Włochy: Neapol i samochód? Nigdy więcej!

Dzień 1 20.05.2016

WARSZAWA – NEAPOL – CERCOLA

Od czego by tu zacząć relację z wyjazdu do Neapolu? Może od przestrogi, która jest wnioskiem z własnych doświadczeń. Kampania jest zdecydowanie warta odwiedzenia, ale jeśli cenicie swoje nerwy i urlop ma być bezstresowym odpoczynkiem – nigdy, ale to przenigdy nie bierzcie tam samochodu. Tekst ten w znacznej mierze powstał od razu w trakcie wyjazdu, jednak patrząc na niego z perspektywy tych kilku tygodni, jakie upłynęły od powrotu z Neapolu, wiele w moim podejściu się nie zmieniło.

Sam lot (lecieliśmy pierwszym samolotem na nowo otwartej trasie Wizz Air pomiędzy Warszawą i Neapolem) przebiegł bezproblemowo. Podróż spędziliśmy na rozmowach z nowym znajomym. Wszystko zaczęło się od tego, że zachciało się nam nocowania w jakiejś mieścinie pod Neapolem… No dooobra… mi się zachciało, bo stwierdziłam, że przy tak ambitnym planie zwiedzania na sobotę, dobrze będzie wynająć auto i przenocować gdzieś koło Wezuwiusza coby było bliżej. W końcu następnego dnia miał być Wezuwiusz, Pompeje, Amalfi i kto wie co jeszcze. Auto miało usprawnić nasz transport. Samochodem nie było zbytnio sensu pchać się do centrum Neapolu, więc wyszukałam hotel w Cercoli. Wydawało się to najlepszym rozwiązaniem. No właśnie, wydawało… Problemy zaczęły się już po opuszczeniu lotniska i udaniu się po auto.

Najpierw jednak trzeba było wyjść z terminala i udać się na wprost na parking, z którego bezpłatnym shuttle busem dowiezieni zostaliśmy do terminala wypożyczalni samochodów. Po odstaniu kilkudziesięciu minut w kolejce do naszej wypożyczalni (Firefly – chyba pierwszy i zarazem ostatni raz korzystaliśmy z usług tej firmy…) okazało się, że wykupione w Polsce za pośrednictwem Ryanair dodatkowe ubezpieczenie, które kosztowało ok. 10 euro możemy sobie wsa… oprawić w ramkę i powiesić na ścianie. Może lepiej ująć to w ten sposób. Pracownica wypożyczalni stwierdziła, że pomimo tego ubezpieczenia musi zablokować nam na karcie… 1600 euro… Tak na wszelki wypadek jakby się miało coś z autem stać. Przez brak doświadczenia (po raz pierwszy zdecydowaliśmy się na wykupienie pełnego ubezpieczenia) nie dopatrzyliśmy, że wykupując polisę przy rezerwacji samochodu, tak naprawdę zawarliśmy umowę z polskim ubezpieczycielem. Czyli w skrócie Włochów mało to obchodziło. No nic, trudno. Nie pierwszy raz padło hasło depozyt. Ale jeszcze nigdy, przenigdy takiego depozytu sobie od nas nie życzono. Zawsze wystarczało 500 euro blokady na karcie i temat był zamknięty. Tym razem jednak albo musieliśmy wynaleźć skądś kartę z takim limitem (ciekawe skąd?!) albo zgodzić się na wykup… kolejnego ubezpieczenia!!! Jednodniowe miało kosztować „jedyne” 22 euro. Ręce mi opadły. W końcu udało się jednak dogadać, że zapłacimy 9 euro za ubezpieczenie szkła i opon, a na karcie zablokowany zostanie depozyt w wysokości tych nieszczęsnych 500 euro. Suuuuper. Normalnie interes życia – tylko 50 zł dopłacone. Kolejne. Przypominam, że auto braliśmy na jeden dzień. Ale jak się chwilę później okazało, te 9 euro należało jeszcze wzbogacić o podatek i już zrobiło się tych euro 15! Koszty wynajmu rosły nieporównywalnie w stosunku do korzyści, jaką mieliśmy czerpać z tego samochodu. A ja byłam coraz bardziej wściekła na siebie, bo to przecież był mój pomysł.

