Weekend we Lwowie: pierwsze wrażenie

Kolejny spontan… Jeszcze tydzień temu nie miałam żadnych planów na miniony weekend a dzisiaj… o 4:00 rano wróciliśmy ze Lwowa :) Pomysł jak zwykle wpadł mi do głowy dość niespodziewanie. Początkowo myślałam o wyjeździe do Lwowa na moje urodziny, ale po krótkiej chwili namysłu doszłam do wniosku, że pogoda w listopadzie będzie raczej mało zachęcająca. Poza tym nie wiadomo, jak będzie wtedy wyglądała sytuacja na Ukrainie. Tak więc co? Zanim komukolwiek o tym wspomniałam, szybko zorientowałam się co i jak.

W zeszłą sobotę wyszukałam wszelkie możliwe informacje – jak dojechać, gdzie szukać noclegu, co zobaczyć i co spróbować. No i kupiłam przewodnik – dobrze się złożyło bo akurat moje ulubione wydawnictwo wydało całą książkę na temat tego miasta. Ostatecznie decyzja o wyjeździe zapadła w środę, tuż przed kupnem biletów.

Dojazd

Jeśli chodzi o dojazd, znalazłam tylko jednego przewoźnika kursującego na trasie z Warszawy –  był to PKS Polonus. Koszt dojazdu do Lwowa to 90zł w jedną stronę za osobę dorosłą (dzieci do lat 7 płacą 45zł). Niestety na trasach międzynarodowych nie ma możliwości kupna biletów przez stronę Polonusa. Trzeba pofatygować się do kas na Dworcu Zachodnim, co też zrobiłam w ramach przerwy od pracy w środę. Jeśli ktoś byłby zainteresowany takim weekendowym wyjazdem, to polecam podpytać panią w kasie o godziny odjazdów tak z Warszawy jak i ze Lwowa – w kasie okazało się, że ze Lwowa można wrócić nawet o 21:30, o czym na stronie przewoźnika nie było żadnej informacji. Przy okazji dodam, że na stronie pksu błędne zaznaczone są również przystanki we Lwowie.

Wyjechaliśmy w piątek o godz. 21:35. Kto narzeka na to, że w samolotach Wizzaira jest ciasno, ten nigdy nie miał okazji jechać autobusem Polonusa. To jest dopiero ciasnota… Należę raczej do tych osób, co nie stały w kolejce po wzrost ;) ale mimo tego doskwierał mi początkowo zupełny brak miejsca. Na szczęście nikt przede mną nie postanowił w nocy rozłożyć swojego siedzenia, dlatego też jakoś przetrwałam. Mimo ograniczonego miejsca, dałam radę usnąć. Ale oczywiście znając moje szczęście mogłam się spodziewać, że jedyna chrapiąca osoba usiądzie idealnie za mną…

Wsiadając do autobusu ucieszyłam się, że w razie problemów z uśnięciem, będę mogła skorzystać z wi-fi o którym informowała duża naklejka na drzwiach. Po kilku próbach połączenia się okazało się, że jakiś kabelek został w autobusie urwany i wi-fi nie będzie. Tyle mojej radości.

Dodatkową dość sporą niedogodnością był brak toalety w autobusie. Liczyłam, że obecnie wszystkie autobusy wyruszające w trasy międzynarodowe mają toaletę, ale się pomyliłam. W trakcie jazdy zatrzymywaliśmy się trzykrotnie – jeden postój by nieplanowany, bo panowie otworzyli piwo, za co zostali porządnie zbesztani przez kierowców, kolejne dwa były już zgodne z planem (w jednym z zajazdów po drodze, jakieś 150km od Warszawy i kolejny na granicy).
No i kierowcy… rozumiem, że nie mogą pozwolić wejść sobie na głowę, ale mogliby być ciut milsi dla pasażerów…

Na granicy

Do granicy dojechaliśmy przed 3:00 nad ranem. Kontrola graniczna przeszła w miarę sprawnie, obyło się bez dodatkowych atrakcji. Całość trwała trochę ponad 1,5 godz. Najdłużej czekaliśmy na wszystkie formalności na polskiej granicy, na ukraińskiej poszło to o wiele szybciej. Obywatele Polski planujący pobyt nie dłuższy niż 90 dni nie muszą przed wjazdem na teren Ukrainy załatwiać żadnych wizowych formalności. Kiedyś na granicy obowiązkowe było wypełnienie karty imigracyjnej, będącej potwierdzeniem legalności pobytu na Ukrainie. Podawało się w niej dane: imię, nazwisko, numer paszportu, cel przyjazdu, nazwę i adres hotelu w którym będzie się zakwaterowanym. Konieczne było wypełnienie tymi samymi danymi obu stron otrzymanego blankietu, ponieważ pierwszą część celnik zabierał przy wjeździe, drugą natomiast koniecznie trzeba było oddać wyjeżdżając z kraju. Zagubienie tego dokumentu mogło skutkować nałożeniem kary. Tym razem dodatkowa papierkologia nie była konieczna. Pieczątka w paszporcie i bez problemu można było przekroczyć granicę.

