Tajlandia: Robaczywa kolacja


Dzień 2, 13.11.2016 cz. 2/2

Co to jest: skacze, pełza lub zupełnie nie rusza się czekając na przeobrażenie? Nasza kolacja pierwszego dnia w Tajlandii! Jadłam w Bangkoku robale. Nie wiem zupełnie co gorsze – czy to, że nie czułam obrzydzenia, czy to, że mi nawet smakowały :) Ale po kolei.

Po szaleńczej jeździe opustoszałym, rozklekotanym autobusem po wcale nie takich tłocznych o tej wieczornej porze ulicach, dojechaliśmy do końcowego przystanku znajdującego się w centrum Bangkoku, niedaleko pałacu królewskiego i świątyni Wat Pho, w której znajduje się słynna postać gigantycznego, leżącego Buddy. Gdy tylko wysiedliśmy, od razu natknęliśmy się na licznych bezdomnych śpiących w różnych miejscach przy jednej z głównych ulic. Mimo tego jednak czuliśmy się bezpiecznie. Dużo osób już spało, ale sporo przechadzało się też korzystając z chłodniejszej pory. Chłodniejszej – jak dla kogo.

Jako że do hostelu mieliśmy raptem 850 m, ruszyliśmy na piechotę. Nie sądziłam, że będzie to takie wyzwanie. Zmęczenie dawało w kość, plecak nieprzyjemnie wżynał się w ramiona (nagle zaczął ciążyć jak nie wiem), do tego połączenie gorąca i niesamowicie wysokiej wilgotności powietrza doskwierało do tego stopnia, że pot zalewał mi oczy. Dosłownie. Czułam się, jakbym dostała w twarz mokrą szmatą. Nie marzyłam o niczym innym jak tylko o wzięciu prysznica. Gdyby tylko po drodze trafił się jakiś tuk tuk, chyba bez wahania wrzuciłabym do niego plecak i prosiła o zawiezienie na miejsce, choćby miało to być i dwieście metrów. Niestety po drodze nic takiego nas nie mijało.

Gdy doczołgaliśmy się do naszego hostelu (Q6 at 6) położonego w odległości ok. 600m od słynnej imprezowej ulicy Khao San Road, właściciel nie zadawał zbyt wielu pytań i szybko nas zameldował. Obydwa paszporty, wyjazdowe karty, które zostały nam w dokumentach z lotniska i już. Gdy spisywał dane, rzuciłam okiem na oferty wycieczek wyłożone na ladzie. Jeszcze przed wyjazdem z Polski pomyślałam, że fajnie byłoby wybrać się na jakiś pływający targ oraz na tzw. train market, czyli targ, przez który przejeżdża pociąg. Oba te miejsce można było odwiedzić w trakcie jednej wycieczki za 350 bahtów (pół dnia za jakieś 40 zł od osoby). Zaczęliśmy się nad tym poważnie zastanawiać. Na pewno na własną rękę byłoby taniej, ale czy mieliśmy czas i ochotę wybrzydzać? Mieliśmy dzień na zastanowienie, bo w poniedziałek postanowiliśmy pozwiedzać tajską stolicę.

Zanim jednak nastał kolejny dzień, po cudownie odświeżającym prysznicu wyszliśmy w miasto. Celem była wspomnianą już słynna Khao San Road. Znaczy taki był plan. Przez pomyłkę trafiliśmy jednak na znacznie bardziej kameralną, ale co za tym idzie dużo fajniejszą uliczkę Rambuttri Alley. Przeszliśmy się kilka razy w te i z powrotem kupując co chwila jakąś przekąskę. Np. szaszłyki z pokrojonego na cienkie plastry mięsa wieprzowego, wołowego lub kurczaka w maceracie i upieczone w ciągu kilku minut na podręcznym grillu na naszych oczach. Początkowo obawiałam się trochę takiego leżącego w upale surowego mięsa, jednak po spróbowaniu pierwszego szaszłyka chciałam więcej i więcej. Taki patyczak z kilku kawałków mięsa, papryczki i kawałka ananasa kosztował raptem 10 bahtów (1,17zł).

Tajlandia 2016 dzień 2 (12)

Zaraz gdzieś obok kupiliśmy ponoć domowe kokosowe lody ze świeżym kokosem podane w kokosowej łupinie. Hitem były jednak… robaczki.

Tajlandia 2016 dzień 2 (13)

Trafiliśmy tylko na jedno „robaczywe” stoisko na całej tej ulicy – oczywiście nie mogliśmy przejść obok niego obojętnie. Przed wyjazdem zastanawialiśmy się, czy odważymy się spróbować taką dość niecodzienną przekąskę. Kiedyś punkt ten znajdował się nawet na mojej liście marzeń/ wyzwań, ale w końcu wykreśliłam go, bo sądziłam, że zabraknie mi odwagi na dobrowolne zjedzenie czegoś, co w naszej kulturze uznawane jest za tak obrzydliwie. Było to jednak jeszcze zanim spróbowaliśmy kiszonego śledzia surstromming. Na miejscu bez wahania dokonaliśmy zakupu. Jak na warunki tajskie wydaliśmy na tę atrakcję mnóstwo pieniędzy (170 bahtów, czyli mniej więcej 20 zł), ale nie mogliśmy sobie odpuścić takiej ciekawostki. Dwa rozmiary świerszczy (20 bahtów za sztukę), poczwarki jedwabnika (50 bahtów za łyżkę), małe żaby – to akurat było najmniej odpychające (20 bahtów za sztukę). Niestety przegapiliśmy białe, podłużne larwy. W sprzedaży były jeszcze duże karaluchopodobne robale za 100 bahtów sztuka oraz skorpiony (100 bahtów/szt.) i tarantule (500 bahtów/szt.), jednak nie wyglądały zachęcająco. Poza tym tych ostatnich postanowiliśmy spróbować dopiero w Kambodży, bo ponad 55 zł za jednego pajączka to było zbyt duże przegięcie. Mieliśmy nadzieję, że Khmerowie sprzedadzą je nam w Kambodży za niższą cenę i jak się później okazało, mieliśmy rację. W Siem Reap pająki i skorpiony sprzedawane były raptem za dolara.

