Islandia: Jaskinia lawowa Raufarholshellir i islandzka uczta

O ile z wymówieniem słowa Eyjafjallajökull daję radę bez problemu, tak Raufarhólshellir to jedna z tych islandzkich nazw, która gdy już wydaje mi się, że ją opanowałam, robi mi niespodziankę. I z tego też powodu tunel lawowy Raufarhólshellir funkcjonuje u mnie pod skróconą nazwą Raufar. Mieliśmy pominąć to miejsce ze względu na bardzo wysoki koszt wejścia, ale ostatniego dnia ciekawość zwyciężyła. Udaliśmy się tam tuż przed ucztą, którą to zafundowaliśmy sobie na koniec w Reykjaviku.

Dzień 4, 20.03.2018

Szyba pobudka, szybkie śniadanie, czeka nas ostatni dzień wyjazdu. Żeby nie budzić z trudem poruszającej się właścicielki obiektu wrzucamy kluczyki od domku do skrzynki przy drzwiach recepcji i ruszamy w drogę w stronę Reykjaviku. Jako że położone w okolicy atrakcje już odwiedziliśmy, czeka nas spory kawałek jazdy bez zatrzymywania się. Przerwę robimy dopiero na niewielkim parkingu przy kolejnym już geotermalnym obszarze – Deildartunguhver.

Gorące źródła Deildartunguhver

To dość niezwykłe miejsce – z tablicy wystawionej tuż obok dowiadujemy się, że Deildartunguhver produkuje około 180 litrów gorącej wody w każdej sekundzie! To najbardziej wydajne gorące źródło na całym świecie. Temperatura wody wynosi 100 stopni Celsjusza, a całkowita moc produkcyjna źródła i dwóch sąsiednich odwiertów to aż 62 megawaty mocy! Pozyskiwana stąd woda służy do ogrzewania okolic Akranes, Borgarnes i Hvanneyri już od 1925 roku. Jako że Deildartunguhver leży tylko 19 m. n.p.m. transportowana jest do domów za pomocą długiego na 74 km rurociągu. Tu mamy kolejny rekord, uważa się bowiem, że tutejszy układ rur jest najdłuższym tego typu układem na całym świecie. Do Akranes woda dociera po ok. 24 godzinach i ma temperaturę wynoszącą ok. 72-73 stopni Celsjusza.

Na miejscu zastajemy czerwone skały i wybijającą spośród nich gotującą się wodę. Wszędzie bucha para, co przy stalowoszarym niebie daje nieco złowieszcze wrażenie. Jak nic zaraz będzie padać. Zaglądamy jeszcze przez szyby do stojących tuż obok szklarni, rzucamy okiem na zamknięte bodajże ze względu na remont termalne kąpielisko i trzeba się zbierać, zaczyna kropić.

Następnie do kolejnych atrakcji jedziemy drogą-skrótem. Szutrową. Nie popędzimy tak, jak asfaltem. Nikt nas nie mija, aż nagle pojawia się jadąca z naprzeciwka ciężarówka. Jest tak wąsko, że nie mamy szans się wyminąć, ktoś będzie musiał cofać… Ciężarówka na szczęście skręca zaraz w jakąś kompletnie niewidoczną z naszej strony dróżkę. Skrót okazuje się pomyłką. Owszem, drogę znacząco skraca, ale… czas jej przejechania znacząco się wydłuża. Trzeba było jechać na około…

Okrążamy fiord, pod którym wcześniej jechaliśmy podwodnym tunelem – tym razem zależało nam na przejechaniu tej trasy i zobaczeniu, co tak wiele osób jadących skrótem pod dnem traci. A tracą dużo, bo trasa jest bardzo malownicza. Szkoda tylko, że pogoda nie pozwala nam na chociażby chwilę postoju. Wieje straszliwie, deszcz zacina poziomo, samochodem trochę rzuca. Tym razem aura zdecydowanie nam nie sprzyja, ale przynajmniej śnieżyc nie ma – te pojawią się kilka dni po naszym powrocie.

Teren prywatny!

Na mapie wypatruję kilka leżących po trasie wodospadów, ale niestety znajdują się na terenie prywatnym, o czym informuje tabliczka umieszczona na skręcie w prowadzącą do nich drogę. Jednym z wodospadów jest składający się z dwóch kaskad o różnej wysokości poziomów Skorhagafoss, dalej natomiast na tej samej rzecze znajduje się Thrandarstadafossar. Teren prywatny równa się zakaz wstępu, więc nie pozostaje nam nic innego jak jechać dalej. Wreszcie trafiamy pod wodospad, który można zobaczyć – uroczy Sjavarfoss pięknie prezentuje się już z drogi, ale postanawiamy podejść do niego bliżej.

