Islandia: Z pogodą nie ma żartów

Dzień 3, 10.03.2017 cz. 2/2

Islandia zwana jest krainą lodu i ognia – określenie to jest jak najbardziej trafne, bo tuż obok siebie istnieją tam czynne wulkany i ogromne lodowce. Mieszanka dosłownie wybuchowa. Właśnie w wyniku erupcji wulkanu i towarzyszącego temu roztopieniu fragmentu lodowca, w 1996 roku zmyte z powierzchni ziemi zostały kilometry drogi na południu wyspy. Połączenie bardzo niebezpieczne, ale też piękne.

Kolejnym punktem z naszej listy miał być Svartifoss (foss to po islandzku wodospad), ale w parku narodowym Skaftafell ruszyliśmy najpierw w kierunku czegoś, czego w ogóle nie planowaliśmy. Ba… nawet nie wiedzieliśmy, że będziemy mieć tam taką możliwość. O podejściu do lodowca marzyłam, odkąd zobaczyłam w Internecie zdjęcia z Argentyny. Jednak nie trzeba lecieć aż tam, żeby zobaczyć coś tak niezwykłego. Skaftafellsjokull (jokull = lodowiec) – pokazał się nam już w trakcie jazdy w tym kierunku. Bardzo chciałam podejść i przyjrzeć mu się z bliska. Auto zostało na parkingu pod centrum informacyjnym, a my udaliśmy się w około 2 kilometrowy spacer. Byłam przekonana, że zobaczymy go z odległości kilkuset, ewentualnie przy dobrych wiatrach kilkudziesięciu metrów, na miejscu jednak nic nas od niego nie odgradzało – lodowiec można było dotknąć! Już z daleka widać było jego potęgę – ludzie byli tylko niewielkimi punkcikami przy tej masie lodu.

Lód był spękany i poznaczony śladami ziemi – czoło lodowca zaryło w ziemię. W lodowcowej lagunie pływały nieliczne bryły lodu oderwane od lodowca. Latem musi ich być znacznie więcej. Przy lodowcu kolejny raz zauważyłam, że lód – podobnie jak i śnieg – ma pod odpowiednim kątem niebieskie zabarwienie. U nas takiego koloru nie uświadczy się przez zanieczyszczenia w powietrzu, na Islandii jednak powietrze jest najczystsze w całej Europie.

Spod Skaftafellsjokull przejść można również pod Svinafellsjokull – lodowiec nieco mniejszy, ale z daleka widać było, że jeszcze ładniejszy, bo intensywnie zabarwiony na niebiesko. Trasa biegnie przez 1,6 kilometra w jedną stronę, jednak odpuściliśmy dodatkowy spacer i wróciliśmy na parking coś przekąsić. Kusiło mnie zobaczenie też tego drugiego lodowca, ale nasze żołądki domagające się jedzenia tym razem wygrały. I w sumie dobrze się stało…

Po szybkim posiłku mieliśmy udać się wreszcie pod Svartifoss, ale coś tknęło mnie, żeby zapytać o ten wodospad w centrum informacyjnym. Chciałam się dowiedzieć, czy o tej porze roku w ogóle możliwe jest podejście pod tę kaskadę – za budynkiem zobaczyłam zawieszoną na sznurku kartkę z informacją, że szlak jest zamknięty dla wszystkich poza obsługą. Chłopak w punkcie zamiast udzielić odpowiedzi natychmiast zapytał, czy mamy hotel po czym dopiero wyjaśnił, że wejście pod wodospad jest w tej chwili niemożliwe, bo właśnie ewakuują cały teren. I że mamy uciekać. Dokładnie takiego stwierdzenia użył… To plus lekki strach w jego oczach wyglądało poważnie. Przyczyną była nadchodząca potężna burza. Kazał nam się jak najszybciej zbierać, szkoda tylko że nie powiedział, w którą stronę należy uciekać przed frontem. Dobrze że nie poszliśmy nad ten drugi lodowiec. Zwinęliśmy się z parkingu, ale musieliśmy jeszcze zatankować. Na stacji spotkaliśmy ponownie parę, z którą robiliśmy sobie nawzajem zdjęcia pod lodowcem. Zupełnie nie spodziewali się tego, co nadchodzi, więc ich ostrzegliśmy. Zrozumieli powagę sytuacji, bo po chwili już ich nie było. Każdy pojechał w swoją stronę, ale okazało się, że oni mieli więcej szczęścia – ich trasa wiodła w bezpieczniejszym kierunku. My zaś wjechaliśmy prosto w środek tego szaleństwa.

