Malta: Blue Grotto i Ħaġar Qim


7.10.2015, dzień 1 – cz. 1/2

Pierwszy dzień wyjazdu był istnym szaleństwem i zderzeniem z maltańską rzeczywistością (tak w sensie pozytywnym jak i niestety trochę negatywnym, bo przeliczyłam się solidnie z możliwościami poruszania się po wyspie), ale zacznę od początku.

Po zupełnie bezsennej nocy wyjechaliśmy z domu z lekkim opóźnieniem (jakoś po 3:00…), na szczęście na lotnisku nie było tłumów, więc na spokojnie zdążyliśmy na nasz pierwszy tego dnia lot z Modlina do Bolonii. Lot odbył się o czasie i już ok. 10:20 kręciliśmy się po bolońskim porcie lotniczym. Lotnisko w Bolonii nie należy do dużych, ale jest sporo większe od portu w Modlinie. Mam wrażenie, że jest bardziej od Modlina chaotyczne. Przykładowo kolejki do bramki do samolotu oznaczone są jako priorytetowa i zwykła dopiero tuż przy bramce w trakcie boardingu. Jeśli stoi się w długim ogonku, to nie wiadomo czy należy przejść na lewą stronę, czy na prawą. Później długo czekaliśmy na autobus lotniskowy.

Gdy wpuszczono nas w końcu do samolotu, od razu poszłam spać. Na szczęście tuż nad Maltą się obudziłam – szkoda byłoby przegapić takie widoki. Widać było i całe Gozo i Comino i właściwą wyspę Malty. Cały kraj widoczny jak na dłoni. Moją uwagę zwróciła w szczególności widziana już daleko z góry Błękitna Laguna przy wyspie Comino. Woda miała niesamowicie magiczną, lazurowo- mleczną barwę. Szkoda, że nie widać tego na zdjęciach.

Malta dzień 1001

Fot. Pierwsze spojrzenie na Maltę

Gdy wylądowaliśmy, udaliśmy się do informacji turystycznej zaczerpnąć najpotrzebniejszych informacji, a następnie stanęliśmy w ogonku do zakupu biletów na transport po wyspie. Kolejka do okienka firmy odpowiedzialnej za komunikację w tym niewielkim kraju była dość spora, ale szybko przekonaliśmy się, że warto było swoje odstać. Niegdyś bilet siedmiodniowy kosztował jedynie ok. 7 euro, obecnie zakup takiego tygodniowego biletu na niespersonalizowanej karcie Talinnja wiąże się z kosztem 21 euro od osoby. Jednak mimo tej dużej różnicy, jeśli planuje się zwiedzić dokładnie Maltę, warto zainwestować. Bilet na pojedynczy przejazd zakupiony u kierowcy to koszt 2 euro. Jeżeli jeździlibyśmy na takich biletach, to praktycznie po dwóch dniach wyjazdu musielibyśmy zapłacić więcej niż te 21 euro.

Przystanki autobusów z jasno rozpisanymi godzinami odjazdów poszczególnych linii znajdują się po prawej stronie od wyjścia z lotniska. Autobusy jeżdżą w różne miejsca. Gdy wyszliśmy na zewnątrz, uderzyło nas cudownie ciepłe powietrze i oślepiło słońce. Prognozy zapowiadały burze w trakcie całego naszego pobytu, ale jakoś ne było widać zbliżających się ciemnych chmur. Udaliśmy się na przystanek linii nr 201 – zwiedzanie Malty chcieliśmy rozpocząć od wypłynięcia łodzią do Błękitnej Groty. Niestety autobusu na horyzoncie nie było widać. Jak się później okazało, stał niedaleko przystanku, ale z niewiadomych powodów podstawił się opóźniony o jakieś 20 min. Podjechał, ale z błędnym numerem, którego na żadnym rozkładzie nie było. Powstało niemałe zamieszanie do którego włączył się jeden z pracowników lotniska, który odnotowywał w swym kajeciku bodajże odjazdy autobusów. Może jakiś kontroler? Rzucił tylko, że dosłownie zaraz autobus się podstawi. I faktycznie, po chwili siedzieliśmy już z aktywowaną kartą w pojeździe. Kartę każdorazowo przy wsiadaniu do autobusu należy przyłożyć do czytnika. Jeżeli jedzie się z nieważnym biletem należy liczyć się z karą wynoszącą 50 euro.

