Islandia: Cuda natury

Dzień 3, 10.03.2017 cz. 1/2

Islandia słynie z pięknych, czarnych plaż.  Najbardziej znaną jest Reynisfjara, która poza czarnym zabarwieniem oferuje do zobaczenia także grotę zbudowaną z bazaltowych kolumn. To coś niezwykłego, naprawdę trudno uwierzyć, że człowiek nie maczał palców w dziele stworzenia tej ciekawostki!

Nocleg w Guesthouse Steig był najdroższy, ale jednocześnie najgorszy pod względem oferowanych warunków. Śniadanie zaserwowano nam jednak niezłe. Było skromne, ale przygotowany na słodko śledź podbił moje serce do tego stopnia, że byłam w stanie wybaczyć wszelkie pozostałe niedociągnięcia. Na śniadanie trzeba było przejść do innego budynku, a to znaczyło, że zaraz przekonamy się o pogodzie. Po pięknej bezchmurnej aurze z obserwowania zorzy nie pozostał nawet ślad. Było przeraźliwie zimno, wietrznie i padało. Nasza sąsiadka, która wybrała się na posiłek w japonkach chyba pożałowała tego pomysłu już po otwarciu drzwi.

Co prawda dzień zacząć mieliśmy od czarnej plaży Reynisfjara, ale po drodze minęliśmy znak na Dyrhólaey. Nic nam to nie mówiło, więc postanowiliśmy zawrócić i przekonać się, co to za miejsce. Zaraz przy zjeździe z drogi ustawiona była wielka tablica informacyjna – atrakcja jest udostępniona turystom w okresie od 1 maja do 25 czerwca w godzinach 9:00 – 19:00. Był marzec, ale szlabanu na drodze nie było, więc postanowiliśmy sprawdzić, co to takiego. Nisko zawieszone chmury przygnębiały, było szaro i nijako, do tego wiatr wzmagał na sile, więc coraz mocniej trzeba było trzymać kierownicę. Szczególnie silnie wiało na grobli, którą musieliśmy pokonać, żeby dojechać do parkingu. Tylko perkozy nic sobie z tej pogody nie robiły spokojnie polując na niewielkie ryby przy brzegu.

Jednak tak naprawdę znaczenie słyszanych przed wyjazdem słów, że „na Islandii wieje” zrozumieliśmy po dojechaniu na miejsce. Mężczyźni prowadzący jakieś roboty drogowe tuż przed parkingiem poruszali się z widocznym trudem. I widać było, że są zmarznięci. Ustawiliśmy się tak, żeby podmuch nie wyrwał drzwi gdy będziemy wysiadać. Owszem, drzwi nie wyrwał, ale… nie mogłam wysiąść! Musiałam się porządnie siłować. W końcu jednak się udało. Pożałowałam jednak szybko opuszczenia wnętrza samochodu, bo natychmiast przeszył mnie lodowaty podmuch. Z trudem weszliśmy na pagórek, z którego widać było cel naszej wizyty.

Przylądek Dyrhólaey do 1918 roku uważany był za najdalej wysunięty na południe punkt Islandii. To chroniony od prawie 40 lat obszar, na którym gnieżdżą się ptaki. W marcu sezonu lęgowego jeszcze nie było, ale na okolicznych skałach chętnie przesiadywały mewy, które wyglądały, jakby wiatr im zupełnie nie przeszkadzał. Ponoć latem bez trudu można spotkać tam maskonury – jeden z symboli Islandii. Bardzo żałuję, że ptaki te na zimę Islandię opuszczają – chciałabym zobaczyć te sympatycznie wyglądające stworzenia. Niestety jedynymi maskonurami, jakie widzieliśmy, były wypchane okazy ustawione na półkach w sklepach z pamiątkami… A w niektórych restauracjach serwuje się mięso maskonura.

Cypel był ponoć w przeszłości wyspą, która powstała w wyniku podwodnej erupcji wulkanu około 80 000 lat temu. Wystające na 120 m ponad wodę skały tworzą swego rodzaju bramę – pod skalnymi łukami wyrzeźbionymi przez morskie fale na spokojnie przepłynie łódź. Ponoć znalazł się kiedyś nawet śmiałek, który tamtędy przeleciał niewielkim samolotem.