Przepisy celne

Obecnie na teren Ukrainy wwieźć można  kwotę do 10 000 euro podobno deklarując ją ustnie. Wyższe kwoty należy deklarować pisemnie.

Z kolei z Ukrainy wywieźć można: alkohol powyżej 28% – 1L, wino – 2L, piwo – 5L, ponadto 200g lub 40 szt papierosów oraz niewielką ilość żywności. Zabronione jest wwożenie do Unii Europejskiej z Ukrainy produktów zwierzęcych (np. wędliny, mleko, sery itp.). Przy wjeździe nikt nie sprawdzał nam bagaży. Dokładnie sprawdzano jedynie paszporty.

Waluta

Walutą Ukrainy jest hrywna. 1 hrywna jest równa 100 kopiejkom. Ze względu na brak czasu na poszukiwania lepszego kursu, my wymieniliśmy walutę w jednym z warszawskich kantorów po kursie 1 hrywna = 0,29gr. Jak się później okazało kantor w Mińsku miał dużo lepszy kurs, ale niestety nie mieliśmy możliwości zdążyć przed jego zamknięciem. Z kolei nie chcieliśmy ryzykować wymiany pieniędzy dopiero na terytorium Ukrainy, co jednak okazało się później dość sporym błędem. Kurs sprzedaży w każdym z napotkanych kantorów (a było ich całkiem sporo) był sztywny i wynosił 4 hrywny za 1 zł.

IS_DSC_1265

fot. Ukraińska waluta – hrywny

Pierwsze wrażenie

Autobus Polonusa podjeżdża na secesyjny główny dworzec kolejowy będący ciekawą wizytówką miasta. Budynek ten wzniesiono w latach 1901-1904. Jako że mieliśmy ze sobą tylko plecaki, nie musieliśmy przejmować się bagażem. Od razu zaczęliśmy zwiedzanie. Pierwsze kroki skierowaliśmy do budynku dworca w poszukiwaniu toalet. Toalety są płatne 2 hrywny od osoby. Pierwszy raz spotkałam się z wydawaniem paragonu w kasie w toalecie… Jak się później okazało, było to jedyne miejsce, w którym można było otrzymać paragon.
Papieru w poszczególnych kabinach brak, więc lepiej wziąć go od razu od pani przyjmującej pieniądze. A w kabinach niespodzianka- na narciarza… Z tego typu toaletami spotkałam się do tej pory jedynie w Turcji i w Maroku.

IS_DSC_0044

fot. Budynek dworca kolejowego we Lwowie

IS_DSC_0019

fot. Perony na głównym dworcu kolejowym

IS_DSC_0025

fot. Dworzec autobusowy zlokalizowany tuż obok dworca kolejowego

Mimo że była to sobota, z samego rana na dworcu kręciły się tłumy Ukraińców. Pospacerowaliśmy chwilę i ruszyliśmy odkrywać okolice dworca. Pierwszy na naszej trasie był dawny kościół św. Elżbiety wzniesiony w latach 1904-1912. Obecnie jest to greckokatolicka cerkiew św. Olgi i Elżbiety. Mimo że trwało akurat nabożeństwo i że nie były to godziny wstępu, udało nam się dostać na wieżę kościoła. Na wieżę oficjalnie można wspiąć się w tygodniu w godz. 12:00 – 17:30, w soboty od 12:00 do 18:30 i w niedzielę od 14:00 do 18:30. My byliśmy tam z samego rana, więc jak widać godziny te nie są ściśle przestrzegane. Koszt wstępu to 10 hrywien od osoby.

Dopiero z góry można było zobaczyć, jak bardzo marnuje się potencjał miasta. Dookoła widać było piękne, ale zrujnowane kamienice. Gdyby to wszystko udało się odremontować…

 

IS_DSC_0062

fot. Budynek dawnego kościoła św. Elżbiety

IS_DSC_0094

fot. Widok z wieży dawnego kościoła św. Elżbiety

IS_DSC_0105

fot. Widok z wieży

IS_DSC_0110

fot. Widok z wieży – widoczny dworzec kolejowy

IS_PA180007

fot. Panorama Lwowa

IS_DSC_0115

fot. Wnętrze obecnej cerkwi św. Olgi i Elżbiety

IS_DSC_0134

fot. Figury nad wejściem do cerkwi

IS_DSC_0116

fot. Front obecnej cerkwi św. Olgi i Elżbiety

Przy wielu uliczkach, w tym znajdującej się blisko cerkwi, spotkać można sprzedawców najróżniejszych produktów spożywczych – od warzyw po surowe kurczaki i mleko.