Kolejne wodospady (m.in. Trollafoss) i kolejne tereny prywatne. Do tego do kaskad prowadzą takie drogi, że odpuszczamy – jeśli już koniecznie chcielibyśmy złamać zakaz wstępu (czego nie polecam), to bez auta 4×4 mogłoby być ciężko. Niby znajomą trasą kierujemy się w stronę Reykjaviku. Z wodospadów nici, kierujemy się więc w stronę stolicy Islandii.

Arbaer Open Air Museum

W Reykjaviku zaglądamy do Arbaer Open Air Museum. To skansen, który otwarty został w tym miejscu w 1957 roku. Możemy tu obejrzeć ponad 20 budynków z miast, farm oraz islandzkich wiosek. Najstarsze budowle – dwa domy Konrhusid z Vopnafjordur – pochodzą z 1820 roku! Pogoda niezbyt zachęca do spaceru, ale oglądamy wszystkie zachowane tu budynki. Nie dość, że można obejrzeć je z zewnątrz, to jeszcze możliwe jest również i wejście do środka. Praktycznie w każdym domu podziwiać można ich sposób zagospodarowania – łóżka, szafy, ówczesne przedmioty codziennego użytku. Wielokrotnie mimo niezbyt wysokiego wzrostu muszę się schylać – przy moim 1,64 m i tak mogłabym uderzyć głową w futrynę.

Z ciekawością zaglądamy do każdego kąta, ale i tak moim ulubionym budynkiem jest kościół z pokrytym trawą dachem przeniesiony tu z farmy Silfrastadir w Skagafjordur. Pierwszy kościół tego typu wybudowany został tam przez Jona Samsonarsona w 1842 roku, jednak ten muzealny jest nieco późniejszy. Zbudowano go w latach 1960-61.

Godziny otwarcia

  • Lato: od czerwca do sierpnia – otwarte codziennie od 10: 00-17:00; wycieczki z przewodnikiem codziennie o 13:00 lub po wcześniejszym umówieniu.
  • Zima: wrzesień – maj: 13: 00-17:00; zwiedzanie z przewodnikiem codziennie o 13:00, bez rezerwacji.
  • Cena biletu dla osoby dorosłej: 1600 koron, czyli ok. 58 zł

Z Arbaer Open Air Museum wychodzimy koło 15:00, do lotu wciąż mamy sporo czasu – na lotnisku powinniśmy być koło 19:30, więc pora zdecydować, co robimy ze sobą dalej. Długo się nie waham i proponuję mężowi powrót do lawowego tunelu Raufarhólshellir, którego w końcu nie odwiedziliśmy pierwszego dnia ze względu na cenę wejścia. Miejsce to jednak kusi mnie na tyle, że podejmuję próbę przekonania małżonka. Mamy tak naprawdę dwie opcje – pokręcić się przez kilka godzin po stolicy, albo jechać zobaczyć coś, czego prawdopodobnie więcej nigdzie nie zobaczymy. Długo przekonywać nie muszę – jedziemy!

Tunel lawowy Raufarhólshellir

Tunel lawowy Raufarhólshellir położony jest nieco ponad pół godziny jazdy od Reykjaviku, więc dużo czasu na przejazd nie tracimy. Na miejsce dojeżdżamy idealnie – za kilka minut rusza przedostatnia tego dnia wycieczka do wnętrza tunelu. Ruszamy tu podróżnicze oszczędności, bo wstęp jest koszmarnie drogi. Za bilet dla osoby dorosłej trzeba zapłacić 6400 koron, czyli 230 zł! Ale to i tak jedna z „tańszych” płatnych atrakcji Islandii.

