Islandia: Oto koń zwany kucem! A może kuc koniem?!

Dzień 2, 9.03.2017 cz. 1/3

Czasu na Islandii za dużo nie mieliśmy, więc postanowiliśmy wykorzystać każdą chwilę na zobaczenie jak największej ilości miejsc. W trakcie drugiego dnia spędzonego na wyspie podziwialiśmy kwintesencję tego kraju – ogromne przestrzenie, wulkany, wodospady i gejzery. Niby już oklepany, ale tak zwany Golden Circle musieliśmy i my zobaczyć. 

Dzień zaczęliśmy bardzo wcześnie, ale jakoś nie szło nam zbieranie się. Chyba to przez tą nieprzespaną noc. Z jednej strony nie mogłam spać, bo cały czas myślałam o zorzy polarnej, z drugiej – ktoś w środku nocy zaczął kręcić się po części wspólnej. Niby nie hałasowała ta osoba za bardzo, ale w ciszy nocy każdy najmniejszy szmer wydaje się być dużo głośniejszy niż w ciągu dnia, kiedy to jest praktycznie niezauważalny.

W lodówce czekały wszystkie produkty niezbędne na śniadanie. Każdy mógł wziąć co tylko chciał – salami, serki topione, dżemy, skyr, itp. Poza kawą i herbatą była nawet gorąca czekolada! Z jedzeniem na szczęście szybko się uporaliśmy, w końcu czekała nas długa droga. Posprzątaliśmy po sobie (taki był wymóg) i mogliśmy ruszać.

Mimo że dochodziła godz. 8:00, na zewnątrz wciąż było ciemno. Niebo zasnuło się chmurami, ale nie zwróciliśmy na to za bardzo uwagi – pogoda na Islandii ponoć miała być bardzo zmienna, więc wizja rychłych opadów mogła dotyczyć tylko tej części wyspy. Jechaliśmy w kierunku Reykjaviku przez totalne pustkowie – tylko skały, trawa i mech. Nic więcej. Nie chcieliśmy jednak jechać główną drogą, obok której nic nie ma. Gdy tylko nadarzyła się okazja, skręciliśmy w jakąś mniejszą ulicę – po kolejnym skręcie w prawo znajdowaliśmy się równolegle do głównej trasy, ale w dużo ciekawszej scenerii. Gdzieś w oddali z ciemności wyłaniały się szczyty górskich pasm, mijaliśmy opuszczone gospodarstwa, domy z dachami porośniętymi trawą i mchem.

Gdy dojechaliśmy do kościoła Kálfatjarnar (Kálfatjarnarkirkja), zrobiliśmy sobie krótką przerwę na obejście go dookoła. Gdy wysiedliśmy z samochodu o mały włos wywinęłabym orła – samochód się nie ślizgał, temperatura była dodatnia (ciągle zasuwałam tylko w cienkim polarze i softshellu, a zimówka leżała w bagażniku), ale lód na asfalcie jednak był namacalny. Przez panującą temperaturę zaskoczył mnie, ale udało mi się utrzymać równowagę. Poza oblodzeniem, czekała nas jeszcze jedna niespodzianka. Wszędzie dookoła leżało mnóstwo sporej wielkości… odchodów. Gdy wyjrzałam za kościół, znalazłam winowajców. Pustkowie dookoła świątyni okupowały licznie dzikie gęsi, które na nasz widok postanowiły zachować bezpieczną odległość. Nie dość, że trzeba było uważać na lód, to jeszcze musieliśmy omijać „miny”.

Kálfatjarnarkirkja o tak wczesnej porze był zamknięty, więc pokręciliśmy się chwilę dookoła, zajrzeliśmy na położony tuż obok cmentarz i postanowiliśmy się zbierać w dalszą drogę.

Gdy zbliżaliśmy się do miasta Hveragerði w samochodzie poczułam siarkowodór – nic dziwnego, ponieważ co chwila gdzieś z ziemi unosiły się kłęby pary wodnej. Gorące źródła i rzeczki. Chcieliśmy znaleźć jakieś źródełko, w którym można byłoby się wykąpać (mieliśmy zabrane na tę okazję stroje kąpielowe), ale po chwili bezowocnego szukania udaliśmy się do dawnego portu Islandii – miejscowości Eyrarbakki.

W drodze przekonaliśmy się już, co to znaczy zmienność pogody na tej wyspie. Dosłownie na odcinku kilku kilometrów mieliśmy do czynienia z oślepiającym słońcem, ciepłem, deszczem, zimnem i padającym śniegiem. W jednym miejscu mijaliśmy zalegający dookoła śnieg, by zaraz wjechać w szykujące się do wiosny przestrzenie pozbawione jakiejkolwiek zimowej okrywy.