Wstępnie mieliśmy mieć malutkiego Fiata 500, ale jako że wypożyczalnie chyba nigdy nie gwarantują danego auta, to dostaliśmy niesamowicie porysowane Punto. Na schematycznym rysunku auta zaznaczone były tylko trzy obtarte miejsca, jednak faktycznie była ich cała masa. Skrupulatnie obejrzałam cały samochód przyświecając sobie latarką. Na szczęście był czarny, więc w sztucznym świetle doskonale widziałam każdą, nawet najdrobniejszą ryskę i wgniecenie. Kropek na kartce przybyło całe mnóstwo. Po obejrzeniu każdego centymetra lakieru udałam się z powrotem do wypożyczalni – musieliśmy mieć podpis pod nowo zaznaczonymi miejscami uszkodzeń. W końcu po ponad godzinie wreszcie ruszyliśmy. Cały czas zastanawiałam się, jak można doprowadzić do takich rys na lakierze, ale szybko znalazłam odpowiedzi na wszystkie pytania. Nasze auto tak naprawdę było w świetnym stanie wizualnym w porównaniu do samochodów mijanych na ulicy.

Po różnych krajach już jeździliśmy, ale moim zdaniem Włosi na południu zdecydowanie niosą palmę pierwszeństwa jeśli chodzi o totalny brak jakichkolwiek zasad na drodze. Neapol to istna drogowa dżungla! Wymuszenia, jazda złym pasem, przejeżdżanie na czerwonym, zawracanie na środku głównej drogi mimo jadących samochodów, wyjeżdżanie z podporządkowanej bez chociażby jednego zwrotu głowy w lewo czy prawo, trąbienie na wszystko i na wszystkich… Do dzisiaj nie wiem, jakie zasady panują tam na rondzie. Może prawo najodważniejszego? Długo można byłoby wymieniać te ich drogowe grzeszki. Jak zazwyczaj chętna jestem do poprowadzenia auta, tak tam stwierdziłam, że nie ma mowy, abym siadła za kierownicą. Ponoć nawet Włosi z północy obawiają się jazdy na południu! Zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem na Sri Lance nie jeździłoby się przyjemniej i bezpieczniej…

Obydwoje musieliśmy mieć oczy dookoła głowy. Tylko że miałam ograniczone możliwości pilnowania warunków na drodze, bo musiałam robić za pilota. Jako że nie wzięliśmy ze sobą nawigacji, musieliśmy polegać na słabej mapie w telefonie. Dojazd do hotelu zamiast obiecywanych przez hotel 10 min. zajął nam minut 45. Jechaliśmy dookoła… Ale wszystko przez to, że mapa pokazywała zjazdy z autostrad, których tak naprawdę nie było. W końcu zdecydowaliśmy się zjechać z tras szybkiego ruchu i spróbować dostać się na nocleg mniejszymi drogami. Do poprowadzenia lokalnymi trasami dokładniejszej mapy nie potrzebowałam. W pewnym momencie jechaliśmy tuż pod wzniesioną na ogromnych filarach autostradą. W końcu kto Włochom zabroni robić dwupoziomowe drogi.

W końcu dotarliśmy do hotelu. Jak tylko zobaczyłam warunki, w jakich przyjdzie nam nocować, od razu zapomniałam o tych pierwszych niedogodnościach. Hotel czterogwiazdkowy, z dużym i zadbanym ogrodem, parkingiem, wi-fi i śniadaniem w cenie – pełen wypas. I tańszy niż niejeden obiekt w centrum Neapolu. Było już dobrze po 23:00, ale spieszyć się nie musieliśmy. Przezornie wybrałam hotel, którego recepcja czynna jest całą dobę. Szybko się zameldowaliśmy i już po chwili byliśmy w ogromnym pokoju z ładną łazienką, w której poza standardowym zestawem kosmetyków czekały nawet jednorazowa maszynka do golenia i szczoteczka. To nic, że nas było dwoje, a przyborów po jednej sztuce. Widocznie dopadły nasz pokój jakieś cięcia budżetowe. Miejsce było bardzo przyjemne do czasu aż… w restauracji poniżej nie włączono muzyki. Saksofon na pełen regulator i goście wydzierający się wniebogłosy do piosenki „Volare”… hmmm… tylko o tym marzyłam o takiej godzinie. Dobrze, że pamiętałam o zabraniu zatyczek do uszu. Zanim jednak wpadliśmy w objęcia Morfeusza, skorzystaliśmy z wi-fi i na wszelki wypadek zainstalowaliśmy w telefonie porządniejszą mapę. W końcu czekał nas cały dzień jeżdżenia po tej pokręconej okolicy.

To był dość nerwowy dzień, ale jak się później okazało, czekały nas jeszcze ciekawsze przeboje z tym „wspaniałym” samochodem… Kto śledził profil na facebooku, już wie co takiego się wydarzyło. Kto nie śledził, musi poczekać na ciąg dalszy ;) Jednak najpierw czekały nas najbardziej niesamowite atrakcje regionu.