Na wstępie dostajemy kaski z latarkami i antypoślizgowe nakładki na buty (łańcuchowe), można też wziąć kij do wsparcia się na lodzie. Przewodnik Daniel ogarnia naszą kilkunastoosobową grupę i kieruje się do wejścia do jaskini. Gdy byliśmy tu kilka dni wcześniej śniegu było jakby nieco więcej, nawet nie podejrzewałam, że właśnie tu jest wejście do tunelu. Po przekroczeniu drzwi chwilę mi zajmuje przyzwyczajenie wzroku do ciemności, ale bardzo szybko otwieram oczy ze zdumienia. Najciekawsze kolorystycznie miejsca są podświetlone. Czerwienie, brązy, czernie, gdzieniegdzie nieco srebra. A przed nami widoczne trzy duże czapy śniegu, który napadał tu przez dziury w suficie. W sumie gdyby nie te otwory, nikt prawdopodobnie nie dowiedziałby się o istnieniu w tym miejscu lawowego tunelu. Sklepienie zapadło się w tych miejscach setki, a może już nawet tysiące lat temu. Daniel wspomina, że póki co wiadomo o istnieniu 600 tuneli, ale mogą być ich na wyspie tysiące.

Tunel lawowy Raufarhólshellir powstał 5000 lat temu po wybuchu wulkanu oddalonego o ok. 10 km. Płynąca po erupcji lawa z wierzchu zastygała, ale w środku wciąż była płynna. Gdy lawowy potok się skończył, pozostała wierzchnia skorupa. Miejsce jest niesamowite, ale warte odwiedzenia szczególnie zimą. Dlaczego? Pod koniec trasy udostępnionej do zwiedzania (cały tunel ma 1,4 km długości, ale w trakcie standardowej wycieczki możliwe jest zobaczenie jedynie jego części) obejrzeć można wyrastające z dna jaskini stalagmity powstałe z lodu! W lawowych tunelach non stop kapie z sufitu woda, więc spadające krople zimą zamarzają tworząc przepiękny widok. Można go podziwiać jedynie od listopada do końca maja (w zależności od panujących temperatur). W tym roku według informacji naszego przewodnika stalagmity znacząco zmniejszą się już za kilka tygodni.

Te umiejętnie podświetlone przez człowieka lodowe stalagmity to coś tak pięknego, że na chwilę widok odbiera mi mowę. Wyglądają jak zrobiony z kryształu las! Niektóre z nich rosną na metalowej kładce. W pewnym momencie słychać dźwięk przypominający tłuczenie szkła – to ktoś z naszej grupy potknął się i przewrócił jeden taki kawałek lodu… Dochodzimy na końcu do platformy, na której Daniel gasi światło. Chce pokazać, jak marne szanse na odnalezienie drogi ma się w panujących tu po odcięciu elektryczności ciemnościach. Rzeczywiście nic nie widać. Równie dobrze można zamknąć oczy. Ponoć w podobnych jaskiniach znajduje się liczne szkielety owiec, które weszły do środka i po ciemku zabłądziły nie mogąc się wydostać na zewnątrz.

Pytam Daniela o dziwne czerwone zacieki na ścianie w kolorze srebra. Na odpowiedź nie czekam – nasz przewodnik tłumaczy już po chwili, że to roztopiona lawa. Gdy tunel już zastygł, musiał nastąpić jeszcze jakiś gorący okres gdy to, co było już w formie stałej, ponownie spłynęło miejscami po ścianach przybierając tym razem czerwoną barwę. Ostatnie zdjęcia i możemy wracać nie czekając na Daniela – to idealna okazja do uwiecznienia tunelu bez ludzi.

Po opuszczeniu tunelu lawowego jedziemy z powrotem do Reykjaviku – po kolejnym dniu wrażeń koniecznie musimy zjeść coś przed podróżą. Gdy wjeżdżamy do centrum akurat zbliża się 18:00. Chwilę zajmuje nam znalezienie parkingu, na którym to stawiamy auto minutę po szóstej. Idealnie! Od 18:00 parkowanie w centrum jest darmowe, nie musimy szukać parkometru i zastanawiać się, jak za niego zapłacić nie mając pieniędzy. Jeszcze w drodze znalazłam obiekt, w którym być może warto będzie zjeść. Szybko wrzucam jego dane w nawigację – idziemy w kierunku Tapas Barrin.

Islandzka uczta w Tapas Barrin

Z menu zapoznaliśmy się już wcześniej, więc bez dłuższego zastanawiania się zamawiamy islandzką ucztę, w której skład wchodzi aż 9 dań w wersji degustacyjnej. Szkoda tylko, że to wszystko kosztuje zawrotne 8 690 koron, czyli ponad 300 zł! Ale niestety na takie ceny trzeba się nastawić licząc na stołowanie się w restauracjach.