Gdy tak jechaliśmy w stronę Eyrarbakki, coraz częściej mijaliśmy gospodarstwa, w których hodowane są konie islandzkie. Zwierzęta te nazywane są u nas kucami – według różnych źródeł kucem nazywa się te koniowate, które mają wysokość w kłębie wynoszącą do 148 cm. Konie (kuce) islandzkie mają właśnie od 123 do 148 cm, ale nazwanie islandzkiego konika kucem w obecności miejscowych jest ponoć dużym błędem.

Konie islandzkie są bardzo wytrzymałe. Niestraszne im niskie temperatury, niewielka ilość pożywienia czy duże obciążenie, dlatego też niegdyś używane były jako konie pociągowe np. w kopalniach. Dzisiaj na wyspie zwierzęta te mają zupełnie inne zastosowanie, najczęściej służą do przejażdżek dla turystów. Ponoć bardzo wygodnie się na nich jeździ, bo mają specyficzny czterotaktowy chód zwany töltem – nie wymaga on od jeźdźca anglezowania, więc nawet ktoś, kto nigdy nie siedział na końskim grzbiecie powinien sobie poradzić. Ponadto potrafią chodzić jak wielbłąd podnosząc równocześnie dwie nogi po jednej stronie ciała!

Niestety konia (kuca) islandzkiego można znaleźć również… na talerzu. W jednej z restauracji w Rejkiawiku widzieliśmy w menu stek z konia. Ponoć Japonia bardzo chętnie importuje islandzką koninę. Codziennie na śniadanie – w każdym miejscu, w którym nocowaliśmy – podawane było salami. Nie ma co się oszukiwać – ponad 80 tys. koni trzymanych na wyspie nie może przecież służyć tylko dla rekreacji czy ładnego wkomponowania w krajobraz…

A skoro jestem już przy liczbach – ponoć poza Islandią żyje ponad drugie tyle koników rozsianych po całym świecie. Jednak Islandczycy bardzo dbają o swoją rasę – żeby uniknąć zdziesiątkowania populacji koni islandzkich w wyniku chorób, koń, który raz opuści wyspę, już nigdy nie będzie mógł na nią powrócić. Od 930 roku obowiązuje zakaz importu jakichkolwiek koni na wyspę. Zwierzęta żyjące od wieków w izolacji mogą być wrażliwe na choroby występujące na innych kontynentach, dlatego też bez specjalnego pozwolenia zabronione jest nawet przywożenie na Islandię używanych końskich uprzęży czy innych sprzętów. Jeśli już uzyska się zezwolenie, sprzęt musi zostać zdezynfekowany na koszt właściciela. Od długiego już czasu Islandczycy dbają także o czystość krwi swoich koni – od 800 lat konie islandzkie na wyspie rozmnaża się tylko między sobą. A w ogóle skąd wzięły się te zwierzęta na tak nieprzystępnej wyspie? Ponoć trafiły tam ponad 1000 lat temu wraz z Wikingami.

Wspominałam już może, że konie islandzkie to przesympatyczne stworzenia? Inteligentne, ufne, spokojne i cierpliwe – stworzone wręcz do nauki jazdy. Ani razu nie widziałam, żeby którekolwiek z tych setek mijanych zwierząt brykało na pastwisku. Idealnie pozują do zdjęć. Gdy tylko zobaczą, że ktoś zbliża się do ogrodzenia, zaraz podchodzą i nadstawiają się do głaskania. Ich sierść jest przyjemna w dotyku, szczególnie w okolicach delikatnych chrap. Zimą są wrecz puchate.

Konie uważane były niegdyś na Islandii za święte zwierzęta. Ludzie dzięki nim rozwiązywali nawet spory pomiędzy sobą! Gdy nie można było dojść do porozumienia, wystawiano do walki dwa ogiery. Właściciel konia, który wygrał, wygrywał również i spór. Do dzisiejszych czasów zachowało się powiedzenie „niech konie rozstrzygną” wypowiadane nawet w trakcie obrad Parlamentu.

Ciężko było mi rozstać się z niewielkim końskim stadkiem, ale Eyrarbakki czekało. Ta mieścina jest naprawdę niewielka – zamieszkuje ją nieco ponad 500 osób (nie wliczając więźniów trzymanych w więzieniu znajdującym się tuż obok). Pomyśleć, że niegdyś był to największy port południowej Islandii… Eyrabakki utraciło swoje znaczenie w 1925 roku. Najstarszymi budynkami są: przekształcony w muzeum Húsið z 1765 roku, szkoła podstawowa z 1852 roku (najstarsza w kraju) oraz kościół datowany na 1890 rok. Wszystkie budynki w miasteczku są świetnie zachowane. Patrząc na nie zupełnie nie mogłam sobie wyobrazić, że są tak stare.

