Malta: Targ „rybny” w Marsaxlokk

11.10.2015 – dzień 5 cz. 1/2

Kolejny dzień pobytu na Malcie poświęciliśmy na wizytę w Marsaxlokk i Valetcie. W Marsaxlokk w planach było odwiedzenie słynnego targu rybnego odbywającego się w miasteczku co tydzień w niedzielę. Na Valettę planów konkretnych nie było – chcieliśmy pokręcić się po tym maleńkim mieście i zobaczyć, gdzie nas nogi poniosą.

Wyruszając z Tarxien, zbędne rzeczy zostawiliśmy do przechowania na recepcji – i tak później w drodze do Sliemy musieliśmy wrócić do tego miasta, żeby się przesiąść na właściwy autobus do stolicy.
Mimo że w naszym pokoju cuchnęło grzybem, cieszyłam się że nie ma robali. Mina mi zrzedła następnego dnia rano, gdy zostawialiśmy bagaże – tuż przy przy drzwiach do recepcji leżał do góry nogami świeżuteńki, żywy, ogromny karaluch… „Biedactwo” (lubię owady, ale naprawdę szczerą nienawiścią darzę karaluchy i pluskwy) nie było się w stanie przekręcić i wierzgało tymi paskudnymi sześcioma odnóżami raz po raz nieudolnie próbując wrócić do naturalnej pozycji. Po chwili młody recepcjonista ukrócił jego męki, ale rozgniecione zwłoki leżały tak sobie przez pół dnia, czekały chyba na nasz powrót… Nikt się nimi nie przejął.

Do wybrzeża dojechaliśmy bezpośrednim autobusem. Marsaxlokk (czyt. Marsaszlok) słynie z cotygodniowego, niedzielnego targu rybnego. Z całej wyspy zjeżdżają tam wtedy turyści i właściciele hoteli – pierwsi po to, żeby zobaczyć kolejną atrakcję, a drudzy po to, żeby zakupić do swoich restauracji świeże ryby dla tych pierwszych.

Marsaxlokk jest malowniczą, ale naprawdę niewielką mieściną, w której – gdyby nie wspomniany targ – prawdopodobnie nic by się nie działo i w żaden specjalny sposób miejsce to nie byłoby w stanie przyciągnąć ludzi. Gdy wysiedliśmy na przystanku na początku miejscowości, udaliśmy się na spacer w poszukiwaniu targu. Ciągnie się on prawie przez całe nabrzeże. Ale to nie tylko ryby. Raczej głównie są to różne chińskie towary, buty, ciuchy, pamiątki ale i lokalne przysmaki jak np. tradycyjne owcze sery w pieprzu, kapary lub nugat sprzedawany na wagę. Można kupić tam również świeże zioła, owoce oraz warzywa (ciekawostką są okrągłe cukinie) i przyprawy, lokalne alkohole (likier z anyżu, opuncji, cytryn, korabu itd.). A nawet pozbierane gdzieś wśród wyschniętych traw lądowe ślimaki.

No ale tym co ściąga do tego miejsca są ryby z rannego połowu. Bazar jak na miejsce jest ogromny, ale niestety niewłaściwie nosi potocznie nazwę targu rybnego. Sprzedawców ryb jest (a przynajmniej była w trakcie naszego pobytu) garstka. Jednak to co oferują, zwraca uwagę. Krewetki, kalmary, małże, tuńczyki, lampuki i wiele innych ryb, których nazwy nie znam, leżą na stoiskach i kuszą. A raczej próbują kusić ceną. Wysoką ceną. W trakcie majowego pobytu w Grecji udaliśmy się przypadkiem na targ rybny w Salonikach. To dopiero był rybi market. Stoisk były dziesiątki a ceny były tak niskie, że chciało się kupować te ryby na kilogramy. Tego niestety nie można powiedzieć o Marsaxlokk. Może gdybym nie widziała wcześniej tego targu z Salonik, to inaczej podchodziłabym do targu rybnego na Malcie, ale tak to niestety czułam lekkie rozczarowanie. Drugie co czułam, to nieziemski ścisk.

Malta dzień 5 cz. 1 (13)

Na początku targu można natknąć się na panów próbujących opchnąć turystom wycieczkę łodzią po okolicy. Gdy tylko uda się im kogoś zatrzymać, wyciągają album ze zdjęciami miejsc, które pokazują. Za 4 euro można w tradycyjnie kolorowej łodzi przyjrzeć się z wody miastu, latarni morskiej i wybrzeżu. Tym razem nie skusiliśmy się na taki rejs, więc niestety nie jestem w stanie powiedzieć, czy warto, ale zdjęcia były dość interesujące.

