Sycylia: Segesta – samotna świątynia w malowniczej dolinie

Główne założenie wyjazdu zrealizowane! W planie mieliśmy zobaczenie trzech największych pozostałości po starożytnych miastach i to się akurat udało. Agrygent, Selinunt i Segesta – które z nich są najbardziej imponujące? Moim zdaniem wygrywa Agrygent, podium zamyka natomiast Segesta, z której to dość mało się zachowało do naszych czasów. Czy warto ją w takim razie odwiedzić? Pewnie! Zanim jednak tam dotarliśmy, czekała mnie mała przygoda w Scopello.

Dzień 4, 23.01.2018 część 1/2

Gdy tylko wstaniemy, próbuję wyjść spod ciepłej kołdry do łazienki. Niby nic trudnego, a jednak… W domku jest tak przeraźliwie zimno, że migiem wyskakuję z łóżka, włączam farelkę i na dobre 15 min. zakopuję się pod pierzyną. Trochę tego nie rozumiem – Włosi jako ciepłolubny naród tym bardziej wiedzą przecież, że zimą jest zimno. W takim razie dlaczego nie montują czasem ogrzewania? W innych miejscach mieliśmy klimatyzację z funkcją grzewczą, tu jednak tego zbrakło. Maleńki przenośny grzejniczek zostawiony nam przez Giorgio ledwo daje radę. I to też do czasu. Skoro mamy kuchnię, możemy zjeść przyzwoite śniadanie w cywilizowanych warunkach. Włączamy elektryczny palnik kuchenki i… w domku gasną wszystkie światła. Świetnie. Odnajdujemy skrzynkę z bezpiecznikami, ale czego byśmy w niej nie zrobili, prądu dalej nie ma. No to by było na tyle jeśli o ciepło i gorącą herbatę chodzi. Trudno, pora się zbierać. Informujemy Giorgio o problemie – to nie pierwszy raz, chyba wie o co chodzi.

Gdy tylko schodzimy po schodkach nasza nowa znajoma – gęś – jak w jakimś amoku pędzi nam naprzeciw. Zatrzymuje się jednak w bezpiecznej odległości. Przyglądamy się sobie przez chwilę, aż ptaszysko traci zainteresowanie i idzie gdzieś dalej pogrzebać.

Zamykamy dom i bramę, żeby gęsi nie trzeba było szukać gdzieś po okolicy i ruszamy. Pogoda niestety tym razem postanowiła potwierdzić prognozy. Jest zimno, mokro, nisko wiszą chmury, z których na pewno będzie padać. Niezrażeni nadkładamy jednak trochę drogi w kierunku Scopello – tamtejszą starą przetwórnię tuńczyka upatrzyliśmy sobie jako pierwsze miejsce na ten dzień. Po co tam jedziemy? Napatrzyliśmy się na piękne widoki w Internecie. To jedyny powód. Mamy względnie blisko do tego miejsca, więc czemu nie zacząć dnia właśnie tam? Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w jednym z mijanych punktów widokowych – roztaczająca się z góry panorama jest nieziemska! I nawet na chwilę zza chmur wygląda słońce.

Stara tuńczykarnia w Scopello

Gdy już w końcu dojeżdżamy na miejsce, okazuje się, że nie możemy podejść do budynków, bo odgradza nas od nich szlaban z napisem „własność prywatna„. Zatrzymujemy się na chwilę, by rozejrzeć się, czy gdzieś w okolicy nie ma jakiegoś punktu, z którego lepiej byłoby widać starą tuńczykarnię, ale nic nie znajdujemy. Aż tu nagle przy szlabanie pojawia się jakiś mężczyzna. To Felipe – właściciel! Na szczęście całkiem dobrze mówi po angielsku, więc na mój zachwyt nad miejscem reaguje entuzjastycznie i pozwala mi iść ze sobą, żebym mogła bliżej przyjrzeć się zabudowaniom. Niestety zaznacza, że może iść tylko jedna osoba, więc mąż zostaje w aucie. Wymieniamy tylko porozumiewawcze spojrzenie, że jeśli za kilka minut nie wrócę, ma wkroczyć do akcji. Czy to mądre? Raczej nie, ale żadna czerwona lampka mi się nie zapala, złe przeczucia śpią gdzieś w kącie leniwie się przeciągając od czasu do czasu.