IS_DSC_0142

fot. Uliczne sprzedawczynie

IS_DSC_0154Tuż przy cerkwi św. Olgi i Elżbiety na niewielkim placu ustawiono pomnik Stepana Bandery… Dla Ukraińców jest on bohaterem narodowym, ale dla Polaków jest zbrodniarzem, ponieważ to właśnie ten człowiek odpowiedzialny jest za zorganizowanie ludobójstwa polskiej ludności na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943 – 1944. Uważa się, że liczba ofiar tych zbrodni wyniosła ok. 100 000 osób.

IS_DSC_0158

fot. Pomnik Bandery

Kręcąc się dalej, nieświadomie przeszliśmy obok niepozornego dawnego kościoła św. Teresy. Jednak na naszej drodze pojawiła się zupełnie inna, ciekawsza budowla – pałac Biesiadeckich zbudowany z piaskowca w 1901r. Przepiękny pałac przypominający swym wyglądem niewielki zameczek niestety lata świetności ma już za sobą. Aż prosi się o gruntowny remont. Nie potrafię sobie wyobrazić jak pięknie wyglądała ta budowla niedługo po powstaniu.

 

IS_DSC_0199

fot. Pałac Biesiadeckich przy ul. Czuprynki

IS_DSC_0185

fot. Front Pałacu Biesiadeckich

Największe wrażenie tego dnia zrobiła na mnie wizyta w dawnym kościele Karmelitanek Bosych. Obecnie znajduje się tam cerkiew św. Klimenta z relikwiami tego papieża. Wewnątrz natknęliśmy się na panią, która opiekuje się tym miejscem. Pokazała nam figurę ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa pozbawioną rąk i dokładnie opowiedziała jego historię. Okazało się, że figura Chrystusa straciła ręce w trakcie najazdu Sowietów. Świątynia została doszczętnie zrujnowana – całe złoto wywieziono, malowidła zniszczono, w miejscu jednej z naw urządzono toalety… Główną nawę zabudowano tworząc trzy piętra. Podobno budowla ta była obrazem nędzy i rozpaczy. Z dawnego wyposażenia kościoła udało się odnaleźć jedynie wspomnianą już figurę Pana Jezusa.
Nikt nie podjął się pracy renowacji tej figury, została powieszona bez rąk i teraz wierni tego kościoła mówią, że to oni są rękami pana Jezusa. Po 8 letniej walce Lwowian o utworzenie w tym miejscu cerkwi, udało się je jakoś doprowadzić do ładu. Ściany odrestaurowano i pomalowano brzoskwiniowym kolorem, dodano zdobienia i przepiękne żyrandole.
Pani opowiadała nam o tym, jak udało im się zachować jeden z fresków, z dumą wspomniała o elektrycznych dzwonach, pokazała nam wydrapane przez Sowietów różne napisy na ścianie frontowej kościoła. Mówiła z taką pasją i miłością do tego miejsca, że nie można było tego nie słuchać. Poza usłyszaną historią, zostaliśmy dokładnie oprowadzeni po całej świątyni. W trakcie tego oprowadzania mieliśmy nawet okazję zobaczyć inicjatywę okolicznych mieszkańców polegającą na pomocy żołnierzom wysłanym w region aktualnego konfliktu z Rosją – w wolnych chwilach ludzie spotykają się w świątyni, by w jednym z pomieszczeń tworzyć siatki maskujące.

 

IS_DSC_0205

fot. Budynek dawnego kościoła Karmelitanek Bosych

IS_DSC_0206

fot. Odrestaurowane wnętrze dawnego kościoła Karmelitanek Bosych, a obecnie cerkwi św. Klimenta

IS_DSC_0210

fot. Figura Pana Jezusa pozbawiona rąk

IS_DSC_0214

fot. Kamienie sprowadzono do cerkwi prosto z Krymu

IS_DSC_0236

Fot. Różne napisy wydrapane przez Sowietów na murach cerkwi św. Klimenta

IS_DSC_0222 Chcąc wspomóc dzieło odbudowy cerkwi chociaż symbolicznie, przekazaliśmy w datku kilkadziesiąt hrywien. Ile się musieliśmy nagimnastykować, żeby ta kobieta chciała przyjąć tę niewielką kwotę… W końcu po dłuuugim przekonywaniu pieniądze trafiły wreszcie do odpowiedniej puszki.

CDN. :)

Weekend we Lwowie: ciąg dalszy

Powiązane wpisy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close