Malta: Blue Lagoon


10.10.2015 – dzień 4

Po intensywnym trzecim dniu, w którym zaliczyliśmy długą wędrówkę w spiekocie i wietrze Gozo, liczyłam na solidny odpoczynek. Ale się przeliczyłam. Ok. 2:00 w nocy, gdy już smacznie spałam, nagle do naszego obiektu wpadła grupka Polaków, którzy wydzierali się i śmiali tak, jakby to dzień był. Na nic zdały się głośne uwagi, że tam się śpi. Pobudzili wszystkich, ale na szczęście nagle zabrali się gdzieś do któregoś z pokoi, z którego jedynie co jakiś czas słychać było wybuch śmiechu lub szuranie krzesłami. Dobrze, że nie byli na naszym piętrze bo chyba bym udusiła każdego po kolei. Albo ewentualnie pozostałoby przyłączenie się do towarzystwa…

W sumie nasz gospodarz ostrzegał, że w trakcie drugiej nocy, około północy, przyjedzie grupka z Krakowa. Ponoć byli tam już piąty raz. Rano spotkaliśmy dwóch delikwentów w trakcie wymeldowania. Sympatyczne chłopaki, szkoda tylko, że w nocy dali taki pokaz swoich możliwości…

Po nagłej pobudce w środku nocy miałam duży problem z ponownym zaśnięciem, bo nad morzem co raz przetaczały się bardzo silne burze. Non stop błyskało i słychać było huk piorunów. W końcu ze zmęczenia po prostu padłam. Pobudka rano do najprzyjemniejszych nie należała, szczególnie że wyglądało na to, że pogoda pokrzyżowała nam plany. Mieliśmy zobaczyć ruiny megalitycznych świątyń na Gozo, rzucić okiem na Mgarr i udać się do słynnej Błękitnej Laguny na Comino. Przechodzące co raz krótkie i nagłe opady deszczu i burze postawiły rejs na Comino pod znakiem zapytania.

Postanowiliśmy zastanowić się nad wycieczką do laguny będąc już w Mgarr.. Pogoda była tak zmienna, że mogło się wydarzyć naprawdę wszystko.

Malta dzień 4 (1)

Najpierw udaliśmy się do centrum Marsalforn, by tam złapać autobus linii 322 jadący do Mgarr, ale po drodze zahaczający o miejscowość Xagħra (czyt. Szagra).

Gdy tylko zobaczyliśmy nasz autobus stojący na przystanku, rzuciliśmy się do niego biegiem. Nie było to proste, bo objuczeni byliśmy jak wielbłądy – wypchane plecaki, torby i aparat foto nie ułatwiały sprintu. Gdy już dobiegliśmy, jakaś kobieta stwierdziła, że możemy złapać oddech, bo czekamy na zmianę kierowcy… I tak czekaliśmy sobie z 10 min…

Wysiedliśmy na przystanki Vial, ponieważ niedaleko znajduje się zabytkowy młyn z wiatrakiem. Po pobycie w Holandii mam jakieś zboczenie na ich punkcie ;) Niestety wiatrak był w remoncie – cała jego czasza wraz z łopatami została zdjęta, więc mogliśmy zobaczyć jedynie mało interesującą podstawę, która nie zachęciła nas do wejścia do środka. Kawałek dalej znajduje się budynek z kasą biletową oraz niewielkim centrum informacyjnym dotyczącym tamtejszej megalitycznej świątyni – Ggantija.

Malta dzień 4 (2)

Bilet wstępu na teren wokół pozostałości świątyni to 9 euro od osoby dorosłej. Jak się później okazało, bilet ten uprawnia również do zwiedzenia wspomnianego młynu. Dowiedzieliśmy się o tym, będąc już z powrotem na głównej wyspie Malty… Ale jakoś niespecjalnie było mi szkoda.

Wraz z nami na zwiedzanie pozostałości świątyni udało się kilka niemieckich wycieczek, więc momentami było ciasno. Dlatego też szybko przeszliśmy przez maleńką wystawę informującą o tym miejscu i wyszliśmy na zewnątrz zobaczyć ruiny.

Ggantija to najważniejszy zabytek Gozo wzniesiony w połowie IV tysiąclecia p.n.e. Ruiny przez wieki pozostawały zasypane ziemią, ale miejscowi uważali to miejsce za święte. Ponad powierzchnię wystawało tylko kilka najwyższych głazów. Obecnie odkopane pozostałości można zwiedzać, wewnątrz budowli rozstawione zostały tablice z przystępnie podanymi najważniejszymi informacjami.