Urocze kolorowe domki kontrastowały ze stalowym niebem – pogoda odbierała niestety przyjemność patrzenia na to miejsce. Zaraz zaczął sypać śnieg, zrobiło się przeraźliwie zimno. Chcąc jak najszybciej znaleźć się z powrotem w samochodzie, zajrzeliśmy tylko na chwilę za wał, który odgradzał miasteczko od oceanu. Chyba w najlepsze trwał odpływ – do wody było daleko, stąpaliśmy po odsłoniętych kamieniach i wodorostach.

W Eyrarbakki wzbudzaliśmy nieco ciekawość – miasteczko wydaje się być bardzo senne, wręcz opuszczone, ale nieliczni mieszkańcy (sztuk 3) spoglądali na nas z zainteresowaniem.

Z Eyrarbakki udaliśmy się z powrotem na północ. Celem miał być w końcu Złoty Krąg – Golden Circle, czyli najbardziej znane atrakcje Islandii. Gdy byliśmy już znów w drodze, okazało się, że będziemy przejeżdżać obok jeziora Kerið (Kerid) – miejsca, które zaliczane jest właśnie do Golden Circle. Kolejny przystanek – wulkaniczne jezioro!

(Visited 174 times, 1 visits today)
Islandia: Golden Circle i zupa warta fortunę
Islandia: Kraina lodu i ognia

Powiązane wpisy

11 Comments

  1. Mateusz

    Kuce islandzkie są przepiękne! <3 :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Prawda! Tak cudnych koników nigdzie indziej nie widziałam :)

      Odpowiedz
  2. Monika z Bebe Talent

    To, co mnie najbardziej fascynuje w Północy jest właśnie noc i dzień polarny. W dzień ptaki praktycznie nie zasypiają. A kucyki… sama słodycz. Spojrzenie z gatunku „tylko mnie kochaj” :D

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Co prawda na Islandii dłużej było jasno, ale jeszcze nie udało się nam doświadczyć takiego polarnego dnia czy nocy. Może kiedyś wybierzemy się tam latem :) A kuce… miałam ochotę zatrzymywać się przy każdym ogrodzeniu i je głaskać, głaskać i jeszcze raz miziać:D

      Odpowiedz
  3. Aleksandra Rudzka

    Piękne miejsca, nie sadziłam że Islandia jest tak piękna! Przeraża trochę zmienna pogoda ale mimo wszystko z checia bym odwiedziła te rejony ❤
    Rewelacyjny pomysł na bloga, tyle ciekawych informacji mozna sie dowiedzieć. Juz zapisuję bloga i na pewno bede musiala nadrobic wszystkie wpisy ❤

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dziękuję!!! A Islandia jest wręcz bajkowa… Chciałabym zobaczyć ją kiedyś w letniej odsłonie. To dopiero musi być niesamowite :)

      Odpowiedz
  4. Natalia

    Islandia to dla mnie zupełnie obce, niezbadane tereny. Z Nowej Zelandii mam odrobinkę za daleko, żeby planować wyjazd specjalnie tam. Jeszcze nie teraz ;)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Kiedyś obowiązkowo! Nie mam co prawda porównania do Nowej Zelandii (która jest póki co w mojej strefie podróżniczych marzeń :) ), ale Islandia mnie oczarowała. To niesamowity kraj, który naprawdę trzeba zobaczyć. Boję się tylko, że w sezonie może być tam zbyt tłoczno

      Odpowiedz
  5. Rykoszetka, blog o życiu w mieście

    Ciekawa sprawa z tymi koniami, nie wiedziałam, że aż tak dużą wagę przykłada tam się do zagadnień związanymi z chorobami. I że były tam kiedyś takie ważne!
    A jak sprawa wygląda z przywożeniem innych zwierząt, można bez problemu?

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Wwożenie zwierząt takich jak psy, koty czy fretki najczęściej możliwe jest na podstawie tzw. europejskiego paszportu, jednak w przypadku Islandii dokument ten nie jest wystarczający. Żeby przewieźć pupila na wyspę obowiązkowo należy uzyskać dodatkowo zezwolenie na wwóz zwierzęcia, ponadto należy zamówić jeszcze przed przyjazdem kwarantannę, która trwa miesiąc lub 6 tygodni (różne źródła podają różne długości tego okresu). Niestety nie wiem jak jest z pozostałymi zwierzakami (królikami, gadami, płazami, ptakami czy chociażby rybkami).

      Odpowiedz
      1. Rykoszetka, blog o życiu w mieście

        Dziękuję za odpowiedź :)

        Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close