Nie odjechaliśmy daleko, bo już po kilku kilometrach zaczęło się. Zrobiło się ciemno, zaczęło padać i zerwał się niesamowicie silny wiatr. Tak silny, że momentami trudno było zapanować nad kierownicą. Kilka razy zdarzyło się nawet, że samochód został nieco zepchnięty z drogi. Zatrzymaliśmy się na chwilę w miejscowości Hof – liczyliśmy, że może jakimś cudem wiatr zaraz uspokoi się, niestety jednak robiło się coraz gorzej. Sądziłam, że wiatr będzie od strony oceanu, ale wichura wiała o dziwo od strony gór, mimo że byliśmy dosłownie tuż pod nimi. Nasza sytuacja była niewesoła. Postanowiliśmy tam chwilę przeczekać. Oczywiście mimo panujących warunków nie mogłam tak po prostu zostać w aucie…

Hof to małe miasteczko. Wielu turystów pomija je na swojej trasie, ale my wiedzieliśmy już wcześniej, czego warto tam szukać. Już w czasach epoki żelaza na Islandii praktykowano pokrywanie domów murawą – zabieg ten miał zapewnić izolację dla ludzi i zwierząt gospodarskich w tych trudnych warunkach klimatycznych. Dodatkowo budynki powstawały w oparciu o kamienie i drewniane bale, które miały zapewnić stabilność. Obecnie na Islandii buduje się domy z drewna, dawna praktyka została zaniechana, ale wciąż można znaleźć na wyspie zachowane urokliwe budowle. Jedną z nich jest właśnie poświęcony św. Klemensowi kościół parafialny w Hof – Hofskirkja. Powstał on w 1884 roku i był ostatnim murowanym kościołem zbudowanym w tym architektonicznym stylu. Kościół jest utrzymywany obecnie przez Muzeum Narodowe.

Budynki murowane były szeroko rozpowszechnione na Islandii, gdzie darń była używana w domach zarówno ubogich, jak i zamożnych mieszkańców, a także we wszystkich typach pozostałych budynków użytkowych jak stajnie i kościoły. Obecnie już tylko kilku rzemieślników praktykuje ten styl, a wiedza o nim przekazywana jest głównie przez sektor dziedzictwa kulturowego.

Wokół Hofskirkja zobaczyć można szachownicę dziwnie wybrzuszonych fragmentów terenu. To nic innego jak cmentarz. W niektórych miejscach wbite są krzyże. W marcu cale piękno i magia tego miejsca gdzieś wyparowały, ale wiosną i latem – gdy wszystko jest soczyście zielone – wygląda ten kościółek naprawdę niesamowicie. Poszukajcie w Internecie zdjęć, a zobaczycie, o czym mówię. Kiedyś na pewno wrócimy tam i wakacyjną porą..

Pogodowe szaleństwo nie ustawało, więc postanowiliśmy mimo wszystko ruszyć. Do noclegu mieliśmy jakieś 75 km i sporo czasu, więc w tempie ślimaka posuwaliśmy się naprzód. Mąż uważnie trzymał kierownicę nie rozpraszając się patrzeniem na boki. Przyznam szczerze, że chyba nigdy tak się na drodze nie bałam.

Szczyty gór i wulkanów tonęły w chmurach, tylko czasem mogliśmy zobaczyć spływający ze zbocza lodowiec czy jakiś niewielki wodospad. Nie zwracaliśmy jednak za bardzo uwagi na otaczający nas krajobraz, trzeba było skoncentrować się na drodze.

Mimo koszmarnych warunków, dotarliśmy jakimś cudem do Jokulsarlon. Tam też wiało, ale jakby słabiej. Lagunę zostawiliśmy na kolejny dzień, ale zajrzeliśmy na lodową plażę – Jokulsarlon Ice Beach. Plaża ta wzięła swoją nazwę od gigantycznych brył lodu wyrzucanych tam na brzeg. Lód odłamany z pobliskiego lodowca wpływa z laguny Jokulsarlon wąskim przesmykiem do oceanu, a tam fale wyrzucają go na dwie pobliskie plaże. Spędziliśmy tam niewiele czasu, ponieważ było przeraźliwie zimno i padał deszcz. Tak zacinało, że aż twarz bolała… Ciągle dostawało się albo lodowatymi kroplami deszczu albo czarnym piaskiem z plaży. Albo i tym i tym na raz.

Plaża słynie z gigantycznych brył lodu o pięknym niebieskim zabarwieniu, jednak żadnych spektakularnych fragmentów lodowca niestety nie odnaleźliśmy. Było zimno, mokro, a na plaży leżały liche bryłki, które bez problemu można było podnieść. Rozczarowało mnie to miejsce. Może w promieniach słońca całość prezentowałaby się zupełnie inaczej, ale na jakikolwiek prześwit w chmurach nie mieliśmy co liczyć. Nie byliśmy jedynymi desperatami będącymi na tej plaży. Mimo warunków zatrzymywało się tam całkiem sporo osób, wszyscy jednak dość szybko stamtąd uciekali.