Zejście na plażę nie było możliwe, podobnie jak podchodzenie na którykolwiek brzeg skały. W każdej chwili mógł nas zdmuchnąć wiatr, więc trzymaliśmy się od krawędzi w bezpiecznej odległości. Zgięci wpół, bo tylko tak dało się chodzić (gdy tylko spróbowałam się wyprostować, miałam wrażenie, że wiatr zaczyna mnie przewracać), wspięliśmy się jeszcze na pagórek z widokiem na położoną nieopodal plażę Reynisfjara. Piasek był niesamowicie nasycony czarnym kolorem. Niby widzieliśmy już czarne plaże na Santorini, ale w porównaniu do plaż na Islandii, tamte wydają się nam teraz szare, jakby wręcz nijakie.

Wiatr dał nam w kość, więc dość szybko się stamtąd ewakuowaliśmy. Obawiałam się, że podobne warunki zastaniemy też przy Reynisfjarze, jednak się pomyliłam. Tam było dużo gorzej! Wiało jeszcze bardziej sypiąc dodatkowo w twarz piachem i kamieniami. Wichura dosłownie zdmuchiwała mnie w stronę oceanu. Żeby ochronić twarze chodziliśmy tyłem, co jednak nie było proste. Na każde dwa kroki w odpowiednim kierunku, wiatr zdmuchiwał nas o krok w stronę przeciwną.

Nazwa Reynisfjara wzięła się od tufowej, wysokiej na 340 m góry Reynisfjall (fjara to po islandzku plaża, fjall – góra). Góra Reynis powstała w wyniku wulkanicznej erupcji w trakcie ostatniej epoki lodowcowej. To właśnie tutaj zobaczyć można piękne i niesamowite dzieło natury – jaskinię zwaną Hálsanefshellir. Co jest w niej takiego niezwykłego? Bazaltowe kolumny, które wyglądają jak wyciosane ludzką ręką. Człowiek jednak nie miał z tym nic wspólnego! To chyba jeden z najpopularniejszych widoków, jakie można zobaczyć na zdjęciach z Islandii. Jaskinia często zalana jest falami oceanu, nam się jednak poszczęściło i weszliśmy do środka.

Przy plaży ustawiono kilka tabliczek ostrzegających przed niebezpieczeństwem związanym z silnymi prądami oceanicznymi. Na fale zawsze trzeba uważać, ale w tym akurat miejscu są one szczególnie niebezpieczne – potrafią niepostrzeżenie porwać człowieka, który to później nie może wydostać się z powrotem na brzeg. Stanowczo odradza się w tym miejscu zbliżanie się do wody. Niejeden turysta został już tam wciągnięty do oceanu, chociaż wcale się na to nie zapowiadało. Niektórzy mało się tym jednak przejmowali i rozstawiali swe statywy prawie w wodzie. Tutaj możecie zobaczyć, co potrafią zrobić takie niepozorne wydawać by się mogło fale, plaża co prawda inna, ale akcja taka sama:

Przy Reynisfjall zobaczyć można wystające z wody formacje skalne. Według legendy jest to troll, który został zaskoczony przez promienie słoneczne w trakcie wyciągania na brzeg statku. Gdy tylko dopadło go słońce, skamieniał i tak pozostał do dnia dzisiejszego. Islandia to kraina bajecznych widoków, ale także i bajecznych wierzeń, których z przyjemnością się słucha.

Po krótkiej sesji zdjęciowej pośród malowniczo wyglądających bazaltowych kolumn wróciliśmy do auta. Obawiałam się, czy jest całe – piachem (i kamykami) sypało równo. Mieliśmy go dosłownie wszędzie… A nasze obawy o samochód były jak najbardziej słuszne. My mieliśmy co prawda sporo szczęścia, ale gdy zwracaliśmy auto usłyszeliśmy historię, jak to turyści zaparkowali przy tej plaży i wiatr wbił im w szybę jakiś kamyk. Nie zwracając na to zbytnio uwagi pojechali dalej – wyszli z założenia, że i tak przecież nic z tym nie zrobią. Gdy byli w drodze, spod kół innego samochodu wystrzelił kolejny kamień, który dopełnił dzieła. Szyba poszła w drobny mak. Dobrze mieć pełne ubezpieczenie auta.

Po drodze w okolicy miejscowości Vik i Myrdal mijaliśmy piękne widoki, ale zdecydowaliśmy się zostać w aucie, bo nagle rozpadało się porządnie uniemożliwiając nam spacery.

Następnie krajobraz nieco się zmienił. Góry ustąpiły miejsca gigantycznym polom lawy i rzekom płynącym leniwie od strony lodowców. Niektóre przestrzenie przykryte były gęstą zeszłoroczną roślinnością (podejrzewam występowanie tam traw i arcydzięgla litwora), ale większość była zupełnie pusta. Tylko czarna równina i ewentualnie woda. W pewnym momencie dojechaliśmy jednak do niesamowitego miejsca – pola lawy Eldhraun. To coś tak niesamowitego, tak nieziemskiego, że aż wręcz nierealnego!!! Nigdy czegoś takiego nie widziałam.