Daleko nie zajechaliśmy. Już w miejscowości Żurrieq zostaliśmy uziemieni, ponieważ kierowca próbując wyminąć inny stojący na przystanku autobus, tak przyhaczył lewym lusterkiem, że o mało go nie wyrwał. To było do przewidzenia po jego sposobie jazdy… Na drugim autobusie zostało jedynie kilka niewielkich czarnych śladów, które zapewne dałoby się łatwo usunąć, ale autobus stanął na dobre. Wszyscy okoliczni kierowcy zaczęli robić szkodzie zdjęcia telefonami, próbowali doskoczyć do uszkodzenia sprawdzając, czy da się je zetrzeć. A my siedzieliśmy wszyscy wewnątrz nie wiedząc, co nas czeka. Czy będziemy musieli wysiąść na kolejny autobus (201 z lotniska jeździ co godzinę – teoretycznie, bo ta godzina przerwy między autobusami może się znacznie przeciągnąć), czy też w końcu ruszymy. Kierowca naszego autobusu wreszcie ruszył, ale jak się okazało chciał jedynie odblokować drogę, na której stał i przejechawszy kilkadziesiąt metrów, znów się zatrzymał. Po kolejnych niemiłosiernie ciągnących się minutach, wreszcie pojechaliśmy dalej.

Po tym zdarzeniu jeszcze kilka razy tego dnia zastanawiałam się, ile jest wypadków i ofiar na drogach tego kraju. Jazda środkiem drogi mimo tego, że zza zakrętu nic nie widać, nierzadkie wymuszenia, w wąskich i krętych uliczkach prucie byle tylko do przodu… Na szczęście później trafialiśmy w autobusach na spokojniejszych kierowców. Niektórzy z nich widząc inny autobus na końcu wąskiej drogi potrafili nawet poczekać, aż inny kierowca przejedzie. Jednak ten pierwszy dzień był niemałym szokiem.

Ale i tak cieszyłam się, że nie zdecydowaliśmy się na wypożyczenie auta. Poza kierowcami autobusów, także niektórzy kierowcy prywatnych aut popisywali się ułańską fantazją. Np. rondo. Zaraz, zaraz… jakie rondo? To tylko kółko namalowane na asfalcie białą farbą, nie ściana. Jedzie się prosto i trąbi się na wszystkich innych próbujących wjechać prawidłowo. No i do tego ten ruch lewostronny. Tego byłoby dla mnie już za wiele. Z wyborem autobusu wiązały się co prawda pewne poważne niedogodności, ale trzeba było wybrać tak zwane mniejsze zło. A przynajmniej tak mi się wydawało tego pierwszego dnia. Później okazało się, że nie jest tak źle, trzeba tylko trochę przywyknąć do tamtejszych warunków.

A jakie to mogą być niedogodności związane z transportem publicznym? Nawet jeżeli przyjdziesz na przystanek przed czasem odjazdu to nie masz żadnej gwarancji, że o czasie pojedziesz. Równie dobrze możesz wrastać obok słupka przez 50min. a żaden autobus się nie pojawi. Mimo że np. na godzinę powinny być dwa – kilkukrotnie mieliśmy taką sytuację. Mapka komunikacji miejskiej otrzymana w informacji turystycznej jest dość podstawowa – faktycznie jest dużo więcej przystanków, niż na niej zaznaczono. Wszystkie są na żądanie, więc jeżeli w odpowiednim momencie nie wciśnie się przycisku Stop, to jedzie się dalej i dalej. Nas ratowała zainstalowana w telefonie mapa z GPSem, dzięki czemu mniej więcej wiedzieliśmy, gdzie powinniśmy wysiąść. Do tego dochodzi bardzo długi czas przejazdów. No i jeszcze jeden smaczek – jeżeli kierowca uzna, że autobus jest pełny, to przestaje zatrzymywać się na przystankach. Nieważne, że jeszcze ze 20 osób się zmieści, a pozostali na przystankach pasażerowie żegnają kierowcę różnymi dość jednoznacznymi gestami.