Malta dzień 4 (5)

Malta dzień 4 (7)

Gdy kończyliśmy już zwiedzać pozostałości świątyni nagle niebo zakryły ciemne chmury i zaczęło groźnie grzmieć. Liczyłam, że burza przejdzie bokiem, ale akurat jak udaliśmy się już do wyjścia, z nieba lunęło. Na szczęście byliśmy na to przygotowani. Dobra i lekka parasolka to podstawa takich wyjazdów.

Zrobiliśmy jeszcze małe zakupy w okolicznym sklepie i po kilkunastu minutach oczekiwania udaliśmy się do Mgarr. Interesowało nas kilka miejsc w tym mieście – m.in. stary fort położony nad portem.

Gdy tylko wysiedliśmy z autobusu, od razu doskoczyli do nas sprzedawcy rejsów na Comino. Jeden z nich – nie słysząc nawet że rozmawiamy po polsku, stwierdził że jesteśmy Polakami i żebyśmy udali się za nim. Do tej pory nie wiem, skąd to wiedział… Zaprotestowałam, ale nalegał. Ostatecznie co nam szkodziło wysłuchać jego oferty. Comino nas interesowało, więc może miał coś ciekawego do zaproponowania. Podprowadził nas do niewielkiego stoliczka ocienionego parasolem naprzeciw terminala promowego i przekazał nas w ręce jakiegoś młodego chłopaka. Okazało się, że chłopak miał na imię Dorian i był Polakiem. Szybko udzielił nam niezbędnych informacji, odpowiedział na pytania. Do kolejnego rejsu mieliśmy ponad godzinę, więc udaliśmy się do fortu górującego nad portem. Mieliśmy godzinę na zastanowienie się, czy chcemy skorzystać z oferty czy też tego dnia odpuszczamy sobie Comino. Pogoda ciągle była w kratkę.

W upale, z bagażami doczołgaliśmy się w końcu na górę do fortu. A tam – nie ma nic… Wewnątrz starych murów znajduje się parking, jakieś bloki oraz plac budowy z tablicami informacyjnymi o zakazie wstępu. Daleko nie zaszliśmy, zdecydowaliśmy się wrócić i popłynąć na wysepki. Jakoś upał tego dnia dawał nam się mocno we znaki, do tego napchane bagaże mocno ciążyły, więc odpoczynek był jak najbardziej wskazany. Miałam nadzieję, że pogoda nie wywinie nam  żadnego numeru.

Malta dzień 4 (15)

W łazience na terminalu promowym przebraliśmy się w stroje kąpielowe i tak przygotowani zakupiliśmy u Doriana bilety. Za rejs zapłaciliśmy 15 euro od osoby. W cenę wliczony miał być powrót na Maltę przez groty Comino i Cominotto. Standardowo takie rejsy z i z powrotem na Maltę wahają się w cenach 8-10 euro, ale muszę dodać, że zależało nam na czasie. Pogoda była kapryśna, więc trzeba było wykorzystywać każdą minutę słońca. Poza tym i tak musieliśmy jakoś wrócić na Maltę – płynięcie promem wiązało się z wydatkiem 4,95 euro za osobę, więc rejsem na Comino tak dużo nie przepłaciliśmy. No i nie pływaliśmy w kółko. Zostaliśmy przy okazji ostrzeżeni, że zdarzają się pracownicy innych firm, którzy obiecują późniejszy transport na Maltę, ale nie wywiązują się z danego słowa i turysta jest zostawiony sam sobie na Comino. Mieliśmy jednak szczęście i dobrze trafiliśmy. A raczej dobrze nas zaciągnięto.

Dorian poinformował nas jeszcze, że tego dnia kursy między Gozo, Comino i Maltą obsługują tylko oni (ekipa z Gozo), ponieważ ekipa z Malty zrobiła sobie wolne ze względu na brak chętnych spowodowany kiepską pogodą. Miało to ułatwić nam powrót, bo ekipa z Gozo się podzieliła. Jak się okazało, wracaliśmy najprawdopodobniej z ekipą z Malty, więc może zdecydowali się jednak pracować tego dnia?

