Malta: Opuncje przy klifach Dingli i wizyta w Mdinie


7.10.2015, dzień 1 – cz. 2/2

Po obejrzeniu megalitycznych świątyń Hagar Qim i Mjandra udaliśmy się z powrotem na pobliski przystanek, by autobusem linii 71A (znów musieliśmy czekać i czekać…) podjechać kawałek pod klify Dingli. Kilka osób miało już dość oczekiwania i w drogę udali się pieszo, ale jako że trasa jest średnia do przejścia ze względu na brak chodnika i pobocza, zaraz zatrzymywali autobus na trasie.

Klify Dingli to najwyżej położone miejsce na Malcie – osiągają wysokość ponad 250m. To również najwyższe klify Europy południowej. Największe wrażenie robią z okiem samolotu, gdy widać ich różnobarwne ściany pionowo wpadające do morza. Wysiedliśmy na przystanku Cliffs i spacerem udaliśmy się przed siebie. Szliśmy krawędzią co chwila mijając znaki informujące o spadających skałach. Widać, że klify się kruszą, dlatego lepiej nie podchodzić zbyt blisko do brzegu. Po kilkudziesięciu metrach zauważyliśmy dróżkę idącą w dół. Udaliśmy się nią w nadziei, że na końcu widoki będą nieco lepsze, ale zaraz natrafiliśmy na napisy mówiące, że teren ten to własność prywatna. Nie chcąc wchodzić nikomu w drogę, zawróciliśmy. Dróżka była niesamowicie stroma, ciężko się po niej schodziło i podchodziło, ale wyżłobienia w skale świadczą, że jeżdżą tamtędy samochody! Gdzieś czytałam, że ktoś dopatrzył się gdzieniegdzie leżących rozpadających się wraków aut, które spadły. My niczego takiego nie zauważyliśmy. Ciekawe, ile zdarza się takich wypadków w ciągu roku.

Malta dzień 1 038

Widoki były ładne, ale szczerze przyznam, że spodziewałam się czegoś więcej. W trakcie znacznej części trasy, którą wybraliśmy, potęgi klifów prawie nie dało się zauważyć. Najlepszym miejscem do przypatrzenia się im są okolice kościoła św. Magdaleny i radaru meteorologicznego widocznego już z daleka (duża biała kula). Przy kościele Magdaleny siedliśmy na jednej z dwóch ławeczek i odpoczęliśmy chwilę. Drugą ławeczkę zajęła grupka Polaków, która wysiadła z nami na tym samym przystanku. Później widzieliśmy ich jeszcze kilkukrotnie – a to w restauracji przy Golden Bay, a to w Błękitnej Lagunie na Comino, a to dwukrotnie w autobusie. Gdy spotkaliśmy się w autobusie z Valetty, wymieniliśmy uśmiechy, bo już się kojarzyliśmy. Później widzieliśmy się po raz ostatni w autobusie ze Sliemy do Cirkewwy. Malta jest naprawdę niewielkim państwem, w którym jak widać bez większego problemu można kilkukrotnie spotkać znajome twarze bez żadnego umawiania się :)

Długo na ławeczce miejsca nie zagrzaliśmy – gnana ciekawością chciałam sprawdzić, co takiego ma w ofercie pan sprzedający z samochodu tuż obok różne różności. Z daleka krzyczał, że oferuje owoce kaktusa.

Faktycznie, miał w wiaderku świeżutkie owoce opuncji prosto z własnego ogrodu. Szybko uporał się z dwiema sztukami tak, jakby mu zupełnie ciernie (tzw. glochidy) nie przeszkadzały i dostaliśmy ociekające sokiem wściekle różowe owoce. W 2013 po raz pierwszy próbowałam opuncji w Maroku, ale nie była tak smaczna jak ta. Owszem, twarde pestki przeszkadzały (jeżeli nie lubicie pestek w arbuzie, to nasiona opuncji będą jeszcze bardziej denerwujące), ale opuncja była niesamowicie słodka i soczysta. Nie było mowy o próbie ugryzienia owocu, trzeba było go w całości wpakować do ust bo inaczej sok ściekał po palcach. Co ciekawe, opuncja w Maroku barwiła skórę i wszystko, z czym miała kontakt. Kolor opuncji maltańskiej łatwo dał się usunąć nawet spod paznokci. Jeden owoc kosztował 50 eurocentów.