Gdy w końcu dojechaliśmy do Błękitnej Groty, udaliśmy się od razu po bilety, które kosztowały po 8 euro od osoby. Zaraz zeszliśmy po rampie w dół i załadowaliśmy się do pierwszej podpływającej łodzi. Łódka mieściła około 10 osób. Każdy obowiązkowo musiał założyć wysłużoną kamizelkę ratunkową.

Malta dzień 1 013Cała trasa do Błękitnej Groty i z powrotem zajmuje nie więcej niż 20-25 min. Rejsy odbywają się w zależności od pogody. Mieliśmy szczęście – fale nie były zbyt wysokie, więc łodzie wypływały normalnie, czyli jak tylko uzbierała się grupka turystów. Zostaliśmy zabrani do poszczególnych grot (jest ich w sumie siedem) – gdy wpływaliśmy do ich wnętrz, nasz sternik opowiadał parę słów i wskazywał pomarańczowe punkty pod wodą mówiąc, że są to koralowce. Kolor wody nie był tak widowiskowy jak ponoć bywa rano, gdy promienie słoneczne oświetlają wodę z odpowiedniej strony. Ale byliśmy, widzieliśmy, nieźle nas w drodze powrotnej wybujało bo fale się zwiększyły, ale i tak fajnie było.

Malta dzień 1 003

Fot. W drodze do Błękitnej Groty

Malta dzień 1 005

Fot. W Błękitnej Grocie

Malta dzień 1 007

Fot. W Błękitnej Grocie

Malta dzień 1 008

Fot. Pozostałe groty

Malta dzień 1 006

Fot. Pozostałe groty

W kilku miejscach pomimo później pory udało się zaobserwować zjawiskowy kolor wody, która wręcz świeciła blaskiem. Ponoć jednak to nie było to, co można podziwiać we wcześniejszych godzinach. Błękitna Grota swą nazwę zawdzięcza jaskini na wyspie Capri. Tam byłam o odpowiedniej porze i przyznaję, że do tej pory pamiętam (mimo że upłynęło 15 lat), jak pięknie było wewnątrz. Jeżeli tak samo wygląda Błękitna Grota na Malcie rano – muszę to kiedy zobaczyć.

Malta dzień 1 009

Fot. Pozostałe groty

Malta dzień 1 062

Fot. Zjawiskowy kolor wody

Malta dzień 1 011

Fot. Lazurowe okno w mniejszej wersji

Po powrocie z grot wypatrzyłam w jednej z restauracyjnych lodówek najsłynniejszy napój na wyspie – Kinnie (czyt. kini). Sporo się o nim naczytałam przed wyjazdem. Kinnie produkowane jest tylko na Malcie, do kilku innych państw jest jedynie eksportowane. Jest to bezalkoholowy napój o bursztynowej barwie i słodko- gorzkawym smaku uzyskanym z pomarańczy chinotto uprawianych jedynie w rejonie Morza Śródziemnego. Do napoju dodaje się utrzymywaną w tajemnicy mieszankę ziół i przypraw. To taka maltańska odpowiedź na coca-colę i temu podobne produkty. Słyszałam, że Kinnie ma tylu amatorów, co przeciwników. Raczej nikt nie przechodzi koło niego obojętnie. Ja bardzo polubiłam ten smak i już do końca wyjazdu w lodówkach sklepików szukałam butelki z charakterystyczną pomarańczową etykietką. Kinnie spotkać można w 4 różnych wersjach – klasycznej, z połową cukru z wersji klasycznej, bez cukru i dietetyczne. Wszystkie jak dla mnie smakują praktycznie tak samo. Szkoda, że nie ma tego napoju w naszym kraju… Doskonale gasił pragnienie w trakcie upalnych dni.