Jako że do odpłynięcia było jeszcze 20 min., usadowiliśmy się w łodzi na wybranym miejscu i czekaliśmy. Początkowo poza nami nie było więcej chętnych. Ruszyliśmy w końcu o 12:50. Na łódź wsiadła jeszcze jedna para zdecydowana na kąpiel w błękitnej Lagunie w takich warunkach. A dodatkowo gdy odpłynęliśmy, nasz kapitan odebrał telefon – okazało się, że znalazło się jeszcze dwóch chętnych, którzy zostali przyprowadzeni na koniec portu – tam też na nich czekaliśmy.

Malta dzień 4 (19)

Ostatnie spojrzenie na Mgarr i popłynęliśmy. Zaczęło padać… Do tego fale coraz silniej rozbijały się o brzeg łodzi, ale jakoś dotarliśmy. Miałam nadzieję, że w Błękitnej Lagunie fal nie będzie. I w sumie nie było. Gdy byliśmy już na miejscu, okazało się, że mamy czas nie do 17:00 o której wcześniej była mowa, a do 16:00. I rejs powrotny do Cirkewwy miał odbyć się z pominięciem grot. Zaprotestowałam mówiąc, że według słów Doriana rejs miał być przez groty i koniec kropka. W końcu za to płaciliśmy dodatkowe 5 euro od osoby. Nie dość, że ucięli nam godzinę, to jeszcze i to miało zostać odjęte? Nie ma mowy! Jakby się okazało, że przez groty nie popłyniemy, zażądałabym zwrotu tej dodatkowej opłaty. Przedstawiciel firmy chyba nieco się przejął moją reakcją, bo nie wdawał się w dyskusje tylko stwierdził, że zobaczy co da się zrobić.

Od razu udaliśmy się na skały w pobliżu tego niby-portu. Woda faktycznie była błękitna, szczególnie, gdy świeciło słońce. Jednak najczęściej ledwo przebijało się ono przez chmury, przez co efekt koloru wody nie był tak spektakularny, jak to widać na zdjęciach (niekoniecznie tych przesadnie podrasowanych!) w internecie.

Malta dzień 4 (20)

Na Blue Lagoon byli czujni ratownicy – gdy tylko ktoś kajakiem przepłynął przez linię kąpieliska, od razu rozlegał się gwizd. Niestety ratownicy nic nie mogli poradzić na rzadko, ale jednak pojawiające się w wodzie meduzy. Nie miałam zamiaru sprawdzać, czy są niebezpieczne dla człowieka, jednak jedna z nich otarła się o moją nogę akurat gdy wychodziłam z wody. Na szczęście nie zderzyłam się z jej parzydełkami.

Po powrocie do domu przeglądając zdjęcia rzuciło mi się w oczy, że meduza, którą widziałam na Błękitnej Lagunie przypomina dość mocno meduzę, przed którą ostrzegano na rozstawionych przy niektórych kąpieliskach tablicach informacyjnych. Z tym otarciem się jej o nogę miałam duuużo szczęścia –  meduza świecąca jest jedną z najbardziej niebezpiecznych meduz występujących u wybrzeży Malty. I występuje najliczniej. Kontakt z nią kończy się trudno gojącymi się ranami. Gdy trafi się na ich większość ilość, spotkanie takie może zakończyć się tragicznie… Wtedy doznałam olśnienia. Gdy się suszyliśmy na brzegu, z wody wyszła jakaś Azjatka z niesamowitym bólem wymalowanym na twarzy. Trzymała się za rękę, na której widać było czerwone ślady. Wychodzi na to, że niestety nie miała tyle szczęścia w kontakcie z meduzą, co ja.

Malta dzień 4 (31)

Po jakimś czasie zrobiło się wyraźnie chłodniej. Wydawało się, że woda jest cieplejsza od powietrza, ale i tak i tak było zimno. Przebraliśmy się i jako że zbliżała się już 16:00, udaliśmy się do niby-przystani. Skrócenie plażowania wyszło nam w tym wypadku na dobre, chociaż żałuję trochę, że nie mieliśmy czasu na obejście tej wysepki.

Gdy przypływały kolejne łodzie, zrobił się chaos. Na początek nawoływano ludzi z niebieskimi biletami, ale i te niebieskie były różne. Ciągle ktoś podchodził, pytał i odchodził z informacją, że ma czekać na kolejną łódź. Przy kolejnej sytuacja się powtarzała. W końcu przypłynęła spora łódź, do której wsiadali ludzie z niebiesko- białymi biletami. Podeszłam z naszym biało- czerwonym i okazało się, że też możemy płynąć.