Malta dzień 1 039

Ogółem opuncji na Malcie jest zatrzęsienie. Rosną w ogrodach, przy drogach, na polach, stanowią naturalne ogrodzenia. Nie ma chyba śmiałka, który odważyłby się przejść przez taki kaktusowy płot. Owoce można kupić na bazarach, lub w opuszczonej okolicy zebrać gdzieś dojrzałe spady przy nieużywanej drodze. Akurat trafiliśmy na wyspę w czasie, gdy były już dojrzałe, więc w wielu miejscach owoce leżały porozjeżdżane przez kierowców.

Jeżeli ktoś zdecydowałby się na własnoręczne zbiory, odradzam! Chyba że jest się opancerzonym w gruby kombinezon, a na dłoniach ma się grube rękawice będące w stanie ochronić przed tymi piekielnymi wbijającymi się w skórę włoskami! Czemu są takie straszne? Mają kilka milimetrów i są bardzo cienkie, więc trudno je zauważyć. Do tego natura wyposażyła je w zagięte ku tyłowi mikroskopijne haczyki. Nieusunięte mogą doprowadzić do stanu zapalnego skóry. Miałam wątpliwą przyjemność bezpośredniego kontaktu z owocem – pomimo ogromnej ostrożności, obecność glochidów w naskórku odczuwałam później przez jakiś czas. Gdy już się wbiją w skórę, nie dają się wyciągnąć pęsetą, bo ich nie widać. Ale za to odczuwa się je bardzo wyraźnie… Na szczęście chyba same wyszły, bo po kilku godzinach zapomniałam o sprawie.

Sprzedawca dał nam też do spróbowania nieziemsko słodkiego dżemu z opuncji, ale niestety nie miał małych słoiczków, które moglibyśmy zabrać na pokład (niech żyją wymogi dotyczące przewożenia płynów w pojemnikach nie większych niż 100ml…). Zakupiliśmy za to podsuszane kapary w soli z Gozo oraz Kinnie, bez którego już nie wyobrażałam sobie dalszej części wyjazdu. Gorzkawy smak cytrusów i ziołowa nuta zupełnie mi nie przeszkadzały, były idealne na panującą wysoką temperaturę, która szczególnie dawała się nam we znaki. Nadal byliśmy ubrani bardziej na naszą pogodę niż na to, co zastaliśmy na Malcie. Długie spodnie, grube skarpety i adidasy to naprawdę nie był odpowiedni ubiór na taki upał.

Po krótkiej rozmowie pomiędzy nami, spotkaną tam Ukrainką i sprzedawcą (pan umiał po polsku powiedzieć „dobre” i „bardzo dobre”), pokręciliśmy się jeszcze po okolicy – poza klifami i radarem, jest to zupełne odludzie. Nie ma tam żadnych domów, samochody pojawiają się bardzo rzadko. Nie ma tam również co robić, ale jest to świetne miejsce na piknik o zachodzie słońca. Tylko pytanie, jak z wieczornym i nocnym kursowaniem autobusów… Godzin późniejszego kursowania niestety nie sprawdziłam.

Zastanawialiśmy się, czy do Dingli nie pójść na piechotę, ale w końcu zaczekaliśmy na przystanku. Chwilę później przyjechał autobus, którym udaliśmy się prosto do miejscowości Rabat. Za dużo czasu w tym mieście na zwiedzaniu nie spędziliśmy – udaliśmy się od razu do zabytkowej i pięknej Mdiny sąsiadującej z Rabatem przez ulicę. Miasto otoczone murami ma niesamowity klimat – wąskie uliczki, z każdej strony wysoka ściana zabudowań, kamienne przejścia i prawie zero ludzi, mimo że Mdina jest zamieszkała. Było tak pusto, że kręcenie się po zakamarkach miasteczka było czystą przyjemnością. Byłam tak oczarowana tym miejscem, że nawet zapomniałam o aparacie, dlatego mamy stamtąd niestety niewiele zdjęć.

