku na tej niecodziennej atrakcji – dorosła osoba płaci 2 euro za wstęp. Bilet ulgowy to koszt wynoszący 1 euro, natomiast wszyscy poniżej 18 roku życia wchodzą tam za darmo. Na własne ryzyko. Teren został ogrodzony, postawiono budkę biletową, w której siedziało dwoje Greków. Niektórzy płacący – m.in. my – nie dostawali biletów. Mam podejrzenia, że pieniądze mogły iść do kieszeni znudzonych bileterów…

kreta-2016-dzien-4-matala-56

Jaskinie w Matali powstały w epoce neolitu. W I oraz w II w. n.e. służyły do chowania zmarłych pełniąc rolę katakumb. Jedna z grot nosi nazwę „Brutospeliana”, ponieważ według tamtejszej legendy, odwiedzana była często Brutusa – wojskowego dowódcę. W latach 60 ubiegłego wieku było to ulubione miejsce spotkań hipisów z całego świata. Ponoć przebywał w tych jaskiniach sam Bob Dylan.

W jaskiniach zobaczyć można wydrążone w skale ławy oraz przejście pomiędzy pomieszczeniami. Poruszając się pomiędzy poszczególnymi poziomami jaskiń (naliczyliśmy ich co najmniej 5), warto uważać. Trzeba tam wspinać się po skale, gdzieniegdzie wyżłobione zostały zatarte już przez czas stopnie. Chętnych jednak na eksplorację grot nie brakuje. Niektórzy skaczą między nimi jak kozice. Na skałach brak jakichkolwiek zdobień, ale jest to na pewno interesujące miejsce, które warto uwzględnić w swojej podróży po wyspie.

Z jaskiń roztacza się ładny widok na plażę i miasteczko. kreta-2016-dzien-4-matala-49

Na plaży dłużej się nie zatrzymaliśmy. Chcieliśmy zobaczyć jeszcze ruiny niedaleko położonej starożytnej Gortyny, jednak chyba coś przegapiliśmy. Miały się one znajdować gdzieś po drodze w kierunku Heraklionu, jednak poza kilkoma znakami niewiele mającymi wspólnego ze starożytnym miastem, nic innego nie zauważyliśmy. Początkowy plan przewidywał jeszcze zobaczenie tego dnia najsłynniejszego kreteńskiego pałacu w Knossos, ale to miejsce postanowiliśmy przełożyć na następny dzień. Podjechaliśmy tam jedynie po to, żeby zobaczyć, jak długa trasa czeka nas nazajutrz.

Dobrze, że to zwiedzanie przełożyliśmy – po przyjeździe okazało się, że musielibyśmy naprawdę zrobić to po łebkach, bo czas nas gonił. Zbliżała się pora zamknięcia obiektu, poza tym trzeba było kierować się na lotnisko. Na ogromnym parkingu pod największą atrakcją Krety sprzątnęliśmy nieco samochód i pojechaliśmy do Heraklionu.

Udaliśmy się do hotelu, w którym zostawiliśmy bagaże i następnie ruszyliśmy w kierunku lotniska. Gdy dojechaliśmy do wypożyczalni, w biurze nikogo teoretycznie nie było, więc zostawiliśmy auto i zaczęliśmy się rozglądać za jakimś pracownikiem. Wystraszyłam się nieco, że może pomyliły mi się godziny zwrotu auta, ale okazało się, że pomieszczenie było jednak otwarte, a pracownik Goldcar był na zapleczu. Szybko rzucił okiem na umowę, zabrał kluczki i wyjaśnił, że dostaniemy zwrot za niewykorzystane paliwo. I o to nam chodziło. Szybko i konkretnie. Niestety jak się później okazało, zwrot ten nie do końca pokrył nasz wkład. Za udostępnienie auta z pełnym bakiem zapłaciliśmy jakieś 80 euro. Z powrotem dostaliśmy – przy praktycznie pełnym baku – jakieś 40. Pierwszy raz braliśmy auto na zasadzie „pełny-pusty”… Następnym razem poszukamy opcji „pełny-pełny”. Po oddaniu auta z powrotem udaliśmy się pieszo – w końcu mieliśmy do pokonania raptem niecałe 2,5 kilometra. I to na dodatek z górki.

Gdy już się rozgościliśmy w naszym pokoju, poprzebieraliśmy w wyjazdowe piżamy, ktoś zapukał do drzwi. Okazało się, że to recepcjonistka przyniosła nam w ramach drinka powitalnego całą butelkę retziny :) Jako że często rezerwujemy noclegi na booking.com, mamy dodatkowe zniżki czy udogodnienia. A to darmowy parking, a to Internet. Ale jeszcze nigdy w cenie nie było drinka. I to w takiej ilości. Póki retzina była jeszcze schłodzona, postanowiliśmy ją otworzyć i wypić toast za udany wyjazd. Pite do tej pory retziny były bardzo dobre, jednak ta… była obrzydliwa. Smakowała… hmm… wytrawną żywicą. Bleee… Wypiliśmy po łyku, a reszta wylądowała w umywalce. Po tym doświadczeniu wcale się nie dziwię, że wiele osób nie lubi tego trunku. Wystarczy raz trafić na to paskudztwo, a już nigdy więcej nie spróbuje się innej. Ja jednak polecam retzinę malamatinę w zielonej butelce z żółtą etykietą – smakuje dobrze i porządnie orzeźwia.

Gdy już się kładliśmy, okazało się, że uśnięcie nie będzie takie proste. Nasz hotel znajdował się jakieś 3 km o lotniska, przez co co chwila słyszeliśmy nad dachem niesamowity huk silników startujących samolotów. Po jakimś czasie jednak wpadliśmy w objęcia Morfeusza. Trzeba było odpocząć nieco przed ostatnim dniem na wyspie.

Kreta: W labiryncie Knossos
Kreta: Minojskie pałace

Powiązane wpisy

1 Comment

  1. chaos.w.podrozy

    W Matali nie dość, że płaciliśmy to jeszcze kasjer był tak nieprzyjemny, że miałam ochotę spakować portfel i odejść. Jednak widoki warte zobaczenia i sama plaża tez malownicza, choć faktycznie niezbyt duża. O wiele ładniejsza, większa i niemal pusta jest po drugiej stronie skał.

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close