Na końcu dróżki jest furtka. Felipe otwiera ją i wpuszcza mnie na teren swej posiadłości. Kątem oka obserwuję co robi, ale wejścia na klucz za sobą nie zamyka. Ufff… Chyba naoglądałam się za dużo filmów, jednak intuicja intuicją, ale czasem lepiej ograniczyć zaufanie. Stara tuńczykarnia to poza sezonem zaciszna miejscówka. Klimatyczne zabudowania, kościół z XVI w., datowane na ten sam okres pozostałości jakiejś wieży na wysokiej skale, maleńkie „muzeum”. Sypiący się tynk i spłowiała farba tylko dodają uroku. Felipe wspomina, że w sezonie w zabytkowych wnętrzach przyjmuje gości, o cenę noclegu jednak nie zdążyłam zapytać, bo właściciel zniknął na chwilę wewnątrz domu pozwalając mi rozejrzeć się po okolicy. Poza sezonem podobno nie wpuszcza tu raczej nikogo. Opowiada mi po chwili o swoich 12 (!) kotach – jeden z nich wabiący się Kuskus właśnie postanowił przyjść się przywitać i ociera się o moje nogi. Gdy poświęcam mu swoją uwagę, zaraz znajdują się kolejni chętni na mizianie.

Felipe pyta, czy chciałabym zobaczyć kościół. W sumie to może i tak, ale jestem tu już chyba zbyt długo, mąż pewnie się martwi. Felipe co chwilę znika w domu, wygląda do mnie na moment, zaraz znów znika… Nie chcąc mu przeszkadzać (i martwić męża), postanawiam się pożegnać. Życzymy sobie miłego dnia i ja wracam do auta, a Felipe do swoich zajęć. Gdzieś w Internecie znajduję później informację, że wstęp tutaj jest płatny, ale właściciel nie chciał ode mnie ani centa.

Segesta – pozostałości starożytnego miasta

Stamtąd kierujemy się do ruin starożytnego miasta znanego jako Segesta. Gdy dojeżdżamy pod bramę terenu archeologicznego, wychodzi do nas jakaś dziewczyna i informuje, że auto możemy zostawić na parkingu leżącym około kilometr dalej. Tu nie da rady. Patrzę, a za jej plecami roztacza się wielki parking, na którym stoją dwa auta. Ale jak to? Nie i już. Ok. Jedziemy na polecony parking. Można z niego przyjść na piechotę lub skorzystać z wliczonego w cenę biletu parkingowego (5 EUR) shuttle busa. Busik czeka pod recepcją, szkoda nam czasu, więc ładujemy się na jego pokład i już po chwili jesteśmy na miejscu.

Wejście na teren wykopalisk kosztuje 6 EUR od każdej osoby, która ukończyła 25 rok życia. Obywatele Unii i państw stowarzyszonych (Islandia, Liechtenstein, Szwajcaria, Norwegia) między 18 a 25 rokiem życia płacą połowę ceny biletu. Natomiast na darmowe wejście mogą liczyć wszyscy w wieku 0-18 lat. Ponadto ruiny Segesty dostępne są dla zwiedzających za darmo w każdą pierwszą niedzielę miesiąca.

Od razu udajemy się do głównej atrakcji tego miejsca – świetnie zachowanej i odrestaurowanej Wielkiej Świątyni górującej nad okolicą. Ta powstała w V w. p.n.e.(ok. 430 r.p.n.e.) budowla jest jedną z najlepiej zachowanych doryckich świątyń na świecie. I najbardziej niezwykłych. A dlaczego? Wewnątrz nie powstało pomieszczenie służące umieszczeniu w nim posągu bóstwa. W ogóle miejsce to nie zostało dokończone – świadczą o tym braki żłobień na kolumnach oraz pozostawione w ich podstawach uchwyty transportowe. Nie było tu również dachu. Tak więc bardzo prawdopodobne, że wygląd tej świątyni zupełnie nie zmienił się przez tysiące lat! Niestety do dzisiaj nie odkryto, komu mogła zostać poświęcona.

Z góry schodzimy z powrotem w kierunku kas biletowych. Tu czeka nas druga kontrola i wdrapanie się pod kolejną atrakcję Segesty, jaką jest starożytny teatr. Tyle że droga pod górę wiedzie przez 1250 m! Całkiem sporo szczególnie dla kogoś, kto musi się streszczać, bo w planach ma jeszcze jedno niesamowite miejsce znacznie oddalone od Segesty. Poza tym nie dość, że podejście zajmie nam trochę czasu, to jeszcze się porządnie umęczymy, bo szlak wiedzie stromo w górę. Zarządcy wykopaliskami na szczęście znaleźli na to rozwiązanie. Za 1,50 EUR od osoby (w dwie strony) zostajemy zawiezieni busem na górę. I mamy go tylko dla siebie! Segestę poza nami zwiedza tylko jeszcze jedna para obcokrajowców, więc wychodzi na to, że jest tutaj więcej pracowników niż turystów. Mężczyzna sprzedający bilety, 2 osoby sprawdzające bilety w budkach, kierowca busa wożący ludzi pod teatr, dziewczyna informująca o położeniu parkingu, kierowca dowożący z parkingu i jeszcze kilka innych osób. Tak się likwiduje bezrobocie! Oczywiście potraktuj to z przymrużeniem oka.