(Visited 3 177 times, 1 visits today)
Włochy: Powrót na Wezuwiusz
Benvenuto Napoli!

Powiązane wpisy

6 Comments

  1. Alberto

    Szkoda jechac tylko na jeden dzien do Neapolu, sa tam wspaniale muzea i katakumby, jadac z niego mozna obejrzec palac i ogrody w Casercie o ktòrych tak duzo sie ostatnio u nas mòwi. Ja jestem na poludniu urodzony, jak zyla zona to jezdzilem z nia tam po zakupy, ale zawsze jak to sie mòwi z dusza na ramieniu, bo sie po prostu balem… powròcilem do Salerno po wielu latach,(mieszkam na pòlnocy) wynajalem tam lokum, ale wlascicielka prosila mnie czy bym mògl poprosic mego znajomego o przywòz kanapy wlasnie z Neapolu, bo wiedziala, ze ma on furgonetke, oczywiscia za oplata, odmòwil, na moje pytanie dlaczego odpowiedzial, ze sie boi, podziwiam niekiedy cudzooziemcòw tam sie zapuszczajacych , o ile ktos chce zwiedzic Pompeje to nie trzeba jechac do Neapolu taka sama odleglosc jak z Neapolu jest tez z Salerno a jest to miasto duzo czysciejsze, spokojniejsze i bezpieczniejsze, ma ciekawe stare miasto, przepiekna katedre sw Mateusza w ktòrej ten ewangielista spoczywa, akwedukt rzymski i nowootwarta plaze, czysta i gratis, ale za to od tego roku lipiec 2016 wszedzie placi sie za parkowanie auta, wiec zaczelismy wypozyczac skutery.Gdyby jakis podròznik chcial informacji z pierwszej reki chetnie sluze, a Pani gratuluje ciekawego artykulu, pozdrawiam albertosponza@yahoo.it Alberto

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.plPodróżowisko.pl (Autor posta)

      Dziękuję! Oj to prawda – wbrew pozorom jeden dzień na dokładniejsze zobaczenie Neapolu to za mało. Z braku czasu katakumby musieliśmy ominąć, ale i tak cieszę się, że wreszcie udało mi się coś zobaczyć w tymi mieście. Poprzednim razem widziałam tylko port… O Casercie słyszeliśmy, ale zostawiliśmy ją sobie na następny raz, podobnie jak Salerno i Amalfi. Do tej pory nie miałam okazji zobaczyć tych miast, więc mamy pretekst do zorganizowania jeszcze jednej podróży w te okolice ;) Dziękuję za informacje, na pewno się przydadzą! Tylko przy kolejnej okazji samochodu w Neapolu brać już nie będziemy. Życie nam jeszcze miłe… Wcale się nie dziwię, że Pana znajomy odmówił wyświadczenia przysługi. Żebym wcześniej wiedziała, że jest tam taka drogowa dżungla, to nigdy nie wpadłabym na ten niezbyt mądry pomysł z wypożyczeniem auta. Przy następnej wizycie będziemy korzystać tylko z komunikacji publicznej. Również pozdrawiam!

      Odpowiedz
  2. Ulek w Podróży

    Ja myślę, że nie tylko Neapol jest dżunglą. Podróżuje albo autem albo motocyklem i już wiem, że KAŻDE miasto dla mnie to dżungla. Ponadto Albania, Turcja czy Gruzja, a nawet Maroko – tam panuje jedna zasada – im większy tym lepszy i im głośniej używasz klaksonu, to jedziesz pierwszy :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Po różnych miejscach już autem jeździliśmy, ale nie wiązało się to raczej z żadnym stresem. Rumunia, Izrael, a nawet Grecja – tam jeździło się normalnie (w przypadku Grecji dodam „w miarę” normalnie ;) ). W Neapolu jednak to był dramat. W życiu tak się nie denerwowałam siedząc w samochodzie. W Maroku czy Turcji co prawda autem nie jeździliśmy, ale wydaje mi się, że mimo wszystko było tam lepiej. I samochody nie były tak pouszkadzane jak te w Neapolu. Drugiego takiego miejsca jeszcze nie widziałam ;)

      Odpowiedz
  3. Krzy Nowacki

    Polecam darmowa nawigacje Here (android, nie wiem jak iOS). Dzialaja tez offline po sciagnieciu map

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Właśnie bodajże ta nawigacja ratowała nam później skórę ;)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close