Islandia: Atrakcje Reykjanes po raz drugi – uzupełnienie

Gdy w marcu po raz drugi byliśmy na Islandii marzyłam o tym, żeby zobaczyć ten kraj także w bardziej zielonej – typowo letniej – odsłonie. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że znów wylądujemy na wyspie 3 miesiące później. Tym razem jednak podróż zaczęliśmy z Poznania. Trwała długo, ale po przylocie nie próżnowaliśmy. Natychmiast ruszyliśmy znanym już sobie szlakiem prowadzącym przez atrakcje Reykjanes – półwyspu często pomijanego przez przyjezdnych.

Dzień 1, 20.06.2018

Po raz pierwszy od długiego czasu nie lecimy z Warszawy. Tym razem ze względu na okazjonalną cenę biletów zdecydowaliśmy się na podróż z Poznania. Przejazd pociągiem z Warszawy do stolicy Wielkopolski szybko nam mija, bo poznajemy w przedziale Karolinę, z którą to sporo rozmawiamy m.in. właśnie o Islandii. Na lotnisku okazuje się, że nasz rejestrowany bagaż, który miał dopuszczalną wagę 32 kg jest… ciut cięższy. No tak. Namiot, maty samopompujące, śpiwory, zapas jedzenia i cała reszta swoje waży… Mimo że plecaki podręczne mamy wypchane do granic możliwości, jakoś te 1,5 kg nadbagażu udaje się nam rozmieścić. Przy okazji nadania walizki przekazujemy również do luku od razu w punkcie odpraw bagaż podręczny – większy plecak. Nie będzie nam potrzebny, a i tak zapewne zgodnie z aktualnymi wymogami Wizz Air zostanie zabrany do luku przed wejściem do samolotu.

Niebiesko gdzie okiem nie sięgnąć!

Lot do Keflaviku odbywa się z drobnym opóźnieniem, jednak sama podróż przebiega bez komplikacji. Gdy dolatujemy do wyspy, z góry rozpoznaję niektóre znane nam już miejsca – lodowiec Vatnajokull, lagunę lodowcową Fjallsarlon i Jokulsarlon… W przerwach w podziwianiu widoków sporo rozmawiam z Norweżką, która siada koło nas w trakcie końcowego odcinka lotu. Kobieta przyleciała z mężem na wyspę na 3 dni – nie mają żadnego planu. Na podsuniętej kartce spisuję im największe atrakcje, które mogą zobaczyć w tak krótkim czasie przy okazji wyjaśniając, że fioletowe kwiaty, które widać już z okna samolotu to nie lawenda, a wszechobecny tu łubin. Właśnie ze względu na tę roślinę tak dobieraliśmy czas przylotu, żeby załapać się na pełnię kwitnienia! I wiesz co? Dla tych widoków było warto.

Po wylądowaniu szybkim krokiem udajemy się do siedziby zlokalizowanego w terminalu banku – jest tu tylko jedno miejsce, w którym można wymienić pieniądze. Istotna sprawa: na Islandii – także wśród turystów – najpopularniejszą formą uiszczania należności są płatności kartą. Jednak o ile nie masz karty walutowej, a zwykłą kredytową lub debetową, możesz być na tym ułatwieniu bardzo stratnym. W naszym banku za 10 000 koron zapłaconych kartą liczą sobie około 360 zł. Ta sama ilość islandzkiej waluty wymieniona na lotnisku na dzień 20.06.2018 przeliczana była na 307 zł! Różnica kolosalna, dlatego też warto o tym pamiętać. Tym bardziej, że kursy wahają się – w dniu naszego powrotu, 10 000 koron nie kosztowało nawet 300 zł. To ponad 60 zł różnicy na raptem jednej większej płatności – np. za nocleg! Jednak niestety na samoobsługowych stacjach paliw płatności gotówką nie są możliwe.

Jeśli mimo wszystko planujesz płatności jedynie kartą, i tak wymień trochę pieniędzy. Np. za prysznice na kempingach czy przy niektórych gorących źródłach lub w toaletach można płacić jedynie monetami.

Pieniądze wymieniamy u Polki mieszkającej na Islandii od 19 lat. Na pytanie czy chce wrócić odpowiada że tak. Na emeryturę – to rozpowszechnione wśród rodaków podejście.