Eldhraun to pole zastygniętej lawy porośnięte mchem. Ale nie byle jakim mchem! Mchy porastają tam grubą warstwą każdy centymetr przestrzeni tworząc mięciutką poduszeczkę uginającą się pod każdym krokiem. Szkoda jednak deptać coś tak pięknego. Mchy okazale wyglądają tylko wtedy, gdy jest mokro. W dłuższą słoneczną pogodę wysychają nieco tworząc dywan w żółto-brązowym kolorze.

To unikatowe na skalę światową miejsce powstało w wyniku erupcji wulkanu Laki. Wulkan wybuchł 8 czerwca 1783 roku i pozostał aktywny aż do 7 lutego 1784 roku, choć większość lawy została wyrzucona w okresie od czerwca do października 1783 roku. Przez osiem miesięcy aktywności na powierzchnię wypłynęło 12-15 km3 lawy. Wystarczyło to na pokrycie około 565 km2 powierzchni Islandii!

Konsekwencje wybuchu były ogromne – na wyspie z głodu zginęło między 53 a 82% zwierząt domowych i około 20% populacji ludzi. Ale również w Europie dało się odczuć skutki erupcji – szczególnie w Wielkiej Brytanii, nad którą opadł popiół wulkaniczny oraz we Francji. Wybuch przyćmił ponoć na długi czas widoczność słońca.

Lata po erupcji, żeby uniknąć erozji, zasadzono w okolicy łubin trwały – roślina ta świetnie przyjęła się na żyznej glebie, przez co szybko i ekspansywnie się rozprzestrzenia. W związku z tym jest sporym zagrożeniem dla mchów.

Nie dziwię się Islandczykom, że wkurzają się na zadeptujących ich mchy turystów. Od drogi w polu lawowym wydeptana jest jedna główniejsza ścieżka, ale dla niektórych to za mało i muszę deptać gdzieś obok… Szkoda tego unikalnego cudu natury, szczególnie że coś takiego odradza się przez dziesięciolecia.

Jeszcze nie ochłonęliśmy po niesamowitym krajobrazie lawowego pola, a już przy drodze zauważyliśmy kolejny znak do interesującego miejsca – tym razem był Fjaðrárgljúfur (gljufur to po islandzku kanion). Stała tam również informacja, że dojazd gruntową drogą możliwy jest tylko autem z 4×4. Eee tam. Przesada. Nasz niewielki Hyundai poradził sobie bez najmniejszego problemu i bez tego napędu.

Fjaðrárgljúfur to przepiękny i ogromny kanion o głębokości 100 metrów i długości około dwóch kilometrów. Uważa się, że powstał pod koniec ostatniej epoki lodowcowej, około dziewięć tysięcy lat temu. Pięknie prezentuje się na zdjęciach zrobionych wiosną i latem, ale również zimą nie można odmówić mu uroku. Tuż przy kanionie znajduje się niewielki parking i toalety (zimą niestety nieczynne…). Można spojrzeć na skały z dołu, z mostku rozłożonego nad rzeką, lub z góry gdzie prowadzi szlak. W trakcie naszego wyjazdu ścieżka była bardzo oblodzona, więc należało uważać, żeby przypadkiem nie znaleźć się jako kolejna atrakcja na dnie tego kanionu. Warto zajrzeć na koniec – jest tam bardzo wysoki wodospad. Chociaż akurat wodospadów można mieć na Islandii dość – nie sposób zobaczyć ich wszystkich.

W wielu miejscach w trakcie przejazdów coś bardzo dudniło pod kołami, podobnie było na drodze dojazdowej do Fjaðrárgljúfur. Okazało się, że były to kratki znajdujące się najczęściej w bramkach ustawionych przy gruntowych drogach. Bramki te są niezbędne przy wypasie owiec – gdy napotyka się taką przeszkodę na drodze, należy bramkę otworzyć, przejechać i zamknąć ją z powrotem za sobą. Owce nie rozchodzą się wtedy po okolicznych pastwiskach.

W drodze na wschód wyspy, niedaleko od kanionu, zobaczyć można wysoki wodospad Foss á Síðu, a jakieś 600 metrów dalej – Dverghamrar, czyli bardzo ciekawą formację skalną na którą składają się bazaltowe kolumny.

