Islandia: Kraina lodu i ognia

Dzień 1, 8.03.2017

Dzień Kobiet spędziłam w tym roku nadzwyczajnie – 8 marca 2017 roku polecieliśmy po raz pierwszy na bajeczną Islandię. Mimo popularności tego kierunku wśród Polaków, o Islandii wiedziałam niewiele. Kraj-wyspa, niewielu mieszkańców, owce i zimno – takie były moje pierwsze skojarzenia. W miarę biegu czasu i postępujących bardzo powoli przygotowań, zyskiwałam kolejne i kolejne cenne informacje.

Kiedyś szukając jakiegoś ciekawego kierunku w dobrej cenie trafiłam na loty do Reykjaviku za 218 zł dla członków klubu Wizz Discount Club – cena-marzenie jak na ten kierunek. Jako że po wyjeździe do Neapolu wciąż mieliśmy to członkostwo, grzechem byłoby nie skorzystać z możliwości dostania się na tę odległą wyspę. Początkowo obawiałam się, że mąż stwierdzi, iż jest to kompletne szaleństwo lecieć tam w zimie, ale o dziwo od razu padło hasło „kupuj” :)

Jednak o mały włos na Islandię byśmy nie polecieli… W połowie stycznia przydarzył mi się wypadek, który skutkował całkowitym przecięciem ścięgna prostownika kciuka. Przebyta operacja unieruchomiła rękę na 6 tygodni, a po tym czasie okazało się, że czeka mnie rehabilitacja i długi powrót do normalności. Lekarze mówili o wracaniu sprawności dłoni przez rok! Tuż przed wyjazdem padła jeszcze jedna diagnoza – prostownik prawdopodobnie się nie zrósł, jest ryzyko, że potrzebna będzie kolejna operacja. Zawzięłam się jednak, że dłoń rozćwiczę bez kolejnego cięcia. W końcu to tylko ręka, jakim cudem miałabym nie jechać na wyjazd z takiego powodu :) Pozostał tylko jeden problem – w jaki sposób utrzymam ciężką lustrzankę…

Gdy nadszedł ten długo wyczekiwany dzień, miałam już od rana urlop. Źle spałam z tego podekscytowania. Dzień wcześniej sprawdzając dokładnie chyba wszystkie możliwe prognozy pogody zarezerwowaliśmy samochód – zostawiliśmy to na sam koniec, ponieważ zależało nam na w miarę pewnych prognozach pogody. Jako że zapowiadana była dodatnia temperatura i brak większego wiatru, a my w planach mieliśmy tylko główne drogi, zdecydowaliśmy się w końcu na maleńki, ale najtańszy samochód Hyundai i10. Najmniejsze samochody terenowe kosztowały 3x tyle co to maleństwo, więc postanowiliśmy zaryzykować. O tym, że prognozom dotyczącym islandzkiej aury nie ma co wierzyć, przekonaliśmy się dopiero później.

Samochód, ubezpieczenie, parking w Warszawie – mieliśmy komplet. Można było wreszcie około godz. 11:00 wyjechać z domu. Lot miał być o 14:20, jednak kilka minut się opóźnił. Mimo tego mieliśmy dolecieć przed czasem. Podróż dłużyła mi się niesamowicie – ciągle zapadałam w drzemki, które wydawało mi się, że trwały wiele godzin – ale w pewnym momencie naszym oczom ukazało się jakieś pasmo górskie. Wreszcie byliśmy nad Islandią! Kilka dni przed naszą podróżą na wyspie nie było już śniegu, jednak świeżo dopadały spore ilości, więc znów było biało. A tak liczyłam na bardziej wiosenną odsłonę tego kraju.

