Malta / Włochy: Trudne chwile w Mediolanie

13.10.2015 – dzień 7

I nadszedł dzień pożegnania z Maltą. Ostatni raz rzuciliśmy okiem na Valettę widoczną z wybrzeża Sliemy i udaliśmy się na przystanek, z którego autobusem linii X2 dojechaliśmy na lotnisko. Decydując się na tę linię, warto mieć nieco zapasu czasu – autobus sporo kluczy po wyspie.

Na lotnisku trudno się nudzić – jest mnóstwo sklepów, dostępne jest darmowe wi-fi. Jeżeli ktoś umie grać na fortepianie, może dać pokaz swoich umiejętności. Czekanie uprzyjemniało nam kilkoro pięknie grających na zmianę dzieci. W sklepach jednak trudno mówić o szaleństwie zakupowym – jest drogo – np. postarzane małe serki owcze z Gozo kosztowały 9,50 euro! Oczywiście nie mogliśmy odmówić sobie ostatniej butelki Kinnie (koszt 2,60 euro).

Malta_Mediolan dzień 7 (1)

Fot. Lotnisko na Malcie

Nasza bramka podana została na godzinę przed odlotem, który przebiegł następnie spokojnie. Przespałam całą podróż do Bergamo, bo tym razem mieliśmy wylądować właśnie w tym włoskim mieście. Po Malcie chcieliśmy zobaczyć jeszcze Expo w Mediolanie.

Malta_Mediolan dzień 7 (12)

Fot. Ostatnie spojrzenie na Valettę

Gdy samolot podchodził do lądowania, dłuuugo przebijał się przez grubą warstwę chmur. Gdy wylądowaliśmy okazało się, że pada deszcz. I było chłodno. Od razu wskoczyliśmy w swetry i kurtki. Jak się później okazało, było 14 stopni. Jeszcze kilka godzin wcześniej wygrzewaliśmy się w gorących promieniach słońca, w 27 stopniach…

Po wyjściu z samolotu udaliśmy się do informacji turystycznej – w Internecie wyczytaliśmy, że w hali przylotów znajduje się przechowalnia bagaży w cenie 3 euro za bagaż do 25kg. Okazało się, że bagaże owszem można zostawić, ale poza budynkiem lotniska. Po wyjściu z hali należy przejść przez parking i udać się do małego budynku na końcu po jego prawej stronie. Gdy tam doszliśmy, podstawił się akurat autobus Terravision, na który mieliśmy wykupione bilety do centrum Mediolanu, więc trzeba było się streszczać. Za pozostawienie bagaży musieliśmy zapłacić po 4 euro od sztuki – nieważne, czy zostawia się 25kg walizkę czy małą torebkę (zostawiliśmy plecak i mały bagaż dodatkowy w Ryanair). Cena jest zawsze ta sama. Biegiem rzuciliśmy się na autobus. A na przystanku – istny chaos! Ze względu na padający deszcz każdy chciał wsiąść jak najszybciej, ale pracownicy Terravision ruszali się w tragicznym tempie. Używali jedynie włoskiego, wszyscy inni nie wiedzieli o co chodzi. Za to wszyscy tak samo się wkurzali. Padało na głowy, było zimno a oni wpuszczali do autokaru w tempie żółwi.

Tłum coraz bardziej napierał, zaczynałam mieć dość. W końcu udało się wsiąść i nawet zająć podwójne miejsce na końcu autokaru. Do Mediolanu dojechaliśmy po jakiejś godzinie. Przystopował nas wypadek, w którym jakiś kierowca na zjeździe z autostrady uderzył w barierki. Przód skasowany, otworzyły się poduszki. Niby wypadek drogi nie torował, ale jak to zwykle bywa – wszyscy musieli sobie popatrzeć.

