Islandia: Muzeum hakarla i mineralne źródełko – atrakcje półwyspu Snaefellsnes, część III

Zarzekałam się, że nigdy więcej tego nie zrobię. Że jedno podejście do hakarla wystarczy. I co? Spróbowałam tego „specjału” po raz drugi… Miało to miejsce w muzeum hakarla znajdującym się na półwyspie Snaefellsnes. Może nie powiem, że mi jakoś specjalnie smakował, ale nawet był zjadliwy! Tylko trochę ten amoniak za bardzo w język szczypał… Miałeś kiedyś okazję spróbować farby do włosów? Nie? To od razu uprzedzę – właśnie tak smakuje islandzki przysmak, sfermentowany rekin.

Dzień 3, 19.03.2018, część 2/3

Nasza pierwsza przygoda z hakarlem miała miejsce w pobliżu brzegu lodowcowej laguny Fjallsarlon prawie równo rok wcześniej. Piękne okoliczności przyrody, trochę śniegu, krystalicznie czyste powietrze… To ostatnie towarzyszyło nam do czasu otworzenia plastikowego pojemniczka. Wtedy po raz pierwszy poczułam amoniakową nutę, ale o dziwo nie była jakoś specjalnie groźna. Później niestety było już tylko gorzej. Nie miałeś jeszcze okazji zapoznać się z tekstem powstałym niedługo po tamtej degustacji? Koniecznie zajrzyj tutaj.

Bjarnarhöfn Shark Museum – muzeum hakarla

Spod najczęściej uwiecznianej na zdjęciach góry Islandii – Kirkjufell – kierujemy się na Bjarnarhöfn Shark Museum, czyli muzeum słynnego islandzkiego fermentowanego rekina zwanego hakarl. Po opłaceniu wstępu (1200 koron czyli ok. 45 zł. od osoby; można płacić kartą) zostajemy zaprowadzeni do głównego pomieszczenia muzeum. Kolekcja jest imponująca, ale wiele z zebranych tu przedmiotów nie ma raczej zbyt dużo wspólnego z hakarlem. Na ścianach wiszą rozmaite narzędzia, garnki, są też książki i wypchane ptaki występujące naturalnie na Islandii. Niestety opisów po angielsku brak, więc skupiamy się jedynie na wyszukiwaniu ciekawostek. Miejsce to przypomina mi trochę taki zbiór rupieci różnych… Gdybyśmy tylko za to zapłacili tyle pieniędzy, powiedziałabym, że lepiej się tu nie fatygować, ale…

Muzeum hakarla: garść informacji

Gdy już zapoznamy się z wystawą, zaproszeni zostajemy do obejrzenia filmu okraszonego mnóstwem informacji przekazywanych przez pracującą tu sympatyczną dziewczynę. Całość prowadzona jest tylko dla nas, jesteśmy tu akurat jedynymi gośćmi. I tak słuchamy najpierw nieco o samym rekinie, z którego powstaje ta islandzka kulinarna ciekawostka. Tak w dużym skrócie: do przygotowania tego „smakołyku” służy mięso rekina grenlandzkiego osiągającego długość 7 metrów i mogącego żyć setki lat – ponoć najstarszy złowiony osobnik miał 400 lat! To jedne z najbardziej długowiecznych zwierząt na Ziemi. Obecnie jednak rekinów wykorzystywanych w Bjarnarhofn nie łowi się, chociaż wciąż jest to prawnie dozwolone. Trafiają tu tylko przypadkowo zaplątane w sieci okazy, które transportowane są z portu w Reyjaviku.

Mięso rekina grenlandzkiego jest toksyczne dla człowieka ze względu na kwas moczowy krążący po jego tkankach (rekin ma zbyt małe nerki do jego odfiltrowania) oraz tak zwany odmrażacz – substancję pozwalającą na przeżycie w zimnych wodach. Zjedzenie już około 200 gramów surowego mięsa może człowieka zabić! Jakim cudem więc wymyślono sposób na spożycie czegoś tak niebezpiecznego? Kluczem do „sukcesu” okazał się przypadek. Kiedyś z rekina grenlandzkiego wykorzystywano jedynie jego wątrobę (15% masy ciała!), z której to pozyskiwano olej służący do produkcji długo palących się nisko-sodowych lamp oraz zaopatrzoną w liczne drobne haczyki skórę, która po wysuszeniu używana była jako papier ścierny. Resztę rekina jako odpad zakopywano.