Malta dzień 4 (23)

Usadowieni wygodnie z całym naszym majdanem czekaliśmy, aż łódź odpłynie. Ostatni maruderzy zagubieni na przystani wsiedli i ruszyliśmy. Już na pokładzie dopytałam,czy płyniemy przez groty. Gdy łódź skręciła w ich kierunku, pan, którego pytałam o możliwość ich zobaczenia wymienił ze mną porozumiewawcze spojrzenie. Miałam wrażenie, że groty te nie były w planach, ale zmieniono trasę. Może się jednak mylę. Opłynęliśmy dość szybko wszystkie groty o najróżniejszych kształtach i z dużym przechyłem na lewą stronę (fale plus wszyscy przeszli na jeden bok ze względu na groty) dopłynęliśmy do portu w Cirkewwie.

Malta dzień 4 (26)

Wsiedliśmy w autobus linii 41 – zależało nam na dostaniu się do wioski Popeye’a. Niestety gdy dostaliśmy się do przystanku, z którego ruszał autobus do wioski (przystanek nazywa się Skrajda i jeździ z niego linia 237), okazało się że został nam ostatni kurs. Jako że nie wiedzieliśmy jak będziemy mogli wrócić (przy ruchliwych ulicach Malty chodzenie na piechotę po drodze bez pobocza naprawdę nie wszędzie jest dobrym pomysłem), odpuściliśmy i udaliśmy się do Tarxien (czyt. Tarszien), w którym mieliśmy nocleg. Jak się później okazało, dojście z tego przystanku do Popeye’s Village nie stanowi większego problemu, ale o tym będzie przy okazji jednego z kolejnych wpisów.

Spojrzałam jeszcze tylko na zatokę w Melieha i prawie pustą plażę i ruszyliśmy.

Malta dzień 4 (27)

Żeby dostać się do Tarxien, musieliśmy dotrzeć najpierw do Valetty. W autobusie padłam, zupełnie nie byłam w stanie zwalczyć uczucia senności. Obudziłam się niedługo przed Valettą i ujrzałam przez okna autobusu jedyne chyba na wyspie miasto, w którym rosną potężne drzewa. Sama Valetta jest niewielka, liczy sobie ok. 6-7000 mieszkańców, jednak cała „aglomeracja” jest już znaczna – to ok. 300 000ludzi! Pozostałe 100 000 maltańskiej populacji zamieszkuje całą resztę wyspy i Gozo. Granice między miastami są tak zatarte, że nie da się odczuć czy jest się nadal w Valetcie czy już gdzie indziej.

Autobus linii 41 zatrzymał się na głównym dworcu, którym jest ogromne rondo. Po jego jednej stronie pasażerowie wysiadają, a z drugiej znajduje się co najmniej 10 przystanków, z  których ruszają autobusy do wszystkich zakątków wyspy. Początkowo nie wiedzieliśmy o tym dworcu z przystankami, więc próbowaliśmy wsiąść do autobusu linii n 81 na rondzie, kierowca burknął jednak, że wsiada się po drugiej stronie. I tak znaleźliśmy te przystanki kupując przy okazji kolejne pyszne pastizzi nadziane tym razem grochem.

Malta dzień 4 (28)

Podróż z Cirkewwy do Valetty zajęła nam jakąś godzinę… Nie spodziewałam się, że będzie trwało to aż tyle. Do tego doliczyć trzeba kilkanaście minut na trasę do Tarxien. Na szczęście hotel mieliśmy niedaleko przystanku. Budynek naszego miejsca noclegu – Bowyer House – wyglądał najlepiej i najokazalej w całej okolicy, ale już o pokoju tego nie mogę powiedzieć. Owszem, był bardzo duży, z trzema łóżkami i łazienką oraz śniadaniem w cenie, ale już od progu zatykał smród pleśni i niewietrzenia. Jedyne maleńkie okienko znajdowało się na poziomie gruntu. Drzwi od łazienki były totalnie pokryte grzybem. Jednak mieliśmy zostać w tym miejscu tylko jeden dzień, więc dało się to wszystko jakoś przeżyć. Z rana w planach było ruszenie na cotygodniowy, niedzielny targ rybny w Marsaxlokk (czyt. Marsaszlok).

Malta dzień 4 (29)

(Visited 899 times, 1 visits today)
Malta: Targ "rybny" w Marsaxlokk
Malta: Azure Window

Powiązane wpisy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close