Autobus Terravision zatrzymuje się w dwóch miejscach – gdzieś na obrzeżach miasta i przy dworcu centralnym. Wysiedliśmy przy dworcu udając się od razu na piechotę na czerwoną linię metra M1. Po kilku stacjach wysieliśmy na Piazza del Duomo – zależało nam na zobaczeniu mediolańskiej katedry oraz Galerii Vittorio Emanuele II. A wieczorem, po przyjeździe do hotelu mieliśmy udać się na wieczorne zwiedzanie Expo. Do Duomo odstaliśmy swoje w kolejce po bilety. Kombinacji biletowych było wiele, ale po krótkiej analizie zdecydowaliśmy, że najbardziej opłaca się nam opcja zakupu biletu w cenie 11 euro. Bilet taki ważny jest 72 godz. Wejście jedynie do katedry to koszt 2 euro, wejście na tarasy na dachu – 8 euro (schodami) lub 13  euro jeżeli wybierze się windę. Daje to już przynajmniej 10 euro w wersji podstawowej. Zdecydowaliśmy się na opcję full wypas – wejście do odkrywek archeologicznych było wliczone w cenę. Na wejściu żołnierze sprawdzają bilety i bagaże. Zwiedzanie katedry możliwe jest do 20:00.

Malta_Mediolan dzień 7 (9)

Fot. Katedra Duomo w Mediolanie

Jako że deszcz nie ustawał, czym prędzej pospieszyliśmy do wnętrza katedry. To trzeci co do wielkości kościół katolicki na świecie! Świątynia robi wrażenie – mimo dość surowego wnętrza, jest po prostu piękna. Posadzki, sufit, liczne kolumny i dziesiątki, jeśli nie setki najróżniejszych rzeźb… Jakieś 15 lat temu byłam już w tej katedrze. Do dnia dzisiejszego zapamiętałam figurę przedstawiającą dość makabryczny widok – św. Bartłomieja obdartego ze skóry i nią przepasanego. Bez trudu odnalazłam tę rzeźbę. Autor tego XVI wiecznego posągu oddał z zadziwiającą dokładnością szczegóły anatomiczne człowieka.

Malta_Mediolan dzień 7 (4)

Fot. Wnętrze katedry Duomo

Malta_Mediolan dzień 7 (3)

Fot. Św. Bartłomiej obdarty ze skóry

W katedrze Duomo znajduje się jedna z najważniejszych relikwii chrześcijan – gwóźdź z krzyża Jezusa. Przez cesarza Konstantyna był on używany jako końskie wędzidło…Gwóźdź umieszczony jest w zawieszonym nad prezbiterium krucyfiksie, który raz do roku – w święto Podwyższenia Krzyża – opuszczany jest za pomocą mechanizmu obmyślonego przez Leonarda da Vinci.

W trakcie zwiedzania katedry załapaliśmy się przypadkiem na procesję odświętnie ubranych biskupów – udawali się akurat na mszę, która jednak nie była przewidziana dla oczu turystów.

Przeszliśmy następnie do krypty św. Karola, w której złożony jest zmarły w okolicach 1550r. święty.

Malta_Mediolan dzień 7 (2)

Fot. Krypta św. Karola

Po wyjściu z krypty odszukaliśmy wejście do podziemi świątyni, w których znajduje się stanowisko archeologiczne. Na wejściu do podziemi są bramki sprawdzające ważność biletów. Dopytałam, jak dostać się do tarasów – miły młody chłopak pilnujący tego miejsca odpowiedział, że należy wyjść z katedry w prawo i tam zaraz będą schody. Zaraz tam przeszliśmy.

Malta_Mediolan dzień 7 (5)

Fot. Podziemia katedry

Przed wejściem na schody prowadzące na dach po raz kolejny sprawdzane są bilety oraz bagaże. Nie wiem ile było schodów na górę, ale wejście było nieco męczące. Może dlatego, że byliśmy ciepło ubrani a wspinaczka po schodach zadziałała rozgrzewająco. Widok na górze zapierał dech w piersiach. Szczególnie na samym szczycie. Dach Duomo zrobiony został z marmurowych dachówek, po których można chodzić,. Akurat na tarasy wspięliśmy się, gdy było już ciemno więc mogliśmy wszystko podziwiać w przepięknie oświetlonej scenerii. Nawet deszcz mi nie przeszkadzał.