Muzeum hakarla: historia niecodziennej przekąski

Pewnego dnia Islandię nawiedził tak ogromny głód, że ktoś postanowił odkopać resztki mięsa i podjąć ryzyko ich spożycia. W sumie wybór nie był zbyt duży – przeciągająca się agonia z powodu głodu lub śmierć po spożyciu toksycznego mięsa oznaczały jedno: tak czy siak trzeba będzie pożegnać się z życiem, ale może będzie to łatwiejsze z pełnym żołądkiem. O dziwo jednak ten, który spożył przefermentowane mięso, przeżył tę próbę. I tak oto hakarl uratował Islandczyków i dziś jest ciekawostką dla wszystkich lubiących mocne doznania turystów.

Muzeum hakarla: współczesna obróbka

Następnie słuchamy trochę o współczesnym sposobie przygotowania hakarla. W miejscu, w którym znajduje się muzeum, pokrojone mięso rekina umieszcza się w drewnianych ażurowych skrzynkach i zostawia na około trzy miesiące do sfermentowania. Żeby uniknąć psucia się mięsa, robi się to zimą – mimo że lata nie są tu tak bardzo upalne, mimo wszystko panują wtedy zbyt wysokie temperatury nie sprzyjające procesom. Po upływie kwartału spore kawałki ryby wiesza się w suszarni na kolejne trzy miesiące – musi odcieknąć z nich nadmiar wody. Rekin po tym czasie osiąga wilgotność wynoszącą około 45% i wcale aż tak nie śmierdzi.

Jeśli komuś mało ciekawostek, opowieść urozmaicona jest eksponatami. W trakcie prezentacji możemy dotknąć kręgosłupa rekina, jego piekielnie ostrych zębów (dolne, haczykowate wymieniają się za życia tej ryby ponoć co kilka tygodni!) i pokrytej haczykami skóry – tu trzeba szczególnie uważać, bo twarde wyrostki łatwo przebijają ludzką skórę. Do tego oglądamy też co wydobyto z brzucha pewnego rekina – stworzenia te żywią się raczej rybami, ale wewnątrz żołądka pewnego okazu natrafiono m.in. na skórę foki.

Muzeum hakarla: degustacja

Na koniec czeka nas to, czego najbardziej się obawiałam. Degustacja… Dziewczyna, która chwilę wcześniej opowiadała o rekinie, zdradza nam sposób na poradzenie sobie z jego aromatem – tak w razie jakby nam nie zasmakował. Wystarczy po prostu… zagryźć go żytnim, słodkawym chlebem rugbraud. Postanawiamy jednak iść na żywioł i po chleb sięgamy dopiero po zakończonym próbowaniu. Czyli po kilku kawałeczkach! Ten rekin – mimo że wciąż nie zyskuje uznania ze strony moich kubków smakowych – to zupełnie inne wrażenia niż po skonsumowaniu tego, co rok wcześniej zakupiliśmy w markecie. Tamtego hakarla kompletnie nie dało się zjeść! Także wniosek jest jeden – jeśli chcesz spróbować tej niecodziennej i specyficznej przekąski, nie kupuj jej w sklepie. Warto zajrzeć do muzeum!

Muzeum hakarla: wizyta w suszarni

Po pokazie możemy jeszcze przejść za budynek do mieszczącej się nieopodal suszarni. Trafiamy akurat na dwie tury suszenia – hakarla już prawie gotowego oraz takiego, co dopiero zawisł. Ten świeższy nie wygląda zbyt zachęcająco – białe mięso z niebieskawym nalotem prezentuje się średnio. Do tego nieco zalatuje tym swoim specyficznym zapaszkiem… Jednak ten dobrze podsuszony już hakarl wygląda całkiem niewinnie. Apetycznie wręcz – przypomina mi wędzoną rybę. Ale to tylko pozory. Wchodzimy do środka, jednak trzeba tu uważać – z tych niedosuszonych jeszcze kawałków skapuje woda. Lepiej, żeby taka kropla nie znalazła się na ubraniu, albo co gorsze – na włosach. Podejrzewam, że po czymś takim aromat hakarla może towarzyszyć jeszcze długo.

