Chochołowska 2017 – no i gdzie się podziały te krokusy?!

Półtora dnia, 1000 km autem i 20 km pieszo, zmienna aura dająca w kość – wszystko po to, żeby zobaczyć niesamowity cud tatrzańskiej natury. Po zeszłorocznej pierwszej w naszym życiu wizycie w Dolinie Chochołowskiej w trakcie kwitnienia krokusów ten dzień musiał nadejść ponownie. Po prostu MUSIELIŚMY zobaczyć to raz jeszcze. Nie sądziłam, że stanie się to równo rok później. Tym razem mieliśmy jednak pecha…

W weekend poprzedzający naszą wyprawę został prawdopodobnie pobity rekord odwiedzin w Dolinie (ponad 60 tys. osób w ciągu dwóch dni!) – na zdjęciach i we wspomnieniach chcieliśmy mieć krokusy nie tłumy, więc nie pozostało nam nic innego jak wyjazd w środku tygodnia. Ponownie padło na środę, 5 kwietnia 2017 roku. Prognozy pogody sprawdzone, urlopy załatwione, można jechać!

Ruszyliśmy na południe od razu po pracy, dzięki czemu około godz. 22:00 byliśmy już w Kościelisku, w którym spontanicznie zarezerwowaliśmy tego samego dnia nocleg (Dom Wczasowy Harnaś – całkiem miła miejscówka). Czemu Kościelisko? Bo blisko :) Do Doliny Chochołowskiej zostało nam do przejechania kilka kilometrów, więc mogliśmy oszczędzić nieco czasu i dłużej pospać. A liczyła się dosłownie każda minuta snu, ponieważ w planie mieliśmy udanie się na Chochołowską już na wschód słońca. Słońce o tej porze roku wstaje kilkanaście minut po 6:00, więc oznaczało to dla nas konieczność ruszenia w trasę z parkingu już około 4:00 nad ranem. Czyli… pobudka przewidziana została na 3:30.

Łatwo nie było, ale dla widoku budzących się o poranku krokusów miało być warto. Trochę po 4:00 uzbrojeni w czołówki ruszyliśmy w drogę. Trasa z parkingu do Doliny Chochołowskiej to jakieś 7 km, przewidziane jest jej pokonanie w ciągu 2 godz. Na parkingu widzieliśmy kilka innych aut, więc sądziłam, że nie tylko my wpadliśmy na pomysł ruszenia jeszcze przed świtem. Jak się jednak później okazało, tylko my mieliśmy taki genialny pomysł… Pozostali krokusowi fani najwidoczniej spędzili noc w schronisku na polanie. My jednak nie mieliśmy tej możliwości – przy jednym dniu urlopu tak czy siak musielibyśmy przejść przez las po ciemku.

Średnio się szło tak tylko we dwoje prawie że w środku nocy, jednak pod koniec trasy zaczęło się rozwidniać. Z niepokojem patrzyłam w niebo, czy aby przypadkiem nie pojawiły się jakieś chmury, ale cały czas było ono na szczęście czyste.

Po wejściu do doliny od razu zaczęłam rozglądać się za krokusami. Rok temu już na samym początku było ich sporo, tym razem jednak jakoś nic nie mogłam wypatrzeć. Trzeba było przejść kawałek, żeby wreszcie je zobaczyć. Zimno i noc sprawiły, że krokusy pozwijały swoje płatki w oczekiwaniu na pierwsze promienie ciepłego słońca. Tego się spodziewaliśmy, ale wciąż mieliśmy wrażenie, że kwiatów jest jakby mniej.