Malta_Mediolan dzień 7 (8)

Fot. Zdobienia dachu Duomo

Malta_Mediolan dzień 7 (7)

Fot. Na dachu katedry Duomo

Gdy wyszliśmy z katedry udaliśmy się do Galerii Vittorio Emanuele II – ogromnego pasażu handlowego wybudowanego w XIXw. i znajdującego się na tym samym placu co Duomo. Liczne kafejki, drogie sklepy, wszystko podświetlone i zwracające uwagę przechodniów… Na środku galerii znajduje się mozaika przedstawiająca herby miast zjednoczonych Włoch: Remusa i Romulusa symbolizujące Rzym, fleur-de-lys z Florencji, byka z Turynu i białą tarczę z czerwonym krzyżem z Mediolanu. Najwięcej u\wagi turyści poświęcają owemu bykowi, ponieważ legenda głosi, że ten kto okręci się trzykrotnie na pięcie (koniecznie 360 stopni) na środku byczych genitaliów, ma zagwarantowane szczęście w życiu. Obróciłam się – pełne trzy obroty – i… efekt był wprost odwrotnie proporcjonalny ;) Jakoś szczęścia już tego samego dnia za wiele nie miałam…

Galeria czynna jest przez całą dobę.

Malta_Mediolan dzień 7 (10)

Fot. Sławny byczek

Zanim przeszliśmy do metra, udaliśmy się do McDonalda (wiem, wiem – niezdrowo ale raz na jakiś czas można ;)), żeby coś na szybko przekąsić. Zamówione chickenburgery nieco różniły się od naszych – nie dodają do nich sałaty, brakuje ostrego sosu. Całość to kurczak w panierce i jakaś oliwkowa pasta. Cena? 1 euro. Po szybkiej przekąsce weszliśmy do metra (dopiero trzecim wejściem, bo dwa inne zostały zamknięte…). Bilety mieliśmy już wcześniej kupione w automacie na jedne ze stacji. Cena biletu jednorazowego na strefę miejską to 1,5 euro, bilet do Expo 2,5 w jedną stronę.

Malta_Mediolan dzień 7 (11)

Fot. Galeria Vittorio Emanuele

Żeby nie mieć problemów z zapłatą za nocleg, udaliśmy się do bankomatu na stacji. Jednak maszyna nie chciała przyjąć żadnej z posiadanych przez nas kart… Na szczęście udało się nam znaleźć drugi bankomat, który takich problemów już nie robił.