Miła niespodzianka

Zaraz udajemy się po bagaże i do biura wypożyczalni samochodów Budget. Dla wygody rezerwowaliśmy Hyundai i30 Station – kombi zapewniające nieco więcej miejsca w przypadku spędzania w nim nocy. W gratisie dostajemy jednak Dacię Duster z napędem 4×4! Zmianę docenimy później wielokrotnie. Szybko dopełniamy formalności, dokupujemy ubezpieczenie od burz piaskowych i możemy udać się na parking. Poza wgnieceniem z tyłu i niewielkim odpryskiem na szybie auto wygląda ok. Nie wiemy jeszcze wtedy, że zwrócimy je w gorszym stanie i będziemy cieszyć się z wykupionego w momencie rezerwacji ubezpieczenia…

Kierujemy się od razu w stronę atrakcji półwyspu Reykjanes. Niby odwiedziliśmy te miejsca 3 miesiące wcześniej, ale ciekawi jesteśmy, jak bardzo zmieniają się latem. Jest co prawda dość chłodno, ale tam, gdzie innym kolorom ustępuje miejsca czerń pól lawowych widać różnice, jakie zaszły w minionym czasie. Poza tym słoneczna pogoda sprzyja zwiedzaniu. Dochodzi 21:00, a nasza najjaśniejsza gwiazda wciąż jest wysoko! Trafiamy na Islandię w momencie gdy dni są najdłuższe. Zachód słońca (i to na dodatek niepełny) ma miejsce koło północy, wkrótce po tym słońce powoli wraca wyżej.

Które miejsca odwiedzamy tym razem? Większość możesz znać już z poprzedniej relacji, ale dodaliśmy też kilka nowych. Na pierwszy ogień idzie…

… most Ameryka – Europa

To symboliczny most łączący dwie płyty kontynentalne – europejską i północnoamerykańską. Most powstał w 2002 r. Od tego czasu płyty odsunęły się od siebie o około 32 cm! Więcej o tej niecodziennej atrakcji przeczytać możesz w tekście poświęconym atrakcjom Reykjanes. A czemu uważam to miejsce za niecodzienną atrakcję? Odpowiedź jest krótka.  Gdzie indziej możesz w ciągu kilku sekund znaleźć się na dwóch kontynentach?

Krater Stampar

Kolejne miejsce prawie przegapiamy. Jedziemy przez czarne pole lawowe, z którego wystaje kilka stożków. To krater Stampar powstałych w dwóch okresach. Starsze stożki powstały około 1800 – 2000 lat temu, młodsze z kolei w latach 1210 – 1240. Powierzchnia wylanej tu lawy wynosi około 4,6 km2. Niegdyś rybacy wykorzystywali tutejsze kratery jako punkt odniesienia będąc na morzu.

Na położony najbliżej drogi krater można wejść pod warunkiem zwracania uwagi na tutejszą wrażliwą i nieliczną roślinność. Z góry roztacza się piękny widok na surową okolicę. W oddali widzimy nasz kolejny cel, jakim jest…

… obszar geotermalny Gunnuhver

Tym razem wiatr wieje w przeciwną stronę, więc gigantyczne kłęby pary wodnej wydobywającej się spod ziemi zasłaniają momentami ścieżkę. Przez chwilę obserwujemy proces skraplania, który pod chmurą wygląda jak mały deszcz. Wychodzimy. Raz po razie obserwować możemy tu tęczę. Jest późno, ale wciąż do poszczególnych atrakcji podjeżdża kilka samochodów.

Z obszarem geotermalnym Gunnuhver związana jest legenda. Jesteś ciekaw, czego dotyczy? Zajrzyj tutaj.

Spod kłębów pary postanawiamy zawrócić i skierować się w stronę położonej niedaleko malowniczo położonej latarni morskiej.

Valahnúkamöl i latarnia morska Reykjanes

Gdy dojeżdżamy do latarni, z okolicznych łąk wzbijają się w górę liczne rybitwy. Jesteśmy na ich terenie. Jak się później okaże, ptaki te w obronie swoich gniazd są w stanie zaatakować człowieka. I samochód… Waleczne są jak mało kto, ale przed atakiem można spróbować uciec, ponieważ wydają charakterystyczne, skrzeczące ostrzeżenie.

