Santorini: Słowem wstępu…


Dzień 1: 5.02.2016

A tak się zarzekałam po majowym wyjeździe, że Grecji mam na razie dość i nie planuję do niej wracać w najbliższym czasie… Kontynentalna część tego kraju mnie jakoś specjalnie nie zachwyciła. Ale jak to bywa: nigdy nie mów nigdy. Jakiś czas temu dopadł mnie syndrom braku podróży i niemiłosiernej chęci wyrwania się gdzieś od tej otaczającej nas szarej, pseudo- zimowej aury. Zaczęłam węszyć ;) Warunki były aż cztery – niska cena lotu, termin okołoweekendowy coby nie marnować za dużo urlopu, możliwie jak najszybszy i miejsce, gdzie jest chociaż trochę cieplej niż u nas.

Przypadkiem padło na Santorini. Naczytałam się, że pod koniec stycznia zaczynają kwitnąć tam kwiaty, więc trzeba było to zobaczyć. Wyspa ta marzyła mi się od dawna, ale jako że najtańsze bilety jakie trafiałam wcześniej kosztowały min. 500-600zł, to marzenie odłożyłam na wysoką półkę. Trochę zdążyło się przykurzyć, bo nieco o nim zapomniałam. A tu nagle widzę, że bilety na weekend w lutym są w świetnej cenie! Nie zastanawialiśmy się zbyt długo i po chwili byliśmy posiadaczami dwóch rezerwacji na odcinek Warszawa Modlin – Ateny i Ateny – Santorini. Obecnie nie ma niestety bezpośrednich lotów na Santorini, więc trzeba się liczyć z przesiadką w greckiej stolicy. Nas czekała przesiadka z nocowaniem na lotnisku w Atenach, ale czego to się nie robi, żeby tylko spełnić swoje dawne, ale wciąż aktualne marzenie.

Przed tym wyjazdem – jak nigdy – wiele rzeczy zostawiliśmy na ostatnią chwilę… Dopakowywanie się, zakupy, rezerwacja parkingu, rezerwacja auta na Santorini, wyrobienie karty EKUZ… Z organizacją wyjazdu byliśmy w lesie. Jakoś przy wszystkich wydarzeniach ostatnich dni przestało do mnie docierać, że w weekend 5-8.02 mamy lecieć na Santorini. Zresztą… wyjazd o mały włos nie doszedłby do skutku. Jednak na szczęście nie musieliśmy zrezygnować z tej upragnionej wyprawy. O godz. 12:30 „wyszłam” z pracy (czasem dobrze popracować w domu :)) i można było godzinę później ruszyć w drogę. Po załatwieniu wszystkiego, co nadawało się do załatwienia w domu, udaliśmy się do wojewódzkiego oddziału NFZ w Warszawie po ostatnią brakującą składową wyjazdu. Kartę EKUZ. Niegdyś nie korzystaliśmy na wyjazdach z tej karty, czy z jakiegokolwiek ubezpieczenia, ale obecnie wychodzimy z założenia, że nie ma co ryzykować i kartę na podróże po Europie zabieramy ze sobą zawsze. Jej wyrobienie nie wiąże się z żadnym kosztem, więc na pewno nie zaszkodzi. A nigdy nie wiadomo, kiedy się przyda. Tak samo z ubezpieczeniem – zawsze już wykupujemy je na podróże poza stary kontynent.

Naiwnie wierzyliśmy, że skoro w województwie mazowieckim ferie są w trakcie (kto miał zorganizować wyjazd to już to raczej zrobił), to w oddziale NFZ w Warszawie będzie luźno. Oj jak się pomyliliśmy… W siedzibie Narodowego Funduszu Zdrowia było czarno od ludzi. Tłumy! Ale na szczęście obsługa szła sprawnie i w miarę szybko udało się wyrobić karty. Potem został już tylko dojazd do Modlina. Na miejscu okazało się, że spieszyć się za specjalnie nie musieliśmy – w związku z opóźnieniem w Atenach, nasz samolot opóźnił się i w Modlinie, więc czekaliśmy wraz z tłumem innych pasażerów. Lot finalnie opóźnił się tylko pół godziny, do Aten dolecieliśmy parę minut po planowanym czasie, jakoś po 21:00 (22:00 czasu greckiego). Chociaż raz nie słuchaliśmy fanfarów, jaki to Ryanair jest punktualny :) Czy tylko mnie one tak irytują?

Czekała nas noc na lotnisku – lot na Santorini planowany był na 7:00 rano, więc średnio opłacało się nam jechać do centrum miasta, szukać hotelu i wstawać koło 3:00 nad ranem, skoro w okolicach 5-6:00 musieliśmy być z powrotem na lotnisku.