Jako że ścisk był niesamowity, zatrzymaliśmy się na moment z dala od tłumu żeby przyjrzeć się panoramie Marsaxlokk od strony wody. Zatoczka pokryta była tradycyjnymi, różnokolorowymi łodziami zwanymi luzzu z zamontowanymi na dziobie oczami Ozyrysa mającymi chronić rybaków. Jest to symbol szczęścia, który można kupić na bazarze np. w postaci magnesów na lodówkę (ok. 3euro).

Malta dzień 5 cz. 1 (1)

Pokręciliśmy się po targu i zajrzeliśmy do tamtejszego kościoła parafialnego.

Później znów wróciliśmy na targ, tym razem z zamiarem zakupu kilku smakołyków. Wiedzieliśmy już co mniej więcej gdzie stoi, więc szybko odnaleźliśmy stoisko z oliwkami, maltańskimi kaparami i różnymi sałatkami z owocami morza. Zaopatrzyliśmy się w zapas zielonych oliwek przyrządzonych na ostro i marynowane kapary. Wyspa chyba z nich słynie. Do tego padło jeszcze na ośmiornicę w czosnku i pseudo krewetki w czosnku. Dlaczego pseudo krewetki? Podpisane były jako krewetki, a w rzeczywistości były to paluszki surimi uformowane w kształcie dużych krewetek. Takie małe oszustwo, które i u nas można gdzieniegdzie zakupić. Ośmiornica i surimi nie wzbudziły mojego zachwytu, ale kapary i oliwki były pyszne.

Przyszła pora na podróż z powrotem do Tarxien – czekały na nas megalityczne świątynie, które chcieliśmy zobaczyć zanim zabierzemy z hotelu nasze bagaże. Wracając przegapiliśmy właściwy przystanek, ale jakimś cudem z naprzeciwka jechał odpowiedni autobus, więc szybko nadrobiliśmy przejechane przystanki. O pominięcie właściwego przystanku na Malcie nietrudno, dobrze mieć zainstalowaną aplikację na telefonie, która będzie pokazywała gdzie się w danym momencie znajdujemy.

Malta dzień 5 cz.1 (17)

Chwilę zajęło nam znalezienie właściwego wejścia do świątyń, ale teren wykopalisk okazał się być… zamknięty. I to na cztery spusty. Nic się tam nie działo, przed wejściem stał jedynie ogromny samochód ciężarowy, o który zaczepione zostały grube stalowe liny daszku którym zabezpieczone zostały ruiny. Dopiero chwilę później dopatrzyliśmy się, że w związku z trwającym ponoć zadaszaniem ruin, są one nieczynne do odwołania. I tyle widzieliśmy to miejsce….

Należało udać się po rzeczy i jechać do Valetty. Od razu trafiliśmy na autobus – chyba dobra passa powróciła. W smrodku niewiadomego pochodzenia, ale szczęśliwie na siedząco dojechaliśmy do stolicy. Od razu odszukaliśmy właściwy autobus do Sliemy – zależało nam na tym, żeby zostawić rzeczy w apartamencie i zwiedzać miasto bez objuczenia bagażami. W autobusie z Valetty znów spotkaliśmy ekipę z Polski, która leciała z nami z Bolonii (dla przypomnienia wiedzieliśmy ich również m.in. na Comino i w okolicach zatok na zachodzie wyspy). Mimo że byliśmy pół godz. za wcześnie, klucze już na nas czekały. Szybko się rozpakowaliśmy i ruszyliśmy na spacer.

 

 

(Visited 1 777 times, 1 visits today)
Malta: Valetta - spacerem po maleńkiej stolicy
Malta: Blue Lagoon

Powiązane wpisy

3 Comments

  1. Beata

    Przyjemne miejsce. Bardzo polecam tym bardziej że po sąsiedzku Birżebbuga z ładną, piaszczystą plażą :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Tam nas nie było, następnym razem to nadrobimy ;)

      Odpowiedz
  2. Wędrujaca Ruda

    Targ cudowny. Uwielbiam chodzić po takich lokalnych targowiskach i przyglądać się tym wszystkim produktom.

    Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close