Błądząc po uliczkach dotarliśmy do katedry św. Pawła. Jest ogromna jak każdy kościół na Malcie. Przy takiej liczbie mieszkańców kościołów jest tak wiele, że nawet jeśli każdy przyszedłby do najbliższego kościoła, to świątynia chyba nie byłaby zbyt zapełniona. Katedra w Mdinie jest ładna, ale na moje oko nie wyróżnia się niczym szczególnym spośród innych budowli sakralnych wyspy. Przechodząc po kościele warto spojrzeć pod nogi – przyjrzeć się tam można nagrobkom kościelnych dostojników i patrycjuszy z miasta. Po prawej stronie katedry znajduje się Muzeum Katedralne, ale niestety ze względu na późnawą porę, było już nieczynne. Zamykane jest bodajże o 16:30.

Pod katedrą zaczepiła nas jakaś grupka młodych ludzi tłumacząc, że w ramach integracji mają pewne zadanie do wykonania. Bardzo liczyli na naszą pomoc. Zadanie to dotyczyło wyjaśnienia, co rozumiemy pod pojęciem strefy Schengen – żeby zadanie zostało zaliczone, musieli nagrać taką wypowiedź. Gdy zaczęliśmy rozmawiać ze sobą po polsku, okazało się, że jeden z chłopaków też jest Polakiem. Na Malcie było całe mnóstwo naszych rodaków… Szybko się z zadaniem uporaliśmy i udaliśmy się na dalsze zwiedzanie miasteczka. Grupka z kolei władowała się do angielskiej budki telefonicznej (na wyspie jest ich dość sporo, budek oczywiście) i robiła sobie zdjęcia. Do tej pory zastanawiam się, jak oni się tam wszyscy zmieścili…

Już mieliśmy wyjść z miasta i udać się na autobus, gdy ta sama grupka dogoniła nas z kolejną prośbą o pomoc. Po Mdinie kręciło się tak niewiele osób, że chyba naprawdę nie mieli zbyt wielu możliwości na zaczepienie obcych. Drugie zadanie dotyczyło odśpiewania wspólnie z kimś spotkanym na mieście jakiejś piosenki. To też mieli nagrać… Padło na „Szła dzieweczka do laseczka”. Wiem, wiem – polotu w tym nie było, ale to przyszło mi do głowy tak na gorąco jako pierwsze. Grupka była zachwycona naszym trio… Na szczęście więcej pomysłów już nie mieli i spokojnie udaliśmy się do bramy miejskiej, przy której trafiliśmy na strażników z wielkimi flagami. Wcześniej ich tam nie było. Na widok aparatu natychmiast stanęli na baczność.

Malta dzień 1 060

Zaczynało się ściemniać, ale postanowiliśmy skorzystać z okazji i pokręciliśmy się jeszcze chwilę po Rabacie. Ładne miasto, szkoda że nie mieliśmy na nie więcej czasu. Czekała nas jeszcze długa droga do Melieha na nocleg w zarezerwowanym wcześniej 85 metrowym (!) apartamencie. Na przystanek dotarliśmy akurat o czasie, gdy powinien pojawić się autobus, ale mimo tego, że na godzinę powinny być dwa, czekaliśmy 50 min. A z nami kilka coraz bardziej niecierpliwiących się osób. Czekanie umilały jedynie przejeżdżające co chwila przed nami najróżniejsze stare samochody. Niektóre z nich miały kierownicę po „normalnej” lewej stronie. Reszta wyglądała jak samochody widmo bez kierowców… Nie mogłam się ciągle przyzwyczaić do tego lewostronnego ruchu.