Postanowiliśmy odwiedzić tę plażę raz jeszcze następnego dnia – miała jeszcze jedną szansę na oczarowanie nas.

W trakcie dalszej jazdy dwukrotnie w drodze widzieliśmy znaki ostrzegające przed reniferami. Przed wyjazdem czytałam, że renifery występują tylko na wschodzie wyspy, ale po cichu liczyłam, że może jednak uda się nam je spotkać. Niestety jedynym reniferem, a raczej jego częścią zobaczoną przez nas było poroże, które leżało sobie dla ozdoby przed recepcją naszego obiektu. A tak chciałam zobaczyć na żywo te zwierzęta…

Po ok. 35 kilometrach byliśmy w naszym guesthoue. Warunki zdecydowanie nie zasługiwały na cenę, ale w tej okolicy niewiele jest miejsc noclegowych, przez co i konkurencja jest mniejsza. Właściciele poszczególnych kwater mogą dowolnie windować swe ceny.

W recepcji dopytałam o prognozę pogody na następny dzień. Uczynny chłopak zaraz wszystko sprawdził i poinformował nas, że o północy opady mają ustać i że z biegiem dnia oraz zbliżania się do Reykjaviku ma być coraz lepiej. Ucieszyła nas ta wiadomość. Jednak szybko wróciłam na ziemię, bo dotarło do mnie, że rano mieliśmy rozpocząć naszą podróż powrotną do stolicy, z której z kolei w niedzielę mieliśmy odlecieć z powrotem do Warszawy.

Gdy już chwilę odpoczęliśmy i wysuszyliśmy zamoczone przy Jokulsarlon Ice Beach rzeczy, nabraliśmy ochoty na spróbowanie islandzkiego piwa. Cena 1000 koron (38zł) za butelkę 0,33 l skutecznie nas jednak odwiodła od tego szalonego pomysłu. W sklepie prawdopodobnie byłoby ciut taniej, ale po pierwsze – żadnego w najbliższej okolicy nie było, po drugie – pewnie cena i tak nie zeszłaby poniżej 25-30 zł. Zrobiliśmy sobie kolację i udaliśmy się na odpoczynek po ciężkiej poprzedniej nocy (kiepsko spałam przez to polowanie na zorzę ) i jeszcze cięższym dniu, w trakcie którego islandzka pogoda postanowiła nam pokazać, kto tu rządzi. Dobrze chociaż, że dróg tym razem nie pozamykali… Ponoć zimą się to często zdarza. Widzieliśmy tylko przygotowane do takich akcji szlabany.

Byłam zmęczona, ale wciąż miałam problem z uśnięciem. Cały czas słyszałam, że coś szumi za oknem, ale sprawdzałam kilkukrotnie i deszcz przestał padać… Dźwięk był dziwny, ale w końcu przestał mi przeszkadzać i odpłynęłam w objęcia Morfeusza.

Islandia: Rogate szczęście
Islandia: Cuda natury

Powiązane wpisy

7 Comments

  1. Magda

    Islandia jest na górze mojej listy miejsc do zobaczenia. Niesamowita! Podróżowaliście w marcu?

    Odpowiedz
  2. Justyna

    Oj, ja jeszcze cały czas marzę o Islandii! Jednak już czuję, że niedługo ją odwiedzę :D Przepiękne zdjęcia!

    Odpowiedz
  3. Ewa

    Kościół w Hof i cmentarz wyglądają bajecznie, tylko ten śnieg…brr! ;) Właśnie pogoda i opisywane wichury to coś, co wciąż sprawia, że jeżdżę w cieplejsze kraje niż Islandia. A szkoda, bo tak bardzo chciałabym zobaczyć ten cudny kraj, tylko mnie jest zimno niemal zawsze, więc obawiam się, że średnio zniosę islandzki klimat… przesadzam?

    Odpowiedz
  4. Olka

    Pogoda rzeczywiście bywa mocno nieprzewidywalna. A chyba na Islandii generalnie wszyscy są przyzwyczajeni, że do idealnych to warunki atmosferyczne tam nie należą.

    Odpowiedz
  5. Klaudia

    Marzy mi się Islandia. W przyszłym roku planuję tam polecieć :) Pozdrawiam

    Odpowiedz
  6. Places and Plants Blog

    Cmentarz Hofskirkja – petarda! Wilk juz był na Islandii ale chciałby wrócić więc mamy na liście to see :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Ja z kolei marzę, żeby zobaczyć to miejsce wtedy gdy trawa jest soczyście zielona, więc też muszę tam wrócić :)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close