Berserkjahraun – pole lawy i mchu

Spod muzeum ruszamy spokojnym, wręcz ślimaczym tempem – na drodze jest pusto, możemy na spokojnie podziwiać piękno pobliskiego pola lawowego Berserkjahraun przeciętego na pół asfaltem. Z naprzeciwka nadjeżdża terenówka. Chwilę po jej przejechaniu w przednią szybę uderza nam sporej wielkości kamień. Nie wiem jakim cudem, ale szyba wytrzymuje. Dziwię się temu jeszcze dłuższą chwilę, bo zdążyłam zauważyć moment uderzenia – naprawdę nie był to mały kamyczek. Na szybie nie ma jednak na szczęście nawet śladu. A może jest, ale nie zauważamy go spod przytarć szkła powstałych w trakcie innych wynajmów? Zastanawia mnie tylko jedno – skąd wziął się ten kamień dłuższą chwilę od minięcia nas przez tamten samochód. Czyżby akurat wtedy tak mocno zawiało? A może to jakiś elf niekoniecznie jest zadowolony z naszego przejazdu i zakłócania mu spokoju?

Patrząc na to lawowe pole dociera do mnie, że zupełnie nieświadomie właśnie te kolory tworzą moje Podróżowisko. Zieleń, czerń i biel. Idealne połączenie! ;) Przystajemy na chwilę, ale zaraz przegania nas… deszcz. I przeszywający wiatr.

Z muzeum hakarla jedziemy miejscowości Stykkishólmur – nasz cel tym razem? Market Bonus, w którym to robimy brakujące zapasy. Gdy podchodzimy do kasy słyszymy polski! Kasjerka rozmawia z synem. Jak się po chwili okazuje, Agnieszka mieszka na wyspie już 11 lat! Nie chce wracać. Jak tylko pytam ją o wrażenia, uśmiecha się szeroko, jest zachwycona wyspą i ludźmi. Jedynie brakuje jej słońca i drzew. Dość długo rozmawiamy, aż zaczynam się zastanawiać, czy nie będzie miała przez nas problemów w pracy. Całą sytuację obserwuje ochroniarz, zaraz pojawia się też kierowniczka. Agnieszka kończy zmianę, może iść do domu.

Po drugiej stronie ulicy zauważamy sklep Vinbudin – to właśnie tylko w tej sieci można zakupić mocniejsze trunki (no i jeszcze na lotnisku). Z ciekawości zaglądamy – tyle słyszeliśmy, że alkohol na Islandii jest drogi, musimy się sami przekonać na jakim poziomie kształtują się ceny. Rzeczywiście – amatorzy napojów wyskokowych nie będą tu zbyt szczęśliwi. Gdzieś na którejś półce zauważamy ciekawostkę – półlitrowe butelki Lecha! Piwo to kosztuje na Islandii 399 koron, czyli prawie 14,5 zł! Ciekawe jak z jego zbytem.

Planując zaopatrzenie w sklepach Vinbudin dobrze pamiętać o godzinach ich otwarcia. Obecnie czynne są one od poniedziałku do piątku w godz. 14-18:00, w soboty 13-19:00, w niedziele 11-14:00. Warto wziąć to pod uwagę. Spod sklepu zbieramy się wreszcie w stronę naszego kolejnego noclegu. Piękne krajobrazy jednak nie pozwalają ich minąć.

Jezioro Selvallavatn

Nad jeziorkiem Selvallavatn robimy postój. Żeby podejść bliżej krawędzi i rzucić okiem na wodospad musimy taplać się w błocie po kostki. Staramy się wybierać drogę po kamieniach, ale czasem nawet większe sztuki zapadają się pod naszym ciężarem. Dobrze, że gdzieniegdzie leży tu jeszcze trochę śniegu, można przynajmniej oczyścić nieco buty. Czystość spodni pozostaje jednak wątpliwa. I dlatego właśnie warto zabrać ze sobą na Islandię stuptuty. Nam się jednak nie chciało ich zakładać…

Mineralne źródło Olkelda – gazowana woda prosto spod ziemi!

Tuż przed kolejnym miejscem noclegu trafiamy na mineralne źródełko. Rolnik, na którego ziemi się znajduje, za użyczenie wody chce drobne do skrzynki (200 koron – ok. 8 zł), ale niestety nie mamy gotówki. Drugi wyjazd w te strony, a my znów bez lokalnej waluty! Polegamy tylko na płatnościach kartą. Źródełko to tak naprawdę niepozornie wyglądający stary kraj stojący w rdzawej kałuży na środku pola. Nie mamy przy sobie żadnej butelki, ale wody odrobinę kosztujemy. Jest dobra! Ma jednak mocno metaliczny smak.