W skład naszej szybkiej kolacji ma wchodzić przyrządzana na różne sposoby baranina, ryby, pasty kanapkowe, islandzka ziemniaczana wódka o kminkowym aromacie brennivin, sernik ze skyru i… maskonur oraz wieloryb. Ze względu na to, że sprzeciwiamy się jedzeniu wielorybów z powodu ich zagrożenia wyginięciem, prosimy o pominięcie ostatniej pozycji. Do tego zaznaczamy, że bardzo się spieszymy, więc będziemy wdzięczni za zrozumienie. Kelnerka puszcza do nas oko i mówi, że zaraz podrzuci pierwsze dania. I tak już po krótkiej chwili na stoliku ląduje pieczywo, dwie pasty, których smaku niestety nie odgadujemy i brennivin na początek.

To najbardziej obfita część naszej kolacji pozwalająca zapełnić nieco brzuchy. Kolejny jest smażony golec zwyczajny zwany także pstrągiem alpejskim w pikantnym sosie paprykowym. Jak nie przepadam za zbyt ostrymi daniami, tak tutaj mam ochotę wylizać z sosu talerzyk! W międzyczasie na stoliku pojawiają się kolejne pozycje. Niestety w gwarze panującym w lokalu (niby jest wtorek, ale wszystkie stoliki są zajęte) i przy pośpiechu kolejnej kelnerki nie wychwytuję, co tym razem otrzymaliśmy. Zgadywać jednak nie musimy, bo zagadka jest prosta – to ogony homarów zapiekane w czosnku. Z każdym kolejnym kęsem przepadam. Są tak doskonale przyrządzone, że wręcz rozpływają się w ustach. Chcę więcej! Zaraz próbujemy kolejnej ryby, której nazwy niestety nie zapamiętałam.

Później dostajemy wędzonego maskonura, ale to akurat nie robi na nas wrażenia. Nawet nie wiem, do czego porównać te kilka paseczków. Kolejna jest surowa baranina marynowana przez dłuższy czas w sosie lukrecjowym. To kolejne danie, sprawiające, że mam ochotę zamówić więcej. I więcej. I jeszcze więcej! Niestety nie mamy czasu, poza tym kolejne dania stygną. Baranina z grilla też jest przepyszna! Liczę talerzyki – wychodzi na to, że został nam już tylko deser i domówiony jeszcze w sumie niepotrzebnie talerzyk z przegrzebkami zawiniętymi w boczek i daktyle. Ale na stoliku jest jeszcze jedna porcja degustacyjna. Wieloryb. W barze jest spore zamieszanie – mnóstwo turystów i Islandczyków wybrało się właśnie na posiłek lub po prostu piwo ze znajomymi, obsługiwało nas kilku kelnerów, więc podejrzewam, że nasza uwaga o pominięciu wieloryba musiała gdzieś się rozpłynąć.

Nie robimy już jednak afery, nie mamy na to czasu – zegary wskazują godzinę, o której już powinniśmy być w drodze na lotnisko, a my wciąż siedzimy i czekamy na deser. Bijąc się z myślami w końcu postanawiamy spróbować tego nieszczęsnego wieloryba. Do dzisiaj nie czuję się z tym ok, ale w tej sytuacji albo my zjedlibyśmy ten kawałek, albo wylądowałby on na śmietniku. Nasze wrażenia można podsumować w kilku zdaniach, ale głównym będzie jedno – nie zamawiaj tego dania. Wielorybów jest już tak niewiele, że naprawdę szkoda przyczyniać się do ich dalszego wytrzebiania. A jak smakuje to mięso? Nie jest to nic specjalnego – możesz wyobrazić sobie połączenie twardej wołowiny z wątróbką? Właśnie tak smakuje wieloryb. Skoro już to wiesz, tym bardziej nie warto go zamawiać. No chyba że jesteś wielbicielem wątróbki, ale w tej sytuacji lepiej usmaż ją sobie w domu.

Na stolik wjeżdża w końcu deser w postaci sernika zrobionego ze skyru z gałką lodów u góry. O ile po wielorybie moja ocena naszej ostatniej kolacji spadła, tak sernik podbija ją w kosmos. Jest FE-NO-ME-NAL-NY! Dlaczego nie ubłagałam ich o przepis?! Nie przepadam za ciastami, ale ten sernik jest tak pyszny, tak doskonały, że blaszkę zjadłabym na raz. Szkoda tylko, że nie mamy możliwości delektować się nim dłużej – siedzimy tu prawie dwie godziny! Powinniśmy już dojeżdżać na lotnisko… Ekspresowo płacimy i pędem rzucamy się w stronę samochodu. I znów nie zobaczyliśmy dokładniej Reykjaviku, ale może będzie jeszcze okazja.