Niedługo później lądowaliśmy. Zanim jednak koła samolotu dotknęły pasa, mogliśmy podziwiać niesamowity widok z góry na Reykjavik. Akurat miasto mieliśmy po prawej stronie, czyli doskonale widzieliśmy wszystko przez okno. Lot przespałam i byłam początkowo nieco nieprzytomna, ale te widoki natychmiast mnie obudziły. Wylądowaliśmy bez żadnych problemów na totalnym pustkowiu na lotnisku Keflavik International Airport. Jeżeli rezerwujecie samochód, bacznie zwracajcie uwagę na nazwę lotniska. Ja w wyszukiwarce wpisywałam uparcie Reykjavik, a w potwierdzeniu otrzymanym na maila okazało się, że samochód mamy zarezerwowany na lotnisku Reykjavik domestic, czyli tym położonym jakieś 50 km od Keflaviku. Dobrze, że szybko zorientowałam się w popełnionym błędzie i bez problemu udało się zmienić rezerwację.

Lotnisko jest niewielkie, więc szybko znaleźliśmy się w hali przylotów, w której znajdują się główne wypożyczalnie samochodów. W naszej wypożyczalni (Budget) była mała kolejka, ale pracownicy obsługiwali sporo stanowisk – zaraz poprosiła nas jakaś dziewczyna. Szybko okazało się, że ma na imię Magda i jest z Polski. Żeby było mało, pochodziła z miejscowości położonej rzut kamieniem od naszego miasta! Magda była na Islandii od około miesiąca – w trakcie półrocznego pobytu chciała zarobić na podróż po Ameryce Południowej. Ciekawy pomysł. Jak się chwilę później okazało, w tej samej wypożyczalni pracowało jeszcze przynajmniej troje innych Polaków.

Całą procedurę wypożyczenia auta przeszliśmy po polsku – szybko, sprawnie i przyjemnie. Magda doradziła nam też, które ubezpieczenie najbardziej się przydaje. Stwierdziliśmy już wcześniej, że na Islandii bez dodatkowego ubezpieczenia auta nie opuścimy nawet lotniska. Za dużo naczytaliśmy się o różnych uszkodzeniach, za któe trzeba później słono płacić. Cały komplet można było mieć za 30 euro dziennie (!!!), ale już 11 euro w tym kosztowało ubezpieczenie od burz piaskowych. Na czas naszego wyjazdu zapowiadany był słaby wiatr, więc zrezygnowaliśmy z tej części mając nadzieję, że opłaci się nam to ryzyko (jak się później okazało, mieliśmy sporo szczęścia…). Za ubezpieczenie zapłaciliśmy 19 euro dziennie (wciąż niestety dużo, bardziej opłaca się wykupić pakiet przy rezerwacji auta w Polsce, tylko w tym przypadku należność za powstałą szkodę trzeba rozliczyć samemu z ubezpieczycielem po powrocie do kraju – wykupując ubezpieczenie bezpośrednio w wypożyczalni, ma się spokój z dodatkową papierkologią i czasem). Obejmowało ono wszelkie uszkodzenia nadwozia czyli np. wyrwane przez wiatr drzwi czy pękniętą szybę, co zdarza się ponoć dość często.

Gdy już mieliśmy opuszczać lotnisko, Magda podpowiedziała nam jeszcze, gdzie szukać najbliższego sklepu sieci Bonus (mają najlepsze ceny) i dostaliśmy jeszcze zniżkę na tankowanie na stacjach N1. Mogliśmy ruszać. Jak tylko ruszyliśmy, usłyszeliśmy dziwny dźwięk – albo była to kwestia opon, albo asfaltu. Okazało się później, że jednak opon – wyposażone był w kolce. No tak. Zima na Islandii to nie przelewki.

Zamiast jechać do wskazanego Bonusa, skręciliśmy do Keflaviku. Jakieś 200 m od miejsca, w którym mieliśmy spędzić najbliższą noc, miał być kolejny sklep. Szybko do niego trafiliśmy, bo Keflavik jest niewielkim miasteczkiem. Charakterystyczny czarny napis na żółtym tle wzbogacony o paskudną różową świnię widoczny był z daleka.

