Islandia: „Opuszczony” basen i wielka trójca południa


W trakcie trzech pobytów na Islandii widzieliśmy już setki wodospadów – tak naprawdę nie da się zliczyć ich wszystkich, ale mimo to moim numerem jeden pozostaje on. Gljufrabui. Częściowo ukryty w skale wodospad, do którego podejść można jedynie przez wypływającą z groty rzekę. To jednak nie jedyna perła południa – są tam jeszcze co najmniej 2 niesamowite wodospady. I teoretycznie pewien opuszczony basen.

Dzień 3, 22.06.2018, część 2/2

Po powrocie z Heimaey – jednej z wysp archipelagu Vestmannaeyjar – szybko przepakowujemy bagaże i ruszamy w stronę pobliskich atrakcji. Dwa wodospady (słynny Seljalandsfoss i wciąż nieco mniej znany Gljufrabui) czekają na nas raptem kilkanaście kilometrów od portu. Dzień kończymy w aucie pod kolejną znaną kaskadą, jaką jest Skogafoss.

Gljufrabui – mój numer 1

Tuż przy Gljufrabui jest kemping, ale nie on jest naszym celem. Zostawiamy auto pod ogrodzeniem, przechodzimy przez furtkę i idziemy do groty. Dla odmiany jest tu trochę osób – rok wcześniej zdarzało się, że byliśmy zupełnie sami. Gljufrabui zyskuje na popularności, ale wciąż jednak nie jest tak tłumnie odwiedzany jak jego słynny sąsiad Seljalandsfoss.

Mąż początkowo zostaje przed grotą – tym razem nie mamy tak wysokich butów, więc skąpanie się w lodowatym strumieniu (tylko tak podejść można do wodospadu) nie jest zbyt przyjemną wizją. Przemoczone od środka buty raczej długo tu nie wyschną. Ja jednak bez zastanowienia wchodzę po kamieniach do środka. Mija kilkanaście minut, zanim stamtąd wyjdę – przemoczona, ale szczęśliwa. Mąż widząc mój szeroki uśmiech też w końcu postanawia podejść do kaskady, więc do groty wchodzimy ponownie razem. Czasem ciężko minąć się z innymi w przejściu, dlatego warto byłoby mieć tutaj kalosze – przynajmniej dałoby radę wejść ot tak strumieniem, a nie po kilku wrzuconych tu głazach wystających nieco ponad powierzchnię wody. To znaczące ułatwienie, ale tylko przy ruchu jednokierunkowym. Wyminąć się jest problem.

W mgiełce wody wyrzucanej wprost na nas przez wodospad czekamy. Czekamy, aż wszyscy inni sobie pójdą. W końcu po dłuższej chwili udaje się nam zostać z wodospadem prawie sam na sam. Czerń magmowych skał, mnóstwo soczyście zielonego mchu i woda, która dostaje się do wszystkich zakamarków bo leci na Ciebie z góry, z boku, od dołu… Jak tylko się da. O drugim takim miejscu do tej pory jeszcze ani razu nie słyszałam.

Gljufrabui to wysoki na 40 metrów wodospad ukryty częściowo w skale. Zwany jest też czasem Gljufrafoss, ale ja zdecydowanie wolę jego pierwszą nazwę. Dla mnie jest to magiczne miejsce, do którego będę z chęcią wracać jeszcze wiele razy. Wciąż pozostaje moim numerem 1, najbardziej niesamowitą atrakcją Islandii. Może też dlatego, że za pierwszym razem poczuliśmy się trochę jak odkrywcy? Nigdzie nie trafiłam rok wcześniej na informacje o tym wodospadzie, po prostu przeszliśmy się kawałek dalej od Seljalandsfoss odnajdując przypadkiem tę perłę.

Spod wodospadu wychodzimy przemoczeni. Dżinsy tak nasiąknęły wodą, że są aż sztywne, ale gdyby nie to, że czasem utrudniają ruch, pewnie nie zwróciłabym w tych okolicznościach na to uwagi. Gdy już nacieszę się Gljufrabui, obok łąk porośniętych obficie wełniankami przechodzimy pod Seljalandsfoss.