Po przedarciu się przez front rybitw naszym oczom ukazuje się widok na górę pochodzenia wulkanicznego Valahnukur i położoną w oddali wyspę Eldey będącą głównie ptasim rezerwatem. Nurzyki zwyczajne, mewy czy głuptaki to główni mieszkańcy tego niewielkiego skrawka lądu oddalonego od głównej wyspy Islandii o ok. 15 km. Swoją drogą głuptaki to największe ptaki Islandii. Na Eldey gniazduje około 16 000 par, co czyni to miejsce największym skupiskiem tego gatunku na Oceanie Atlantyckim.

Możemy tu zaznać ciszy i spokoju. Wiatr delikatnie wieje, świeci słońce… Obyśmy mieli taką pogodę przez pozostałe dni. To jednak ruletka – trudno przewidzieć, co czekać będzie nas za godzinę, a co dopiero w ciągu tygodnia. W trakcie wyjazdu przetrwamy chyba wszystkie możliwe pogodowe szaleństwa. Ok. Jedynie śniegu i mrozu nie było.

Brimketill

Gdy dojeżdżamy do ukształtowanego przez morskie fale naturalnego basenu ze słoną wodą – Brimketill – widzimy na niewielkim parkingu dwa auta. Jedno to kamper, drugie – zwykła osobówka z rozłożonymi siedzeniami. Nie ma tu zakazu rozbijania obozowiska, więc osłonięte nieco od wiatru miejsce kusi do drzemki. Nie mamy jednak póki co chęci, mimo że dochodzi 23:00, a cały dzień jesteśmy w podróży. Poza tym naszym zdaniem trzy auta w jednym miejscu to zdecydowanie za dużo.

A wiesz, że z Brimketill też związana jest legenda? Historia mówi o przebywającej tu niegdyś trollicy o imieniu Oddna. Właśnie od niej wzięła się druga nazwa tego skalnego basenu – Oddnyjarlaug.

Blue Lagoon

To chyba najsłynniejsze kąpielisko Islandii. I najdroższe. Mimo zatłoczenia nie można mu jednak odmówić uroku. Mleczno-błękitna woda, unosząca się nad nią mgiełka pary, w oddali słupy pary pochodzącej z elektrowni geotermalnej, drinki, które można pić w wodzie… Wolimy bardziej dzikie miejscówki, ale ponownej wizyty – chociażby na chwilę – nie możemy sobie odmówić.

Poprzednio w tym miejscu nie dało rady zrobić zdjęcia pustych basenów, tym razem jednak – w związku z tym, że dochodzi północ i ostatnie osoby opuszczają szatnie, kąpielisko jest zupełnie opustoszałe! Takiej ciszy i bezruchu wody w ogóle się nie spodziewałam. Zachodzi słońce, woda wydaje się być zielona.

Ciekaw jesteś, ile kosztuje wstęp do tego miejsca i jak wygląda ono w godzinach otwarcia? Sprawdź to tutaj: Blue Lagoon w marcu.

Dollan – jaskinia lawowa

W bliskiej odległości od Błękitnej Laguny znalazłam wcześniej na mapie niewielką jaskinię lawową. W marcu odwiedziliśmy Raufarhólshellir, tam jednak za zwiedzanie trzeba było słono zapłacić. Czy było warto? Oczywiście! To największa lawowa jaskinia udostępniona dla zwiedzających, ale nie oznacza, że jedyna. Na Islandii jest kilka darmowych miejscówek, jednak są nieco mniej imponujące. Jedną z nich jest właśnie Dollan. Schodki prowadzą do dziury w ziemi, dalej trzeba przecisnąć się prawdopodobnie na czworaka przez niewielkie wejście. Tym razem odpuszczamy – nie mamy latarek, więc w środku i tak niczego nie zobaczymy.

Po dłuższym przejechanym kawałku zjeżdżamy z trasy w jakąś mniej uczęszczaną drogę będącą w znacznej części korytem wyschniętej rzeki. Teoretycznie ma nas doprowadzić do pięknych widoków, ale po pokonaniu jakiejś niewielkiej rzeczki, w momencie gdy przejazd przez górkę wygląda tak…

… dajemy sobie spokój. Tak, tak! To żadne osuwisko kamieni, tam jest droga. Niby mamy auto 4×4, ale zdążyliśmy się już zorientować, że silnik nasza Dacia ma słaby. Poza tym jeśli coś się stanie, raczej długo nikt tu do nas nie dojedzie. Ewentualny spacer do głównej drogi nie uśmiecha się nam, więc zawracamy.

