Włochy: Najbardziej magiczne miejsce w Rzymie

20.01.2014 i 21.01.2014 – DZIEŃ 3 cz. 2 i powrót

Na pytanie o moje ulubione i najbardziej magiczne dla mnie miejsce w Rzymie mogę odpowiedzieć bardzo szybko. Plac przed siedzibą Kawalerów Maltańskich na Awentynie. Ale po kolei. Wprost spod piramidy udaliśmy się na poszukiwanie jednego z najbardziej magicznych miejsc Rzymu. Przynajmniej takie były moje oczekiwania. Idąc spacerem trafiliśmy na niewielką uliczkę, która doprowadziła nas do celu. Przy okazji mogliśmy podziwiać ogromne drzewo z mnóstwem dojrzałych cytryn. Owoce były duże, żółciutkie… aż prosiły się o wyciśnięcie do herbaty ;)

IS_DSC_2753fot. Cytryny

Miejsce o którym chcę wspomnieć jest niestety coraz bardziej oblegane przez turystów, ale w styczniu, wieczorową porą pełne jest magii. Co może być niezwykłego w kolejnym placu, jakich w Rzymie jest wiele? Otóż przy placu stoi duża brama prowadząca do ogrodów otaczających Zakon Maltański. W bramie znajduje się niewielka dziurka od klucza. Każdy kto odważy się przez nią zajrzeć, ujrzy niesamowity widok na Bazylikę św. Piotra otoczoną tunelem z równo przyciętej roślinności. Wieczorową porą, gdy bazylika jest już oświetlona, widok jest urzekający. Mogłabym godzinami patrzeć przez tę dziurkę. Odpowiednią bramę bardzo łatwo odnaleźć, ponieważ kolejki turystów chcących podziwiać ten widok ustawiają się tam prawie nieustannie. W styczniu na szczęście turystów jest mniej, tak więc kilkukrotnie mogłam stanąć w ogonku żeby spojrzeć raz jeszcze. W końcu na placu zostaliśmy tylko my i wreszcie mogłam spróbować uchwycić ten widok na zdjęciu.

IS_DSC_2758fot. Brama Zakonu Kawalerów Maltańskich

IS_DSC_2773fot. Niepozorna dziurka od klucza

IS_DSC_2800afot. A to już widok przez tę dziurkę od klucza

Kompleks pałacowo-ogrodowy zakonu jest niestety niedostępny dla zwiedzających. W niewielkiej odległości od Piazza Cavalieri di Malta znajduje się kościół Santa Sabina poświęcony chrześcijańskiej męczennicy która zginęła za swoją wiarę. Uważa się, że kościół ten wybudowany został w miejscu, w którym stał niegdyś dom męczennicy. Dodam, że wewnątrz świątyni możemy znaleźć polski akcent – kaplicę poświęconą polskiemu dominikaninowi Jackowi Odrowążowi.

Oczarowani widokiem na Bazylikę św. Piotra przeszliśmy w stronę ogrodu pomarańczy. Było to kolejne miejsce, w którym widzieliśmy drzewka obwieszone owocami. Oczywiście owoce zostały tylko tam, gdzie ludzie nie byli już w stanie sięgnąć.

Jako że w bliskiej odległości od ogrodu samotny sprzedawca handlował kasztanami jadalnymi, znów skusiliśmy się na małą porcję. Posileni pysznościami przeszliśmy pod kościół Santa Maria di Cosmedin. Tym razem udało się nam wejść do środka. Czymże byłby pobyt w Rzymie bez włożenia dłoni do słynnych Ust Prawdy? Zgodnie z legendą, gdy kłamca włoży dłoń do Ust, zostanie ona ucięta. Albo Usta Prawdy straciły swoją moc, albo wszyscy w kolejce byli prawdomówni, ponieważ nikt nie odszedł od nich bez dłoni ;) Zdjęcie z tą atrakcją w teorii jest darmowe, ale bardzo mile widziany jest datek w wysokości 1 euro. Obok Ust stoi pan, który pilnuje porządku i ucisza tych, co zachowują się zbyt głośno.

IS_DSC_2829fot. Usta Prawdy

IS_DSC_2836fot. Podłoga kościoła Santa Maria d Cosmedin

Jako że musieliśmy poszukać bankomatu, spod kościoła Santa Maria di Cosmedin podjechaliśmy autobusem ponownie pod Vittoriano. Autobusy mają swoją pętlę pomiędzy pomnikiem i starożytnym teatrem Marcellusa. Według pracownika kościelnego sklepiku, właśnie tam znajdował się najbliższy bankomat. Jednak nie wytumaczył on nam gdzie dokładnie powinniśmy szukać „ściany płaczu”. Przechodząc ponownie pod Pałacem Senatorskim zatrzymałam jakąś dziewczynę z prośbą o pomoc w odnalezieniu bankomatu, ale była w stanie powiedzieć jedynie, że nie mówi po angielsku. Nikogo więcej po tej stronie ulicy nie było.