Seljalandsfoss

To chyba najczęściej odwiedzany i fotografowany islandzki wodospad. Chyba zawsze są to tłumy! Nie ma wycieczki czy auta, które by się tu nie zatrzymało. W związku z tym wprowadzono tu opłaty za parking. Ogółem to, co stworzyła natura, bezpłatnie dostępne jest dla wszystkich (takie nordyckie podejście), ale płatny parking to przecież inna sprawa. Przy placu na kilkadziesiąt aut stoi parkometr, koszt postoju wynosi 700  koron (ok. 25 zł). Trochę sporo, ale o ile pieniądze te idą na utrzymanie okolicznego terenu, nie mam nic przeciwko. W końcu jakoś trzeba zabezpieczać okolicę wodospadu przed zadeptaniem. W dalszym ciągu są tu ogrzewane toalety, sklepik z pamiątkami i budka z jedzeniem. I masa ludzi.

W trakcie poprzedniej wizyty w tych stronach (ponad rok temu!) nie udało się nam przejść dookoła wodospadu – to jedna z tych nielicznych kaskad, wokół której zatoczyć można na własnych nogach pełne koło. Tym razem jednak zdecydowanie wchodzimy ścieżką za spadającą wodę. Huk jest niesamowity. To nasz kolejny wodospad, za którym przechodzimy – pierwszy taki widzieliśmy w Grecji. Wrażenie niesamowite. Ale to nie jedyny na Islandii wodospad, za którym można przejść. Następnego dnia z rana odwiedzimy kolejny.

Totalnie przemoczeni wracamy do samochodu. Dżinsy mam tak mokre, że są aż sztywne, ale sama jestem sobie winna – żeby chciało mi się wyciągnąć z plecaka wodoodporne spodnie wierzchnie, nie byłoby problemu. Do tego mogę wyżymać włosy. Na szczęście softshell wytrzymał. Jednak czy jest to jakiś problem? W tych okolicznościach przyrody zupełnie nie!

Torfowe domki w Keldur

Postanawiamy nadrobić trochę drogi i zajrzeć do miejsca, które pominęliśmy poprzedniego dnia spiesząc się na prom. Do Keldur dojeżdżamy niestety za późno. Na bramie wisi kartka – godziny otwarcia: 10:00 – 18:00. Jest już przed 19:00, jednak w oknie pobliskiego domu widzę jakiegoś mężczyznę. Krząta się po kuchni, chyba sprząta. W pewnym momencie zauważa nas – macha zachęcając do wejścia. W drzwiach informuje nas, że domki są już niestety zamknięte, ale jak chcemy, możemy pokręcić się wkoło nich. Znika w domu i po chwili wychodzi z broszurami w jęz. angielskim. Możemy spędzić tu tyle czasu, ile tylko chcemy. Świetnie! Patrzymy właśnie na przykład jednych z najstarszych zachowanych zabudowań na Islandii.

Dom, budynki gospodarcze, kościół – wszystko jest w świetnym stanie. Żal trochę, że nie możemy zajrzeć do środka.  Forma, w jakiej oglądać można budynki dzisiaj, nadana została po poważnych trzęsieniach ziemi mających miejsce w 1896 i 1912 roku. Co posłużyło do budowy? Między innymi lawa z niedaleko położonej Hekli (chyba najbardziej nieprzewidywalnego wulkanu Islandii) oraz drewno, które na islandzkie plaże wyrzuca ocean. Właściciele Keldur mieli prawo do pozyskiwania budulca wyrzucanego w Landeyjarsandur.

Ostatnią mieszkającą tutaj osobą był Skuli Gudmundsson – Keldur było jego domem w latach 1862 – 1946, żył tu aż do śmierci gromadząc wiele przedmiotów, które teraz można zobaczyć wewnątrz. Od połowy XX w. gospodarstwo jest częścią kolekcji Muzeum Narodowego.