Im jaśniej się robiło, tym lepiej widać było, w jak tragicznym stanie są kwiaty. Początkowo przyszła nam do głowy myśl, że może przez weekend zostały stratowane albo może już przekwitają, ale szybko dotarło do nas, co tak naprawdę się tam stało. W nocy gdy przyjechaliśmy najpierw padał deszcz, który później zastąpił grad. Opady te wytłukły większość chochołowskich krokusów – czego nie zadeptali ludzie, zniszczyła sama natura… Przyznam szczerze, że poczułam ogromne rozczarowanie. Naprawdę liczyłam na zobaczenie tego cudu natury po raz kolejny, tym razem w jeszcze piękniejszym rozkwicie. Niestety jednak widocznie tak miało być.

Jak się okazało, na polanie byliśmy pierwsi i przez długi czas nikt więcej się nie pojawiał. Dopiero po wschodzie słońca, który nastąpił około 7:15 (słońce musiało przecież znaleźć się nad górami), ze schroniska wyszli pierwsi zaspani krokusomaniacy. My najpierw pokręciliśmy się po okolicy, po czym zajęliśmy dogodne miejsce do obserwowania zmieniającej się w promieniach słońca doliny, nachodzących mgieł i pozostałych kwiatów. Widoki były bajkowe. Nieco doskwierało nam zimno (po szybkim marszu nieco się zgrzaliśmy, więc siedzenie w miejscu zbyt przyjemne nie było), ale trzeba było to zobaczyć.

Wraz ze wschodem słońca zobaczyliśmy jednak również pełną skalę zniszczeń. Normalnie pomarańczowy słupek w zamkniętym kwiecie krokusa nie jest widoczny, jednak w zniszczonych kwiatach było go od razu widać i bez rozwijania płatków. Jak widać na poniższym zdjęciu, pomarańczowych elementów jest sporo…

Gdy słońce było już ponad górami, udaliśmy się na moment do schroniska, żeby zjeść wreszcie śniadanie i odrobinę się ogrzać. Jajecznica na słoninie, gorąca herbata i oczywiście przepyszny deser chochołowski od razu wprawiły nas w lepszy nastrój. Jeśli nie wiecie, czym jest deser chochołowski, już spieszę z wyjaśnieniem. Deser chochołowski to szarlotka polana śmietaną, sosem jagodowym i jagodami ze słoika. Pycha!!! I co najważniejsze – deser można zamówić już od samego rana :) Obserwowaliśmy skąpaną w słońcu polanę przez okno, jednak ile można siedzieć w środku?!

Ruszyliśmy na łowy. Robiło się coraz cieplej, więc krokusy powinny zacząć się zaraz rozwijać. I faktycznie, po dłuższej chwili kwiaty obudziły się. Najwięcej krokusów można było podziwiać na dole polany, przy zabytkowych bacówkach. Tam właśnie mieliśmy najwięcej do zobaczenia. Niestety niektórzy ludzie nie potrafili przestrzegać zasad – krokusy są chronione, więc zabronione jest ich deptanie. Owszem, może nie zostało ich po nocnych zawirowaniach pogodowych zbyt dużo, ale nie oznaczało to, że można sobie chodzić przez środek polany. Od tego są w końcu wyznaczone ścieżki.

Jako że kwiatów nie zostało zbyt dużo, trzmiele uwijały się przy nich jak nakręcone. W poprzednim roku aż tylu owadów przy krokusach nie widziałam.

Poniżej drogi przecinającej dolinę zaobserwować można było także dopiero co wychodzące krokusy, a wokół nich resztki śniegu.

Na koniec jeszcze raz obeszliśmy polanę. Wciąż miałam jeszcze cień nadziei, że może krokusy na środku rozkwitną, że może jednak czekały na ciepłe promienie słoneczne, ale zupełnie nic się nie działo. Tegoroczne kwitnienie krokusów przeszło przez jedną noc do historii i to jeszcze zanim zdążyło się na dobre rozkręcić.