IS_DSC_2843fot. Teatr Marcellusa

Skończyło się na tym, że o bankomat pytałam karabinierów pilnujących porządku bezpośrednio pod Vittoriano. Po angielsku za bardzo chyba nie rozumieli, dlatego „cash machine” niewiele im powiedziało. Ale po słowie „money” od razu doznali olśnienia. Częściowo po angielsku, częściowo po włosku, wskazali nam drogę do oddziału jakiegoś banku przy Placu Weneckim. Przy okazji okazało się, że następnym razem najlepiej będzie pytać o włoski „bancomat” :)

IS_DSC_2852 modifiedfot. Podświetlony pomnik Vittoriano

Z kasą w portfelu udaliśmy się spacerem w kierunku naszego hotelu. Podświetlone fora cesarskie wyglądają niesamowicie, ale nie potrafię zrozumieć, dlaczego do ich podświetlenia użyto m.in. koloru niebieskiego…

IS_DSC_2880

IS_DSC_2883fot. Fora cesarskie nocą

Gdy w końcu wróciliśmy do hotelu, zrobiliśmy krótką przerwę i udaliśmy się na ostatnią włoską kolację. Wybraliśmy się do niewielkiej restauracji poleconej nam przez poznane wcześniej w Watykanie polskie małżeństwo. Ich hotel również zlokalizowany był w okolicy placu Vittorio Emanuele, dziwne że tam się po raz kolejny nie spotkaliśmy :)

O ile pamięć mnie nie myli, to restauracja ta mieściła się tuż za większą trattorią zlokalizowaną na rogu ulic Via di San Martino Ai Monti i Via Domenichino:

RzymŹródło: https://maps.google.pl/

Restauracja była naprawdę niewielka, ale za to bardzo klimatyczna. Można było poczuć się w niej jak w jakimś włoskim domu. Obsługująca nas kelnerka (a zarazem chyba właścicielka) była przesympatyczna. Jako że zbyt głodna nie byłam, zadowoliłam się jedynie przystawką i deserem. Przystawką były nadziewane serkiem ricotta kwiaty cukinii posypane tartym parmezanem (niebo w gębie!), a na deser oczywiście prawdziwe włoskie, domowe tiramisu. Małżonek zamówił po raz kolejny lasagne, która również była przepyszna. Na deser z kolei wziął sobie panacottę bez dodatków. Do tego oczywiście włoskie piwo. Po skończonym posiłku, w trakcie oczekiwania na deser, otrzymaliśmy od właścicielki po kieliszku włoskiego limoncello. Ot tak, po prostu. Zupełnie nie wiem czemu na nas padło, bo żaden inny gość nie został potraktowany aż tak wyjątkowo :) Tak więc deser zjedliśmy w towarzystwie doskonałego cytrynowego likieru na spirytusie. Kupiliśmy później jakieś limoncello w strefie bezcłowej na lotnisku Ciampino, ale niestety to nie było to. Było dobre, ale nie tak jak to zaserwowane nam w restauracji. Może podobnie jak desery robione było w warunkach domowych?

Gdy kończyliśmy już nasz deser, do właścicielki przyszła jej rodzina (podejrzewam teściów), usiedli wszyscy razem przy stoliku i zaczęli swoją biesiadę. Można było poczuć typowy włoski klimat rodzinnego spotkania. Właścicielka oczywiście mimo tego pilnowała, aby jej gościom niczego nie brakowało. Jak tylko znów trafię do Rzymu, na pewno odwiedzę tę restaurację ponownie.

IS_DSC_2901fot. Lasagne

IS_DSC_2904fot. Kwiaty cukinii nadziewane serem ricotta

IS_DSC_2916fot. Oryginalne włoskie tiramisu

IS_DSC_2917fot. Panacotta

Z pełnymi brzuchami wróciliśmy do hotelu. Trzeba było się jeszcze spakować, bo z samego rana czekała nas droga na lotnisko.

Noc minęła zdecydowanie za szybko (a może my tak późno wróciliśmy?), rano pobudka i do metra. Dojechaliśmy do stacji Anagnina i tam przesiedliśmy się na autobus kursujący z powrotem na lotnisko. I w tym miejscu mam ważną informację – autobus na lotnisko odjeżdża z zupełnie innego przystanku niż ten, na który autobus z lotniska przyjeżdża. Oznaczenie przystanków jest kiepskie, dlatego łatwo można przegapić swój autobus. Autobusy na lotnisko kursują z drugiej strony dworca. W razie problemów, warto dopytać.

Po dojechaniu na lotnisko bez problemu przeszliśmy przez wszystkie kontrole. Zrobiliśmy ostatnie zakupy (np. czarny makaron spaghetti bardziej opłaca się kupić na lotnisku niż w centrum Rzymu) i wróciliśmy do Polski. Widok z okien samolotu był mało optymistyczny. Dwie godziny wcześniej patrzyliśmy na zielony krajobraz, a w Warszawie było zupełnie biało. I na dodatek strasznie mroźno.

IS_DSC_29256fot. Z powrotem nad Polską

Trafiło nam się idealnie, bo nie musieliśmy czekać na busa na parking, tylko wyszliśmy z hali przylotów, kierowca czekał już na kilka osób. Najgorzej było wysiąść i przejść po wyślizganym parkingu do samochodu. Zanim ogrzewanie w samochodzie zaczęło być odczuwalne, byłam już niesamowicie przemarznięta. Ale daliśmy radę :)

Pobyt w Rzymie był zdecydowanie za krótki, jak tylko trafi się jakiś tani lot i będzie można wziąć kilka dni urlopu, na pewno tam wrócimy :) Zostało nam jeszcze sporo miejsc do zobaczenia.

Przepisy z podróży: Cantuccini (Biscotti di Prato)
Włochy: Koloseum w deszczu

Powiązane wpisy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close