Malta dzień 1 016

Fot. Najbardziej charakterystyczny napój Malty – Kinnie

Spod grot ruszyliśmy na świątynie megalityczne Ħagar Qim (czyt. Adżar im) i Mnajdra (czy. Im najdra). To były jedne z pierwszych nazw, jakie na wyspy stwarzały problemy – warto zapamiętać, jak wymawiać prawidłowo te słowa, bo inaczej nikt z Maltańczyków nie zrozumie, o co może chodzić. Początkowo mieliśmy zamiar pokonać trasę między Blue Grotto a świątyniami pieszo, ale patrząc po nierównościach terenu, zdecydowaliśmy się zaczekać na autobus. W drodze na przystanek natknęliśmy się na pana, u którego można było sobie zrobić zdjęcia z różnymi sowami. Spotkałam się już z podobną atrakcją, tyle że były to najczęściej sokoły. Sów jeszcze nigdy nie widziałam z tak bliska. Zdjęcia jednak sobie podarowaliśmy, więc nawet nie wiem, jaki był koszt tej przyjemności.

Malta dzień 1 015

Fot. Chętnych na zdjęcie z sową nie brakowało

Od przystanku do kasy biletowej prowadzi prosta, krótka droga. W kasie standardowo poprosiłam o dwa normalne bilety, ale otrzymałam jeden normalny za 10 euro i jeden ulgowy za 7,50… Kasjer szybko mi wytłumaczył, że bilet ulgowy otrzymuję „ekstra”. Moja jeszcze bardziej zdziwiona mina skutkowała dodatkowym wyjaśnieniem, że bilet tańszy mamy w związku z pomyłką jaka zaistniała przy turystach przed nami. W związku z wydrukowaniem za dużej ilości biletów zniżkowych, bilet czekał na kolejnego szczęściarza. U nas po prostu taki bilet zostałby wyrzucony, na Malcie trafił do kolejnego chętnego. Moja mina musiała być bezcenna, ale pan udał, że już jej nie widzi. Dyskusja została zakończona, skasował nas na 17,50 i kazał iść do sali kinowej. Dopiero później dopatrzyłam się, jaka to była zniżka – otrzymałam bilet dla osób po 60 roku życia… Zastanawiałam się, czy nie będę mieć związanych z tym problemów, ale zaryzykowałam.

Najpierw zostaliśmy zaproszeni do sali, w której znajdowało się kilka wygodnych rzędów siedzeń. Wydały mi się one podejrzane. Kiedyś widziałam podobne w sali kinowej 4D – wstrząsy, wibracje, mgiełka wody w twarz itp. Gdy zapadła ciemność, założyliśmy wszyscy (szumne określenie, na sali było może z 6 osób) okulary 3D i się zaczął seans o historii tego miejsca. Były błyskawice, drżenie gruntu, powiewy wiatru oraz delikatna mgiełka opadająca z sufitu gdy pokazywane były burze. Efekty potęgowały wrażenia ze świetnie przygotowanego filmiku, ale go nie dominowały. Historia przedstawiona została krótko, zwięźle i na temat. Może nawet trochę za krótko.

Następnie przeszliśmy przez niewielkie muzeum z przedmiotami wydobytymi w świątyniach i mnóstwem informacji dodatkowych, a następnie znaki pokierowały nas do poszczególnych ruin budowli. W muzeum można było sprawdzić, w jaki sposób transportowane były wtedy kamienne bloki – cała tajemnica polegała na przeciąganiu ogromnych menhirów po okrągłych głazach ułożonych pod spodem.

Malta dzień 1 018

Fot. Figurka wydobyta na terenie Ħagar Qim

Świątynie oddalone są od kas – o 100m Ħagar Qim i 600m – Mnajdra. Pozostałości obu budowli stoją obecnie pod ogromnymi wzniesionymi chyba niedawno dachami, które mają je zabezpieczać przed negatywnym skutkiem warunków atmosferycznych. Zadaszenie ma dodatkowy plus – słońce nie daje się we znaki zwiedzającym. W Ħagar Qim pracownicy akurat czyścili te dachy jakąś małą gąbeczką stojąc na koszu na wysięgniku. Chyba do śmiechu im nie było, bo jeszcze mieli bardzo dużo do wytarcia.

Tak Ħagar Qim jak i Mnajdra zostały wpisane na listę zabytków UNESCO. Maltańskie świątynie uważane są za najstarsze na świecie stojące budowle wzniesione przez człowieka.