Możliwość czerpania wody w tym miejscu zawdzięczamy rolnikowi Gisli Pordarson, który w 1904 roku zbudował to ujęcie, jednak woda w Olkelda czerpana i używana była w tutejszym gospodarstwie już od wieków. Pozyskiwana w tym miejscu woda mineralna została przebadana w roku 1972 przez naukowców Karla Holla i Urlicha Munzera. Z analiz wynika, że tutejsza woda dzięki zawartości licznych minerałów jest dobra tak naprawdę na wszystko – poczynając od chorób serca, przez cukrzycę, kończąc na nerkach. Co tu przeważa? Wapń – zwykła woda ma go 3,8 mg, ta tutaj – 222 mg!

Poza tym wykryto tu także: potas – w zwykłej wodzie pitnej jest go uśredniając ok. 0,46 mg, w wodzie w Olkelda – aż 10 mg! Sód 10,7 mg : 645 mg; magnez 1,01 mg : 41 mg; żelazo – 0,002 mg : 2 mg; fluor 0,02 mg : 1,0 mg; chlor 10,3 mg : 25 mg; SO4 3,1 mg : 35 mg;  HCO3 24.5 mg : 2520 mg (!!!). Do tego jest tu też jeszcze 600 mg CO2.

Dojeżdżamy do hotelu. Wita nas Islandka, która od razu prosi o cierpliwość, bo jest po operacji. Porusza się z wyraźnym trudem, dlatego też nie pospieszamy jej w żaden sposób. Zastanawia mnie, że wyszła do nas z gołymi nogami, w klapkach. Nie wygląda jakby było jej zimno!  Od słowa do słowa informuje nas, że za nocleg płacimy 125 zł za pokój, ale jeśli nie mamy własnych śpiworów, musimy dopłacić prawie drugie tyle za wypożyczenie. Jak dobrze, że doczytałam o tym wcześniej i w tych naszych bagażach podręcznych upchnęłam nasze posłania…

Właśnie w tym miejscu spełnia się moje kolejne marzenie – miałam na liście nocleg w domku z dachem pokrytym darnią. Mówisz – masz! Co prawda trawa jest zżółknięta, ale w końcu mamy zimę! A zadarniony dach liczy się niezależnie od pory roku.

W ciągu tego dnia czekało nas wiele ciekawostek – wodospady, wydające dziwne dźwięki pardwy, majestatyczne góry, pola lawowe porośnięte mchem (ten widok nigdy mi się nie znudzi!), musujące mineralne źródło… Ale najlepsze zostało na koniec. Jako że poprzedniego dnia zadek mi trochę przymarzł w trakcie polowania na zorzę, to teraz czeka mnie miła odmiana. Kąpiel w gorącym źródle! Tylko my, gorąca woda, piękne widoki i… deszcz z wiatrem…

Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Islandii!

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Islandia: Foki i gorące źródło Landbrotalaug - atrakcje półwyspu Snaefellsnes, część IV
Islandia: Najsłynniejsza góra Islandii - atrakcje półwyspu Snaefellsnes, część II

Powiązane wpisy

Booking.com

6 Comments

  1. Podróżnik

    Zupełnie mnie takie „przysmaki” nie przekonują… Wolę schabowego :)

    Odpowiedz
  2. Kasia Hartung

    Przyznam, że sama jestem bardzo ciekawa tego miejsca!

    Odpowiedz
  3. Kasia

    Byliśmy w zeszłym roku :)

    Odpowiedz
    1. Monika BorkowskaMonika Borkowska (Autor posta)

      I jak wrażenia? Szczególnie te po degustacji? ;)

      Odpowiedz
  4. Olka

    O różnych, dziwnych muzeach słyszałam, ale o muzeum fermentowanego rekina nigdy :D

    Odpowiedz
    1. Monika BorkowskaMonika Borkowska (Autor posta)

      A słyszałaś może o muzeum fallologicznym znajdującym się w Reykjaviku? Pisałam o nim przy okazji pierwszej wizyty na wyspie. Islandia jak widać oryginalnymi muzeami stoi :D

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close