Torfowy dom w Keldur – informacje praktyczne:

  • godziny otwarcia: od 1 czerwca do 31 sierpnia 10:00 – 18:00
  • bilety wstępu: bilet normalny 1200 koron (nieco ponad 40 zł), grupy powyżej 10 osób – 900 koron (ok. 30 zł), studenci i osoby starsze (powyżej 67 roku życia) – 600 koron (o. 20 zł), osoby niepełnosprawne i niepełnoletnie – wstęp darmowy

Opuszczony basen

W trakcie jazdy powrotnej na wybrzeże przypominam sobie, że gdzieś tu chyba jest opuszczony basen Seljavallalaug. Rzeczywiście! Nawigacja odnajduje go bez problemu. Zostawiamy auto na prowizorycznym parkingu i ruszamy w górę rzeki. Żeby dotrzeć do basenu, trzeba ją przekroczyć, ale jest na tyle płytka, a możliwości jej przejścia tak wiele, że nie ma z tym większego problemu. Liczę po cichu, że basen będzie pusty, ale niestety nic z tych rzeczy. W wodzie kąpie się parę osób. Najchętniej dołączyłabym do nich, ale w pewnym momencie zauważam, że pełno tu glonów. Brrr. Kąpiel pośród zielonej i śliskiej mazi to raczej nic przyjemnego, szczególnie że nie zapowiada się dzisiaj na prysznic.

Owszem, woda jest bardzo przyjemna, ale te glony całkowicie nas zniechęcają. Skąd się bierze ta ciepła woda i w ogóle kiedy powstał Seljavallalaug? To jeden z najstarszych islandzkich basenów – 25 metrowy zbiornik (25×10 m) powstał w 1923 roku i służył do obowiązkowych dla Islandczyków lekcji pływania w 1927 roku. Do 1936 roku był największym basenem Islandii.

Położony niedaleko słynny wulkan Eyjafjallajökull, który wybuchł w 2010 roku, zasypał całkowicie Seljavallalaug popiołem, jednak już na początku lata 2011 roku zebrała się grupa wolontariuszy zdecydowanych oczyścić zbiornik. Ogółem basen czyszczony jest raz w roku, ale niestety to jednak za mało na szybko mnożące się w sprzyjających warunkach glony. Woda do basenu spływa ze skały, która jest jego ścianą.

Chyba czas najwyższy zacząć rozglądać się za miejscem na nocleg. Tu jednak zostać nie możemy – jest to teren prywatny oznaczony zakazem kempingowania. Trudno, musimy jechać dalej.

Skogafoss

Jest już bardzo późno, ale zanim rozbijemy gdzieś nasz prowizoryczny obóz, odwiedzamy jeszcze jeden z najsłynniejszych wodospadów Islandii – Skogafoss. Godzina 22:00, ludzi tutaj – mimo że to jedna z najbardziej znanych atrakcji – jak na lekarstwo. Wychodzi na to, że mamy sporo szczęścia, bo nawet najpopularniejsze atrakcje oglądamy w bardzo kameralnej atmosferze.

Potężna kaskada sprawia, że nawet stojąc z dala od niej, po chwili jesteśmy (znów) mokrzy. Gdy świeci słońce, można liczyć tu na tęczę, tym razem jednak niebo zasnute jest chmurami. Dobrze, że nie pada. Jesteśmy porządnie wymęczeni, ale wspinamy się po schodach na platformę widokową ponad wodospadem. W pewnym momencie coś ucieka spod schodka, na którym akurat stanęłam – chyba mysz. Zmęczenie i chwilowe wytrącenie z równowagi sprawiają, że muszę zrobić przerwę, bo inaczej zlecę z tych stopni… Daje to okazję na podziwianie widoków.

Panorama roztaczająca się z platformy jakoś nie robi na nas specjalnego wrażenia, po krótkiej chwili decydujemy się przejść przez furtkę dalej, wzdłuż rzeki. I jest to strzał w dziesiątkę! Po drodze mijamy kilka urokliwych kaskad, o których raczej nie będzie zbyt wiele wspomniane w przewodnikach. Także jeśli kiedykolwiek znajdziesz się w tym miejscu, idź dalej! Tylko pamiętaj o tym, żeby furtkę zamknąć za sobą – na pastwiskach za ogrodzeniem są owce.