Zdążyłam w międzyczasie zadzwonić do naszych gospodarzy z informacją, że jesteśmy jeszcze w Rabacie i damy znać, jak będziemy już w Buggibie, w której mieliśmy przesiadkę. W końcu przyjechało X3. Po jakiś 30min. dotarliśmy do Buggiby. Wysiedliśmy na pierwszym lepszy przystanku i trzeba było znaleźć kolejny, z którego odjeżdżałyby autobusy w kierunku Cirkewwy. Idąc na czuja zauważyłam, jak na pobliskiej ulicy zatrzymuje się jakiś autobus z napisem „Melieha”. Rzuciliśmy się biegiem na przystanek, ale szczęśliwie coś mnie tknęło, żeby zapytać kierowcę, czy jedzie do tej miejscowości. Okazało się, że jechał… z niej. Ale wskazał nam przystanek, na który powinniśmy się udać. I znów czekaliśmy. Przestałam się dziwić, że komunikacja publiczna na Malcie owiana jest złą sławą. Autobusy nie trzymają się żadnego rozkładu. No ale przynajmniej jest względnie tanio.

Gdy w końcu dojechaliśmy do Melieha, było koło 21:00. Apartament znaleźliśmy bez problemów – zainstalowanie mapy Malty na telefonie było doskonałym posunięciem. Właściciele czekali, ale widać było że są wściekli. Udało mi się jednak załagodzić sytuację. A wszystko przez to, że się nie zrozumieliśmy przy wymianie korespondencji przy rezerwacji. Powiadomili nas, że mieszkają godzinę drogi od apartamentu, więc prosili o informację, o której będziemy. Jako że planowaliśmy trochę pozwiedzać zanim trafimy na nocleg, trudno było podać konkretną godzinę, więc odpisałam, że będziemy wieczorem i damy im znać, jak będziemy w Rabacie. Mogliby wtedy dopiero wyjechać. Jakbyśmy musieli poczekać pod drzwiami, żadna tragedia by się nie stała. Oni jednak chyba zapomnieli o całej tej korespondencji i czekali na nas kilka godzin…

Apartament był ogromny, ale jako że następnego dnia mieliśmy się wynieść a planowani byli kolejni goście, poproszono nas o nie korzystanie z pozostałych pokoi. Nie był to problem, wystarczył nam duży pokój, salon i kuchnia. W salonie znajdowało się dużo ulotek, które w teorii dostarczyły mi kilku brakujących informacji, ale o tym w kolejnej części.

CDN.

(Visited 1 138 times, 1 visits today)
Malta: Trzy zatoki
Malta: Blue Grotto i Ħaġar Qim

Powiązane wpisy

5 Comments

  1. Dorota

    Niestety nie zgadzam sie. Wróciłam tydzień temu z Malty i żaden autobus nie był spóźniony (a jechaliśmy ok. 10 razy), mało tego czasem jechały 2 pod rząd w tym samym kierunku np. do Cirkewwy, więc nie ma problemu żeby się gdzieś dostać.
    A co do opuncji to faktycznie trzeba być ostrożnym, mąż do teraz odczuwa kłucie w palcu, bo zachciało się mu zerwać jeden owoc przy hotelu :p

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Czyli wychodzi na to, że przez te dwa lata sporo się w komunikacji publicznej na Malcie zmieniło :) Mam nadzieję, że tak już pozostanie! W 2015 na północy wyspy zawsze można było liczyć, że coś się złapie (no chyba, że kierowca stwierdził, że autobus jest już wystarczająco napchany), ale na południowym-wschodzie to był dramat…

      Odpowiedz
  2. Anula

    KInnie można kupić u nas w Poznaniu :)) mąż uwielbia i kupuje w sklepach z jedzeniem z całego świata :D my również próbowaliśmy opuncji. Jakoś smak mnie nie zaskoczył. Nie było to moim ulubionym jedzeniem ;) ale i my również schodziliśmy na dół dróżką i później zawracaliśmy bo baliśmy się, że ktoś nas pogoni.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Muszę się w takim razie dokładniej porozglądać, bo może Kinnie gdzieś i w Warszawie dostanę :D A ta ścieżka… do tej pory zastanawiam się, czy jednak nie lepiej było zaryzykować i zejść niżej – z widłami może nikt by nas nie ścigał ;)

      Odpowiedz
  3. Jarek

    Wszystko to co koleżanka opisała powyżej się zgadza:) Byliśmy tam w sierpniu 2016 r. Pięknie było:)

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close