Zanim udaliśmy się do pociągu metra, wyciągnęłam potwierdzenie rezerwacji noclegu – trzeba było sprawdzić adres. Okazało się, że powinniśmy się zameldować do 17:00. Tyle że my wtedy dopiero co ruszyliśmy z lotniska w Bergamo! No nic, przegapiliśmy sprawę, zdarza się. Chociaż z tak wczesną godziną się jeszcze nigdy nie spotkaliśmy. Spróbowałam zadzwonić do obiektu w celu wyjaśnienia naszego spóźnienia, ale nikt nie mówił tam po angielsku. Pozostało spróbowanie dotarcia na miejsce i kombinowanie, co dalej. Pierwsze co wpadło mi do głowy to to, żeby dorwać jakiegoś Włocha i posłużyć się nim jako tłumaczem. Tyle że trzeba było trafić na Włocha mówiącego po angielsku. Drugą opcją było zadzwonienie na infolinię booking.com i zobaczenie, co są w stanie dla nas zrobić. Gdy wysiedliśmy na stacji metra Rho Fiera, udaliśmy się na piechotę w kierunku miejsca noclegu – apartamentu Ivan. Szliśmy i szliśmy i przejścia nie było widać. Mieliśmy do pokonania autostradę. Oddzielały nas od niej liczne parkingi pod Fiera Milano. I żadnej dróżki pod drogą. Włochów po drodze nie było, więc pierwsza opcja rozwiązania problemu komunikacyjnego odpadła. Pozostał telefon do booking.com. Po wyjaśnieniu problemu polska ekipa skontaktowała się z włoską linią i po kilku minutach oczekiwania wiedziałam już, że nic się nie da z naszą rezerwacją zrobić. Podobno w Ivanie czekali na nas AŻ do 17:00 (no naprawdę, tak długo?!) po czym próbowali się skontaktować. Tyle że przed wyjazdem na Maltę zmieniłam numer kontaktowy na stronie, a oni dzwonili pod ten stary. Dowiedziałam się, że jedyną dobrą wiadomością jest to, że nie obciążą nas za pobyt. Fajnie, tyle że zostaliśmy bez noclegu. W ruch poszedł internet na komórce. Szybko znalazłam jakiś pobliski hotel, za który liczyli sobie grubo ponad 100 euro za pokój na jedną noc… Ceny noclegów w Mediolanie do najniższych nie należą, ale w takiej okolicy i przy klasie tego obiektu to była już lekka przesada. Postanowiliśmy zajrzeć z nadzieją do mijanego po drodze 4* hotelu NH Fierra. Chociaż w tym miejscu nie miałam zbytnich nadziei. Czasem warto jednak spróbować, bo hotele wolą wyprzedać pokoje nawet za niższą cenę. Na recepcji dowiedzieliśmy się, że najtańszy pokój jaki mogą nam zaoferować kosztuje 335… euro. Pierwsza myśl? Ok… to którędy na dworzec? Może znajdziemy jakieś kartony? W tej sytuacji jakoś zorganizowalibyśmy sobie czas na mieście. Płacenie 1350zł za jedną noc nie było jakoś w naszym interesie.

W końcu udało się nam znaleźć jakąś ścieżkę prowadzącą nad wchodzącą do tunelu autostradą (akurat dosłownie przy hotelu NH Fierra) i przeszliśmy do części Mediolanu zwanej Pero – tam na booking wyszukaliśmy inny hotelik. Szybko go odnaleźliśmy licząc, że nadal mają pokoje. Ale cena była mimo wszystko wysoka. Na miejscu zostaliśmy od razu wpuszczeni tyle że… właścicielami byli Chińczycy, którzy ani słowa po angielsku nie rozumieli. Żadnych podstaw. Musiałam sobie na szybko przypomnieć podstawowe włoskie zwroty, a w zanadrzu miałam internetowego tłumacza. Jako że rezerwacja nie była robiona przez stronę, udało się nam utargować kilkanaście euro. I to mimo bariery językowej! Pokój nie wyglądał źle. Łazienka wspólna na korytarzu również. Ale w takiej cenie to w wielu innych miejscach na świecie mielibyśmy doskonałe warunki. Niestety Mediolan i Bergamo w temacie noclegów są bardzo drogie. Szczególnie drogie były w okresie Expo. No ale jak się zachciało… Najważniejsze że mieliśmy gdzie spać. Na głowy nie padało, a do przykrycia zamiast kartonu mieliśmy miękką i czystą pościel :)

Przez całą tą bieganinę bardzo chciało nam się pić, ale wszystko było już pozamykane – sklepy, bary, nawet stacja benzynowa. Cudem trafiliśmy na jakiś maleńki chiński bar, w którym za Nestea i zimne, włoskie piwo zapłaciliśmy raptem 4,60 euro.

Szkoda tylko, że bilety na wieczorne zwiedzanie Expo nam przepadły.

Mediolan dał mi w kość. Włochy to inny świat w porównaniu do Malty – na Malcie bez problemu można dogadać się po angielsku, Wszystko jest proste i w miarę jasne. A we Włoszech – dogadanie się w hotelu może stanowić problem. Takie przynajmniej było moje wrażenie po tym dniu. Wniosek na ten dzień? Zaczynam naukę włoskiego lub hiszpańskiego. Nie ma innej opcji.

Acha… jeszcze jedno – gniazdka elektryczne są we Włoszech nieco inne. Wtyczki z uziemieniem nie przejdą.

Włochy: EXPO 2015
Malta: Atrakcje Qawry

Powiązane wpisy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close