Gdy wracamy na dół, jesteśmy tak wykończeni, że nawet puste brzuchy przestały doskwierać. Widzimy wkoło sporo rozstawionych namiotów i ludzi śpiących w autach. A jakby tak tu się zatrzymać? Dalsza jazda w tak skrajnym zmęczeniu jest niebezpieczna. Znalezienie noclegu może chwilę zająć, istnieje ryzyko, że po prostu zaśniemy w trakcie jazdy. Na drzwiach budynku stojącego obok zauważam kartkę – nocleg na tutejszym kempingu kosztuje 1500 koron (trochę ponad 50 zł) od osoby, prysznic – 300 koron (ok. 10 zł), elektryczność na cały dzień – 1000 koron (ok. 36 zł). Toaleta dla tych, co za kemping nie płacą bo tu nie nocują – 200 koron (ok. 7 zł). Trudno, będziemy musieli zapłacić. Prysznic jednak od razu odpuszczamy – kabiny niby są w pomieszczeniu, ale zupełnie bez ogrzewania. Przy tych temperaturach nie wyobrażam sobie kąpieli.

Gdy naciskam klamkę, drzwi stawiają opór. No tak, nie doczytałam… Pod informacją o cenach dopisane jest, że zarządcy kempingu przyjeżdżają tu o ściśle określonej wieczornej porze i wtedy pobierają opłatę. Jest już grubo po północy, z samego rana ruszamy dalej. Mamy dylemat – zostać na krzywy ryjek czy jechać dalej. Niebezpieczeństwo związane z kontynuacją jazdy jest jednak zbyt duże, zostajemy. Rozstawiamy się tuż przy rzece, coś jednak jeszcze mimo wszystko musimy zjeść. Z rzeki, z której spływa Skogafoss bierzemy wodę do gotowania, odpalamy kuchenkę. Po ekspresowej kolacji w jeszcze szybszym tempie zasypiamy w śpiworach w bagażniku. Nie przeszkadza nam nawet huk wodospadu i zimno. Śpię na tyle twardo, że nie czuję zimna. Rano budzę się nieco zmarznięta – w nocy temperatura ponownie spadła do 2 stopni…

Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Islandii!

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Booking.com

Powiązane teksty

8 Thoughts to “Islandia: „Opuszczony” basen i wielka trójca południa”

  1. Kurczę, ten basen to mi się marzy :) Byłam dwa razy na Islandii, ale dopiero podczas drugiego wyjazdu dowiedziałam się o tym basenie od dziewczyn poznanych w hostelu. Niestety nie było już za bardzo miejsca w naszym napiętym grafiku zwiedzania, by upchnąć tam jeszcze basen. A cała instagramowa mania na zdjęcia z tego miejsca zaczęła się trochę później i dopiero wtedy zaczęłam żałować odpuszczenia takiej atrakcji… ;) Wcześniej nawet nie kojarzyłam go z żadnych zdjęć.

  2. Co za piękne miejsce. Niech mi tylko córeczka podrośnie, kolejną urodzę bo jest już w drodze i może za dwa lata właśnie takie wakacje sobie zrobimy. Super wpis! Pozdrawiam ciepło!

  3. My bylismy se wnatrz tego wodospadu u jesli tak mozna powiedzieć. Przejscie super wrażenia niezapomniane . Uważamy że jsst przepięknym wodospadem szczególnie nietypowe jego położenie jest schowany malo widoczny .

  4. uwielbiam takie klimaty, dlatego tym bardziej nie mogę zrozumieć czemu mnie na Islandii jeszcze nie było! Ta kojąca zieleń do mnie przemawia- czekam aż wróci moja druga połówka i mam nadzieję, rezerwujemy bilety!

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Nie zastanawiaj się i nie czekaj, tylko jak najszybciej szukaj biletów! Ta zieleń latem jest wszechobecna i cudownie kontrastuje z czernią zastygłej lawy. Żartuję czasem, że przypadkowo Podróżowisko zrobiłam w kolorach Islandii – zieleń, czerń i biel tam i tu dominują ;)

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Może pora je spełnić? :)

Leave a Comment