Spóźnimy się na lot!

Na lotnisko dojeżdżamy o równej 20:30. W biurze wypożyczalni widzę młodą dziewczynę. Po angielsku nieśmiało zadaję pytanie, czy może mówi w języku polskim. Strzał w dziesiątkę – Polka! Sympatyczna dziewczyna szybko ogląda samochód i każe nam wskoczyć do busa – wie, że bardzo się spieszymy, obiecuje odwieźć nas pod terminal w trybie ekspresowym. Daleko nie mamy, ale autem rzeczywiście już po krótkiej chwili przekraczamy drzwi terminala. Ciśnienie trochę nam już podskoczyło, już widzimy się w długiej kolejce i słyszymy jak wywołują nasze imiona, a tu jest… całkowicie pusto. Do kontroli bezpieczeństwa jesteśmy bez kolejki. Rzeczy sprawdza nam kolejna Polka kończąca właśnie zmianę.

Wszystko idzie tak szybko i sprawnie, że nie wiedzieć kiedy jesteśmy już pod bramką. Mamy nawet wciąż chwilę na poszwendanie się po lotnisku, jednak niestety większość sklepów jest już zamknięta. W jednym z nielicznych udaje się nam jeszcze zrobić ostatnie zakupy w postaci lukrecjowego likieru. Dopiero w domu doczytam, że jest on z dodatkiem soli morskiej. Słodko-słony likier to ciekawe doświadczenie, ale moje kubki smakowe niekoniecznie wykazują entuzjazm. Nie wciśniemy go do plecaka, więc pytam, czy możemy dostać reklamówkę. Kosztuje ileś tam koron, ale nie mamy gotówki. Już mamy odchodzić, gdy Islandka podaje nam torebkę z uśmiechem przewracając oczami.

Wchodzimy na pokład, zajmujemy miejsca. Wydawało się, że samolot będzie średnio zapełniony, ale było to jednak złudne wrażenie. Jest szczelnie wypełniony. Po starcie próbuję wypatrzeć jeszcze na niebie zorzę, ale niestety tym razem nie mam szczęścia. Lot przesypiam – po tylu wrażeniach organizm w końcu nie wytrzymał. Gdy lądujemy z powrotem w Polsce żal mi, że tak krótko trwała ta nasza kolejna przygoda, ale obiecuję sobie, że to jeszcze nie koniec. Wtedy nie wiem jeszcze, że na Islandię wrócimy na trochę dłużej już za 3 miesiące…

Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu? Zajrzyj koniecznie do pozostałych relacji z Islandii!

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Islandia: Foki i gorące źródło Landbrotalaug - atrakcje półwyspu Snaefellsnes, część IV

Powiązane wpisy

Booking.com

6 Comments

  1. Dee Lukasik

    Zawsze chciałam jechać na Islandię, ale surowa baranina marynowana w sosie lukrecjowym sprzedała mi ten kraj na całego. Do tego ten boski tunel o nazwie do niewymówienia, po prostu wow

    Odpowiedz
  2. Ryś

    Ach, tym serniczkiem narobiłaś mi apetytu ;) A widoki robią swoje, chętnie bym na Islandii została na dłużej, ale niestety drogo tam okrutnie. Spanie pod namiotem też raczej nie wchodzi w grę, trzeba by wynająć kamper ;)

    Odpowiedz
  3. Marcel

    Islandia to moje wielkie marzenie. Moja mama płynie tam w przyszłym tygodniu, chętnie podzielę się z nią tym postem!

    Odpowiedz
    1. Monika BorkowskaMonika Borkowska (Autor posta)

      Polecam też pozostałe części relacji! Tak sie składa, że my w przyszłym tygodniu też ponownie ruszamy w tamte strony – może gdzieś przypadkiem spotkamy Twoją mamę? :)

      Odpowiedz
  4. Latamy z Warszawy

    Niedługo będziesz prawdziwą ekspertką od wypraw na Islandię :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Nie miałabym nic przeciwko – ten kierunek totalnie mną zawładnął! :D

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close