Zaraz za drzwiami spotkaliśmy robiącego zakupy Polaka. Pokręciliśmy się po sklepie wrzucając do koszyka zapasy pieczywa, skyru (islandzkiego jogurtu) i hakarla („zgniłego” rekina, który miał być kolejną obrzydliwą spróbowaną przez nas ciekawostką), ale trzeba było się streszczać, bo zbliżały się godziny zamknięcia sklepu. Udaliśmy się do kasy, którą obsługiwał jak się okazało… młody Polak na Islandii będący od 9 lat. Nam coraz bardziej podobało się na tej wyspie, on jednak zupełnie nie wykazywał entuzjazmu. Zapłaciliśmy kartą i wróciliśmy do auta. Ogółem karta kredytowa/ debetowa to jedyna forma płatności, jaką posługiwaliśmy się na Islandii. To jedyny kraj, w którym nawet nie zobaczyliśmy lokalnych pieniędzy, ponieważ płatności elektroniczne są możliwe chyba dosłownie wszędzie. Pamiętać jednak trzeba, że płacenie kartą wyjdzie finalnie nieco drożej niż dokonywanie należności gotówką.

Byłam zachwycona wyspą. I nie było wcale zimno. W samej bluzce, cienkim sweterku i softshellu czułam się idealnie.

Pokręciliśmy się jeszcze trochę po mieście trafiając w końcu na nabrzeże. Brzeg zabezpieczony został przed falami ogromnymi skałami pochodzenia wulkanicznego, co chwilę widzieliśmy jakąś rzeźbę. Był tam nawet Baldur – zwodowany w 1961 roku islandzki kuter rybacki, który jako pierwszy zaprojektowany został w nowy na tamte czasy sposób. Jego innowacyjność polegała m.in. na zmianach wprowadzonych na mostku. Według wyczytanych na tablicy informacyjnej danych, statki na Florydzie oraz w południowej Europie sterówkę miały zlokalizowaną na przodzie mostka, na tej samej wysokości, Baldur natomiast sterówkę miał z tyłu, nieco wyżej, co pozwalało na obserwowanie sytuacji na pokładzie. Wprowadzono w nim również kilka rozwiązań zwiększających bezpieczeństwo rybaków. Jako że w temacie budowy łodzi jestem zupełnie zielona, wiele więcej niestety nie zrozumiałam. Przez 42 lata pracy kuter nie miał ani jednego wypadku. Statek w końcu przeszedł na emeryturę – został wyciągnięty na brzeg i służy teraz już tylko jako obiekt muzealny.

Cały czas zastanawiam się, dlaczego tak mi się tam podobało. Domy nie wyglądały jakoś specjalnie, ogrody nie zachwycały bo po prostu ich nie było, dzikich zwierząt też nie widziałam. Ale było tam coś, co od razu sprawiło, że zakochałam się w tym kraju. Może powodem były ta cisza i spokój, brak pośpiechu i serdeczność spotykanych osób? Póki co jednak nie mieliśmy za bardzo do czynienia z rodowitymi Islandczykami. Pierwszego dnia spotykaliśmy praktycznie tylko Polaków. Czuć było w powietrzu jednak jakąś magię. Coś, co sprawiało, że czułam się tam jak w domu.

Keflavik jest malutkim miastem, ale spodobał mi się mimo że domy nie wyglądały jakoś na specjalnie zadbane. Na jednym z rond widzieliśmy poskręcaną wieżę Eifflea, a na drugim brytyjską budkę telefoniczną – tak nie za bardzo trzymało się to wszystko jakiegoś schematu. Po tej krótkiej wycieczce krajoznawczej pojechaliśmy na nocleg. Co prawda naszej gospodyni nie było, ale zostawiła nam karteczkę z informacją, że będzie później i klucze. Niesamowite było dla nas to zaufanie – przecież mógł tam wejść każdy i sobie przenocować mając dostęp do pokoju.