Graenavatn

I znów docieramy nad zielone jeziorko leżące w niedalekiej odległości od słynnego obszaru geotermalnego Seltun. Po raz drugi tu jesteśmy i po raz drugi nie dane nam zobaczyć jego koloru… W marcu skute było lodem, teraz – odbija w sobie ciemniejsze niebo i chmury podświetlone wschodzącym już powoli słońcem. Barwy, od której wzięło swoją nazwę nie widzimy, ale i tak jest pięknie! Tylko trochę chłodno… Ciągnie od wody zimnem na tyle, że szybko chowam się z powrotem w aucie.

Seltun / Krysuvik

Mijamy jeszcze tylko opuszczoną farmę i już jesteśmy na parkingu przy Seltun – kolejnym obszarze geotermalnym. Poprzednim razem również mogliśmy podziwiać to miejsce w dość kameralnej atmosferze. Tym razem jednak jest różnica – wszystko tu paruje jeszcze bardziej intensywnie niż te kilka miesięcy wstecz. Czyżby aktywność w tym miejscu się zwiększyła? Woda w Seltun ma temperaturę w przedziale 80-100 stopni Celsjusza, mam wrażenie, że gotuje się jej tu jeszcze więcej.

I po tym ostatnim mamy dość. Słońce powoli zaczyna wschodzić, a nam zamykają się oczy. Po dniu w podróży i rzuceniu się w wir zwiedzania jesteśmy na tyle zmęczeni, że dalsza jazda zaczyna się robić niebezpieczna. Pora odpuścić. Gdy przejeżdżamy obok jakiejś zatoczki przy drodze szybko podejmujemy decyzję, że to będzie idealne miejsce na nasz nocleg. Nawet nie szukamy żadnego bardziej odosobnionego miejsca. Dochodzi 2:30 islandzkiego czasu, a to oznacza, że w Polsce jest już 4:30.

Parkujemy i w ciągu kilku minut zmieniamy nasze auto w hotel. Bagaże lądują z przodu, rozkładamy siedzenia i maty samopompujące (nabierały powietrza już od lotniska) i zawijamy się w śpiwory. Ta noc jest dla nas wyjątkowo krótka, bo wstajemy już nieco po 1,5 godz. Po pierwsze nie chcemy tracić czasu, po drugie – główne atrakcje południa wyspy chcemy zobaczyć bez tłumów. Kolejny dłuższy przystanek? Złoty Krąg!

Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Islandii!

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Trzy kroki do udanego urlopu: wyszukaj lot...
... zarezerwuj nocleg... Booking.com
... wypożycz samochód i ciesz się wyjazdem!

Powiązane teksty

12 Thoughts to “Islandia: Atrakcje Reykjanes po raz drugi – uzupełnienie”

  1. Nigdy nie myślałam, że Islandia może być aż tak piękna.

  2. Twoje relacje z Islandii to dla mnie skarbnica wiedzy.

  3. Suuuper :) Zatęskniłam :)

  4. Asia

    Chyba chodziło o 10000 kpron a nie 1000

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Racja, przeoczenie! Dzięki za czujność, już poprawione.

  5. faktycznie pomijany – a niesłusznie – dla nas te rejony były obłędne, zwłaszcza pala geotermalne Seltun – cudo :-)

  6. Islandia to kraina pełna niespodzianek i jak niektórzy mówią raj dla fotografów. Wciąż na mojej liście! Świetna relacja

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Dziękuję! To raj dla fotografów, a także wszystkich tych, którzy szukają kontaktu z naturą oraz ciszy i spokoju. Idealny kierunek na zregenerowanie swoich akumulatorów :)

  7. Mam nadzieję, że wreszcie uda nam się zobaczyć to wszystko na żywo :)

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Trzymam kciuki, bo warto! :)

  8. Jak tam pięknie… Chciałabym kiedyś pojechać…

Leave a Comment