I tak oto pozwiedzaliśmy terminal nieco dokładniej szukając odpowiedniego miejsca na spędzenie nocy. W trakcie podróży majowej do Grecji również nocowaliśmy w tym miejscu, tyle że w hali przylotów. Było wtedy ciepło i przyjemnie, więc bliskość ciągle otwierających się drzwi nam nie przeszkadzała. Tym razem jednak Ateny przywitały nas kilkoma stopniami na plusie i lejącym deszczem, więc postanowiliśmy się ewakuować jak najdalej od jakiegokolwiek wejścia. Wylądowaliśmy początkowo w hali odlotów, w kąciku Samsunga znajdującym się tuż przy odprawie paszportowej. Wygodniejsze (względnie) krzesła, możliwość skorzystania z Internetu, ładowarka do telefonów i gniazdka. Czego chcieć więcej, gdy nie można spać w nocy, a na lotnisku nie ma co robić? Niestety po pewnym czasie siedzący obok mężczyzna postanowił sobie uciąć ze mną pogawędkę. Jako że był podejrzany (teksty o tym, że jest ścigany, że ktoś chce go zabić, że musiał uciekać z Francji przez kilka krajów, aż wreszcie wylądował w Grecji…), skutecznie zniechęciły mnie do jakiejkolwiek dalszej rozmowy. Czekałam tylko na moment, żeby się stamtąd jak najszybciej zmyć. Jako że wspomniał wcześniej, że ludzie śpią na tym lotnisku w McDonaldzie znajdującym się na najwyższym piętrze tam też się udaliśmy. Było już dobrze po 1:00 w nocy, więc jakaś drzemka by się przydała. Szczególnie jak najdalej od tego pana. Ruszyliśmy więc na rekonesans. Faktycznie, żeby posiedzieć w Macu nie trzeba niczego kupować. Ludzie zajmują kanapy i idą najzwyczajniej spać w pozycji leżącej. Pościągane buty, twarze poprzykrywane kurtkami, kocami i czym się tylko da, żeby tylko światło nie raziło. Przesiedzieliśmy w tym miejscu do rana. Zawsze wygodniej. Tylko w McDonaldzie jest dużo chłodniej niż w kąciku Samsunga i do tego gra głośna muzyka (przydają się zatyczki do uszu). Ale przynajmniej nikt nie przegania śpiących. Udało nam się nieco zdrzemnąć, ale i tak większą część nocy przesiedzieliśmy. Dobrze, że był Internet. Albo na lotnisku w Atenach dokonała się zmiana, albo w zależności od miejsca różnie można z niego korzystać. Gdy byliśmy w Grecji w maju i nocowaliśmy w hali przylotów, Internet dostępny był tylko przez godzinę. Kolejne próby połączenia kończyły się fiaskiem. Gdy zaś siedzieliśmy w McDonaldzie łączenie się z siecią ATH Free nie sprawiało większych problemów. Jedyną niedogodnością była konieczność logowania się do sieci co 45 min. Dobrze, że ktoś o tym pomyślał – przynajmniej mogliśmy zaplanować nieco dokładniej naszą trasę na wyspie. Nocne planowanie skutkowało mniej więcej takim planem:

Santorini trasa

Gdy już znudziło się nam siedzenie, zjedliśmy w McDonaldzie szybkie śniadanie (marzyłam o czymś ciepłym, bo trochę jednak było tam za zimno) i udaliśmy się na poszukiwanie bramki. A później… 50 min. i byliśmy na Santorini. Na pierwszy dzień zorganizowany mieliśmy niezależny transport po południu wyspy – wynajęliśmy auto, maleńkiego Nissana Micrę. Jeden dzień wynajmu takiego auta to koszt ok. 25 euro przy rezerwacji na ostatnią chwilę.

Dzień zapowiadał się ciekawie.

CDN.

Santorini: Wykopaliska w Akrotiri
Grecja 2015: Dziennik z podróży

Powiązane wpisy

8 Comments

  1. Anula

    A jak płaciliście za samochodzik? Kartą kredytową?? My na Santorini lecimy we wrześniu.
    Wczytuję się w każdą informację ;)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Za wypożyczenie płaciliśmy kartą, ale za dodatkowy dzień wynajmu, którego we wcześniejszych planach nie było, dopłaciliśmy gotówką. Wrzesień to ponoć super pora na Santorini – tłumy mniejsze, a pogoda wciąż bajeczna :)

      Odpowiedz
  2. Elitravelbug

    Ahh to piekne Santorini.. <3

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Najpiękniejsze!!! <3 Nie ma drugiej takiej wyspy :)

      Odpowiedz
  3. Magnes z podróży

    Fajnego towarzysza miałaś do pogawędek ;-) Czekam za dalszą relacją i zdjęciami :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Brrr… później jeszcze raz go spotkaliśmy, w drodze powrotnej z Santorini. Na szczęście nas nie widział ;) Chwilowo na dalszą część trzeba będzie poczekać, bo jutro ruszam na dłuuugie spotkanie służbowe do Poznania…

      Odpowiedz
  4. Latamy z Warszawy

    Biorę się za czytanie :-)

    Odpowiedz
  5. Jestem w podróży

    Zazdroszczę. Santorini ciągle na mojej liście marzeń;)

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close