Zostajemy wysadzeni na „przystanku” – stąd czeka nas już tylko krótki spacer pod ruiny teatru. Kierowca informuje nas, że przyjedzie za równe 30 min. Początkowo mamy zaoponować i stwierdzić, że zejdziemy, ale w chwili. gdy mam się odezwać, zaczyna kropić deszcz. Pal sześć, będziemy w umówionym miejscu za pół godz. Z góry widoki są niesamowite, ale nie chciałabym pokonywać tej trasy na piechotę pod górę. Po chwili do deszczu dołącza silny wiatr. Gdzieniegdzie przed nami widać prześwitujące przez chmury słońce, ale jak na złość nam wiatr chce głowy pourywać i zacina deszczem w twarze…

Docieramy do teatru – malowniczo położone miejsce! Oglądanie przedstawień z takim widokiem musiało dostarczać niesamowitych wrażeń. Teatr ten powstał w III w. p.n.e., ale archeolodzy dopatrzyli się też gdzieniegdzie pozostałości wcześniejszej jego wersji z X-IX w.p.n.e. Nieco wyżej obejrzeć można ruiny normańskiego zamku i całkiem niedawno odkryte pozostałości meczetu datowanego na XII w. Niby wydaje nam się, że mamy jeszcze sporo czasu, ale widzimy, że autobus już wspina się po serpentynach. Patrzymy na zegarek – rzeczywiście prawie te 30 min. już minęło. Dojechał akurat w momencie, jak doszliśmy do parkingu. I znów jechaliśmy sami. Dzięki temu kierowca zatrzymywał się w co piękniejszych miejscach i po włosku zachęcał mnie do robienia zdjęć. Niesamowity widok – wielka, pusta dolina przecięta drogą i samotna świątynia w kolorze miodu stojąca jakby na jej straży…

Gdy wysiadamy z busa, w oczy rzucają mi się jeszcze jedne ruiny i leżące przy nich kule armatnie. Tutaj jednak tylko rzucamy szybko okiem, bo zaraz podjedzie busik parkingowy. Nie mylimy się – jest punktualnie. Idealnie!

A teraz jeszcze garść historycznych faktów. O Segeście wspominałam już przy okazji poprzedniego wpisu na temat ruin w Selinuncie. Czemu? Selinunt upadł właśnie dzięki atakowi Segesty sprzymierzonej z Kartaginą. Wojny pomiędzy tymi miastami toczone były od VI w.p.n.e. aż do czasu, gdy Selinunt upadł w 409 r .p.n.e. Jednak i Segesta mimo chwilowej potęgi i ogromnego zwycięstwa nie uchroniła się przed upadkiem. Tak naprawdę skończyła tak samo, jak jej pokonany wróg… Miasto upadło po napadzie tyrana Syrakuza Agatoklesa w 307 r.p.n.e. Historia zatoczyła koło. Później miasto było jeszcze zamieszkane przez muzułmanów i następnie chrześcijan, ale ostatecznie w drugiej połowie XIII w. zostało porzucone. Dziś niezbyt wiele można tu zobaczyć, ale i tak warto tu przyjechać.

Czas drastycznie szybko ucieka, pakujemy się więc do auta i ruszamy w kierunku ostatniej atrakcji. Niesamowitej willi, w której prawie nienaruszone dotrwały do naszych czasów bajeczne mozaiki. Villa Romana del Casale według naszego przewodnika czynna jest tylko do 16:00, a nawigacja pokazuje, że na miejsce dotrzemy o 15:40. Po cichu liczę, że podobnie jak w Selinuncie, książka się myli…

Spodobał Ci się powyższy tekst? Polub go na Facebooku lub udostępnij, może komuś się przyda! A może szukasz inspiracji do zaplanowania swojego kilkudniowego wyjazdu na Sycylię? Zajrzyj koniecznie do pozostałych części relacji!

Rocznik 86. Zarażona podróżniczym bakcylem od ponad 18 lat, raczej bez szans na wyleczenie. Lubiąca ciepełko miłośniczka Azji Południowo-Wschodniej oraz paradoksalnie… Islandii. W wolnej chwili zajmuje się swoimi pozostałymi pasjami jakimi są rośliny owadożerne oraz amatorsko fotografia.

Booking.com

Powiązane teksty

4 Thoughts to “Sycylia: Segesta – samotna świątynia w malowniczej dolinie”

  1. Ciesze się, że wszystkie założenia spełnione. Wspaniała przygoda!

  2. Też nie rozumiem dlaczego w ciepłych krajach nie instalują ogrzewania, tam w zimie naprawdę jest zimno. Zazdroszczę wam podrozy po Sycylii. Ojciec Chrzestny to mój ulubiony film i od kiedy go oglądnęłam po raz pierwszy marzę by pojechać na Sycylię. Piękna jest ta wasza fotorelacja

  3. Sycylię uwielbiam, niezapomniane krajobrazy, pyszne jedzenie i pogoda :) Super że udąło Ci się zrealizowac cele :)

    1. Monika Borkowska Monika Borkowska

      Sycylii chyba nie da się nie lubić :D

Leave a Comment