Foss á Síðu to nazwa starej farmy, około 10 km na wschód od Kirkjubæjarklaustur. Piękny wodospad płynie z jeziora Þórutjörn. Nie da się przegapić tego miejsca, bo wodospad spada ze skał tuż przy drodze.

Dverghamrar na wschód od Foss á Siðu to dwie duże formacje skalne charakteryzujące się występowaniem bazaltowych kolumn – podobnych do tych, które można obserwować na plaży Reynisfjara. Uważa się, że tutejszy krajobraz został uformowany pod koniec epoki lodowcowej, gdy poziom morza był wyższy. Fale wchodzące w kontakt z gorącą, płynną lawą spowodowały szczególny wygląd skał. Kolumny powstawały pionowo, prostopadle do chłodzącej powierzchni. Dverghamrar jest chronionym pomnikiem przyrody.

Jest tam mały parking oraz tablica informująca o sposobie powstania tej geologicznej ciekawostki. Chcieliśmy zejść do skały przygotowaną ścieżką, ale niestety metrowa zaspa zmusiła nas do obejścia. Gdzieniegdzie widać było, że nieliczni próbowali się przedostać do skał, ale były to naprawdę pojedyncze ślady. Wychodzi na to, że miejsce to nie jest tłumnie odwiedzane. Szukając odpowiedniego przejścia w końcu znaleźliśmy się przy bazaltowych kolumnach. Najpierw jednak zakopaliśmy się w śniegu, a później w błocie. Ale dla takiej ciekawostki geologicznej było warto:

Byliśmy coraz bliżej Parku Narodowego Skaftafell. Krajobraz wkoło robił się coraz bardziej surowy. Pokonywaliśmy kolejne mosty, aż w końsku dojechaliśmy do bardzo długiej przeprawy. Standardowo mosty na Islandii są wąskie. Gdy zbliżają się do niego dwa auta, pierwszeństwo ma ten kierowca, który wjedzie na most pierwszy. Przy dłuższych przejazdach projektanci wzięli pod uwagę konieczność mijania się, więc co jakiś czas można zatrzymać auto na poszerzonej części i przepuścić samochód, który nie ma gdzie się schować. Jako że ruch na Islandii jest niewielki, to bardzo dobrze przemyślana infrastruktura.

Wreszcie przed nami zobaczyliśmy dwa lodowce. Trzeci po chwili wyłonił się po naszej lewej stronie. Tak bardzo chciałam zobaczyć lodowiec z bliska! Nie sądziłam, że za kilkadziesiąt minut to marzenie też się spełni.

W pewnym momencie przy drodze zauważyliśmy jakąś powyginaną stalową konstrukcję pokrytą graffiti. Był tam parking, więc zatrzymaliśmy się na chwilę. Właśnie patrzyliśmy na jeden z mostów – Skeidararsandur. Został on zniszczony w wyniku powodzi na rzece Gigjukvisi. Powódź ta zniszczyła także znaczną część drogi z Nupsstadur do Skaftafell – z 32,8 km zniszczeniu uległo 6,4 km, 5,3 km zostało poważnie uszkodzone, 0,7 km nosiło ślady nieznacznych szkód. 20,4 km pozostało w całości. Powódź miała miejsce w listopadzie 1996 roku. Była skutkiem erupcji wulkanu Grimsvotn w rejonie lodowca Vatnajokull. Oczekiwano przepływu około 20 000 m3/s, jednak finalnie wartość ta osiągnęła 50 000 m3/s! Tak naprawdę jednak nie woda była największym problemem – ogromnych zniszczeń dokonały wielkie bryły lodu niesione wraz z nurtem. Fragment przeprawy został pozostawiony w miejscu, w którym osadziła go woda.

Kolejnym punktem z listy do zobaczenia miał być Svartifoss, ale w parku narodowym Skaftafell ruszyliśmy najpierw w kierunku czegoś, czego w ogóle wcześniej nie planowaliśmy – lodowca Skaftafellsjokull.

(Visited 253 times, 1 visits today)
Islandia: Z pogodą nie ma żartów
Islandia: Zorza polarna

Powiązane wpisy

3 Comments

  1. Olka

    Islandia jest magiczna. Przede wszystkim dlatego, że oferuje tak nieprawdopodobne widoki, których nie spotka się nigdzie indziej. I stanowi swoisty fenomen, bo pomimo dość trudnych warunków tam panujących (niskie temp., kieska pogoda), to przyciąga tłumy turystów.

    Odpowiedz
  2. Katarzyna Z

    Przepiękne, niesamowite widoki :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Szczególnie niesamowite jest to pole mchu, prawda? :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close