Od razu na wejściu powitała nas natomiast mieszkająca w Wielkiej Brytanii… Polka, która przyjechała z mężem na 3 dni. Porozmawialiśmy chwilę, pokazała nam co i gdzie (nawet ulotki i darmowe mapki były przygotowane dla gości) i zaraz każdy poszedł do swojego pokoju. W lodówce czekały produkty do samodzielnego przygotowania śniadania – idealnie, ponieważ mogliśmy obsłużyć się rano o dowolnej porze. Gdy było już po 21:00, przyjechała Dagmar – właścicielka domu. Pogadaliśmy chwilę (5 razy była już w Gdańsku!), zapłaciliśmy i pożegnaliśmy się, bo mieliśmy ruszać z samego rana. Planowaliśmy wczesną pobudkę, więc nie chcieliśmy nikomu tak wcześnie zawracać głowy. Domek z zewnątrz wyglądał średnio ciekawie, ale w środku było naprawdę fajnie. I bardzo ciepło. Poza nami było tam tylko wspomniane wcześniej małżeństwo.

Dzień zakończyliśmy kolacją złożoną ze skyru.

Wymęczeni oddaliśmy się objęciom Morfeusza na bardzo wygodnym łóżku. Długo jednak nie pospałam, bo zmrużyć oka nie mogłam przez ciągły niepokój, czy przypadkiem na zewnątrz nie ma zorzy. W końcu był to jeden z głównych powodów odbycia podróży w te strony o tej porze roku – zorzę zimą podziwiać można tylko do końca marca. Wyglądałam kilka razy, ale tuż przy naszym oknie znajdowała się latarnia, która uniemożliwiała przyglądanie się niebu. Poza tym chyba zrobiło się zupełnie pochmurno. Jednak wciąż spać nie mogłam.

(Visited 203 times, 1 visits today)
Islandia: Oto koń zwany kucem! A może kuc koniem?!

Powiązane wpisy

12 Comments

  1. Połącz Kropki

    Byłam dwa razy i chętnie wrócę po raz kolejny:)
    Uwielbiam skyr!

    Odpowiedz
  2. Maciej Wojtas

    Ech… Taki wpis działa dziś bardzo orzeźwiająco :) Zapowiadają grubo ponad plus 30 w cieniu :))
    A opon z kolcami muszę kiedyś spróbować :) W polskich górach zimą bywa podobnie jak na Islandii ;)

    Odpowiedz
  3. Magda M. blog

    Islandia jest i na mojej liście miejsc do odwiedzenia. A co do skyr? Jogurt? ;)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Zgadza się – skyr to islandzki jogurt. Bardzo gęsty i kwaśny, ale całkiem dobry ;)

      Odpowiedz
  4. Iwona (magnes podróży)

    Ciekawy wpis. Wiele praktycznych informacji przydatnych przy planowaniu wyjazdu.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      A będzie jeszcze więcej :)

      Odpowiedz
  5. Mapowicze.pl

    Islandia jest przepiękna, też nas zauroczyła. :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Ja się zakochałam!!! :D Teraz za każdym razem, gdy widzę tańsze bilety do Rejkiawiku, serce mi pęka…

      Odpowiedz
  6. Chwila Spokoju

    Islandia kusi mnie swoją tajemniczością, surową naturą. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się wybrać w podróż i przekonać się jak tam jest naprawdę :) Lecę czytać Twoje pozostałe wpisy podróżnicze, mam w czym wybierać :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Fakt, trochę tego już naskrobałam z różnych miejsc ;) Ta tajemniczość i przyroda to właśnie kwintesencja tego kraju. Coś niesamowitego!

      Odpowiedz
  7. Zołza z kitką

    I mi się marzy Islandia. Tym bardziej, że od zeszłego roku zauroczona jestem całą Północą :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Mnie północ też zauroczyła (no może poza Szwecją, bo ta jakoś dobrego wrażenia na mnie przy pierwszej wizycie nie zrobiła). Byłam zachwycona Norwegią, ale Islandia bije wszystko na głowę! :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close