Tuż przed wejściem na teren ruin Ħagar Qim należy okazać bilet. Obawiałam się, że mogę mieć problemy w związku z nieprawidłowym biletem, ale pani w budce jedynie spisała jego numer i życzyła nam miłego zwiedzania. Zero uwag, nawet nie spojrzała na rodzaj zniżki, tak jakby w ogóle na bilecie ceny nie było (a była, na dodatek dużą czcionką).

Świątynie Ħagar Qim to zespół trzech lub czterech budowli wzniesionych ok. 4000-3000r. p.n.e. (w zależności od źródła).  Najlepiej zachowała się świątynia południowa. Uwagę zwraca szczególnie ogromny kamienny blok wysoki na 6m, o szerokości 3m i grubości 60cm. Uważa się, że to największy głaz, jaki został kiedykolwiek przemieszczony przez mieszkańców Malty jedynie za pomocą rąk. Wewnątrz pozostałości obejrzeć można ołtarze w różnych kształtach, głazy z oknami oraz otwory wyroczni.

Malta dzień 1 024

Fot. Pozostałości świątyni Ħaġar Qim

Malta dzień 1 020

Fot. Pozostałości świątyni Ħaġar Qim

Malta dzień 1 021

Fot. Pozostałości świątyni Ħaġar Qim

Malta dzień 1 022

Fot. Pozostałości świątyni Ħaġar Qim

Przy świątyni Mnajdra również sprawdzane są bilety. I tam również nikt nie skomentował mojej dziwnej zniżki. To mnie tylko upewniło, że taka sytuacja nie jest tam niczym nadzwyczajnym.

Malta dzień 1 026

Fot. Droga do kompleksu Mnajdra

Świątynie Mnajdra wzniesione zostały ok. 3000-2000r.p.n.e. Były trzy, z czego najlepiej zachowana jest obecnie ta środkowa znajdująca się nieco wyżej od pozostałych. W tej budowli zachowało się więcej szczegółów niż w Ħagar Qim.

Malta dzień 1 028

Fot. Pozostałości świątyni Mnajdra

Malta dzień 1 029

Fot. Pozostałości świątyni Mnajdra

Malta dzień 1 031

Fot. Pozostałości świątyni Mnajdra

Malta dzień 1 033

Fot. Pozostałości świątyni Mnajdra

Malta dzień 1 034

Fot. Pozostałości świątyni Mnajdra

Gdy wracaliśmy na przystanek, coś szybko uciekło z kamienia tuż obok mnie. Okazało się, że był to niewielki gekon, który dość nieudolnie próbował ukryć się przed moim wzrokiem. A już zaczynałam myśleć, że poza królikami i wróblami na wyspie nie występuje żadne inne dzikie życie. Można jeszcze wspomnieć, że na widocznej z tej części Malty oddalonej o 5km wyspie Filfla znajduje się rezerwat ptactwa, ale turyści nie mają tam wstępu. Fauna wydaje się być bardzo uboga. W kolejnych dniach przekonałam się, że poza królikami i wróblami, wyspę zasiedlają niezliczone ilości jaszczurek. Więcej zwierząt nie widzieliśmy.

W drodze na kolejny przystanek wielokrotnie mijaliśmy proste zaprzęgi konne, które zapewne używane są do wyścigów.

Malta dzień 1 037

Fot. Po drodze do Dingli mijaliśmy dużo takich zaprzęgów

Kolejnym miejscem, które planowaliśmy odwiedzić tego dnia były słynne klify Dingli.

CDN.

Malta: Opuncje przy klifach Dingli i wizyta w Mdinie
Kropka na mapie

Powiązane wpisy

2 Comments

  1. Anula

    Na Blue Grotto byliśmy, woda faktycznie była mega :) ale do tych ruin świątyń jakoś nas nie ciągnęło ;)

    Odpowiedz
  2. Anula

    Malta..nasze pierwsze samodzielne wakacje – bez biura podróży. Podróżowaliśmy również komunikacją miejską, ale jakoś nie przeszkadzało nam to bardzo, że jeżdżą jak chcą. Owszem czasem wkurzające było to, że przyjechał ale nas (2) nie zabrał bo „swoje ważył” jak był pełen :) Potraktowaliśmy to jako przygodę ;)

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close