Gdy rozpoczęliśmy naszą powrotną wędrówkę, zaczęło padać. Idealny moment na powrót. Gdy my wracaliśmy, do doliny zaczęły ciągnąć tłumy. I to mimo, że był to środek tygodnia. Warto więc tak zaplanować wizytę, żeby być na miejscu możliwie jak najwcześniej. Wyruszając w drogę np. o 9:00, można spodziewać się zagęszczenia na szlaku.

Pod koniec trasy trafiliśmy na starszego pana pilnującego kilku owieczek. Kobieta sprzedająca po drodze serki tłumaczyła nam, że oscypki są już z dodatkiem owczego mleka (30%, standardowo powinno być 60%), bo sprzedali jagnięta, rozpoczęli wypas, więc mleko już mają. Jak widać, faktycznie owce zostały już przez niektórych wypuszczone na trawę. Te akurat skubały młode listki tak szybko i zawzięcie, że na nic innego nie zwracały zupełnie uwagi.

Po powrocie z Doliny Chochołowskiej chcieliśmy wybrać się jeszcze na Polanę Kalatówki, ale w związku z tym, że trafiłam w Internecie na zdjęcia porównujące wygląd Kalatówek z poniedziałku oraz poranka dnia, kiedy właśnie tam mieliśmy jechać, odpuściliśmy. Wyglądało na to, że na Kalatówkach w ogóle nic się nie ostało… Zyskany czas wykorzystaliśmy na odwiedziny u dawno niewidzianej rodziny i wróciliśmy do domu. Droga tym razem strasznie się nam dłużyła, ale w końcu dotarliśmy. W przyszłym roku mieliśmy odpuścić sobie krokusowe wyjazdy, ale po tegorocznym wypadzie czuję ogromny niedosyt. Kto wie – może za rok znów wybierzemy się w te okolice na jakiś dzień, może dwa ;)

Jeśli chcielibyście zobaczyć, jak wyglądała Dolina Chochołowska w 2016 roku, zapraszam tutaj.

Gala National Geographic: 7 Nowych Cudów Polski

Powiązane wpisy

12 Comments

  1. Justyna

    Piękne zdjęcia!

    Odpowiedz
  2. MAGDA

    A ja , jako, że wychowałam się w tych okolicach , polecam wybrać się totalnie w drugą stronę, tam, gdzie nie ma tłumów, a krokusy są równie piękne :) Jak będziesz się wybierać następnym razem, daj znać, dam Ci namiary na fajne miejscówki :)

    Odpowiedz
  3. Joanna/places2visit.pl

    Piękne krokusy, dobrze że ominęliście te tłumy ludzi, którzy okupowali dolinę w weekend. W tygodniu na pewno było tam przyjemniej :)

    Odpowiedz
  4. Olka

    Co roku obiecuję sobie, że uda mi się zobaczyć krokusy na żywo. Ale co roku w terminie ich kwitnienia mam jakieś inne sprawy. Natomiast jak widziałam tłumy, jakie tam w tym roku przybyły, to nawet cieszyłem się, że nie mogłam się tam wybrać ;)

    Odpowiedz
  5. Joanna

    Cudne zdjęcia! Szczególnie te z górą w tle :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Mam nadzieję, że na przyszły rok powtórzymy te kadry z krokusami w pełnym rozkwicie :)

      Odpowiedz
  6. Klaudia

    To moje marzenie być tak, gdy kwitną krokusy. Jesteśmy w Dolinie Chochołowskiej zawsze c roku kilka razy, ale nigdy nie udało się w tym okresie.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Za rok rezerwujcie sobie koniecznie koniec marca/ początek kwietnia. To trzeba zobaczyć! :)

      Odpowiedz
  7. magnes z podróży

    Ale zdjęcia i tak piękne, i tak magiczne.

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Niedosyt jednak w porównaniu do zeszłorocznych wrażeń pozostał ;)

      Odpowiedz
  8. lecebochce.pl

    Musimy wybrać się w następnym roku:)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Koniecznie, bo warto! :) Oby tylko te burze się nie powtarzały…

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close