Przyszła pora na degustację. Tyle naoglądałam się różnych filmów z jedzenia robali, że przestało mnie to w jakikolwiek sposób ruszać. Poczwarki jedwabnika przypominały nieco konsystencją frytki (w smaku podobne były do orzechów), natomiast świerszcze przyjemnie chrupały, jak chipsy. Jak nic musiałam przy następnej okazji skosztować skorpiona, w końcu to mój znak zodiaku. Na szczęście naszą degustacją nie wzbudziliśmy jakiegoś wielkiego zainteresowania, bo ulica była prawie pusta. Tylko w niektórych barach siedziało więcej osób, ale akurat sprzedawczyni smażonych owadów i innych cudów była z dala od nich. Niestety na spacer zabraliśmy tylko mały, słabszy aparat, przez co robaczki nie doczekały się odpowiedniej oprawy fotograficznej. A szkoda… Jako że dokonaliśmy zakupu, zdjęcia mogliśmy robić bezpłatnie. Jeżeli chce się tylko sfotografować „asortyment”, należy uiścić opłatę wynoszącą 10 bahtów (ok. 1,17 zł).

Na talerzyku w prawnym dolnym rogu poniższego zdjęcia widać naszą kolację. Najbardziej liczebne (i najsmaczniejsze) były poczwarki, a te ciemne, bezkształtne i rozpłaszczone dwie masy, to wspomniane wyżej żaby. Niestety były trochę przypalone i twarde.

Po takiej przekąsce zrobiliśmy jeszcze małe zakupy w pobliskim sklepie (wiecie, że alkohol sprzedają w tajskich sklepach oficjalnie tylko do 24:00?) i wróciliśmy do hostelu. Co chwila zaczepiali nas kierowcy tuk-tuków, a taksówki zwalniały na nasz widok. Powrót do hostelu zapisał się pod hasłem ciągłego odmawiania – „nie, dziękuję” był najczęściej powtarzanymi przez nas słowami. Trzeba było do tego przywyknąć.

Po powrocie okazało się, że mamy w łazience dodatkowych lokatorów… Starałam się wybić, co się dało, ale niestety towarzystwo chowało się w rurze odpływowej od prysznica. Po „robaczywej” kolacji nie powinno mnie to ruszać, ale jakoś mało komfortowo czułam się z myślą, że jak tylko usnę, coś zacznie po mnie łazić i wycierać o mnie swoje liczne odnóża w akcie zemsty za zjedzonych pobratymców. Walka niestety była nierówna, pozostało zamknięcie drzwi i nadzieja, że to wystarczy…

Bangkok nas trochę oszołomił. Miasto to kojarzyć mi się będzie ze specyficznym „zapaszkiem”, bezdomnymi śpiącymi na ulicach, wysokimi krawężnikami, ale też względnym porządkiem, wszechobecnymi portretami uwielbianego zmarłego króla, pysznym jedzeniem, uśmiechającymi się do nas na każdym kroku ludźmi i cudownymi zabytkami. No i piekielną temperaturą… Mimo późnej pory, było jakieś 30 stopni. Jeszcze chyba nigdy nie myślałam tak obsesyjnie o prysznicu – mogłabym nie wychodzić spod chłodnego strumienia wody.

Jako że klimatyzator odmówił posłuszeństwa uchyliliśmy okno licząc, że nic nas nie pogryzie. I faktycznie, okazało się że w Bangkoku prawie nie ma komarów. Prawie – następnego nocy jakiś mnie użarł… Według tajskiego czasu dochodziła 3:00 gdy wreszcie się położyliśmy. Przykryliśmy się kocami wyglądającymi jak ogromne ręczniki i odpłynęliśmy. Pierwszą, dość krótką noc w tajskiej stolicy przespałam jak dziecko.

Tajlandia: Bangkok - miasto tysiąca świątyń i... naciągaczy
Tajlandia: Już prawie... jeszcze tylko 4 strefy czasowe

Powiązane wpisy

7 Comments

  1. BrB Adventures

    W Birmie miałam okazję widzieć pieczone myszy, ichniejszy przysmak, pomimo starań nie udało nam się znaleźć stoisk gdzie sprzedawano robaki. Podziwiam Twoją odwagę i chęci do próbowania tego typu „jedzenia”.

    Odpowiedz
  2. Carola Travels The World

    Nie skusiłam się do tej pory no jakoś nie mogę..blah

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Najlepiej chyba nie myśleć o tym, co się je ;) Ale nie dałam i chyba nigdy nie dam rady tym karaluchopodbnym potworom – karaluchów nienawidzę, więc wszelkie próby spojrzenia na to robactwo wyłożone na tacy kończyły się gęsią skórką. Ale poczwarki polecam :D

      Odpowiedz
    2. Carola Travels The World

      Nie, dzięki

      Odpowiedz
  3. Magnes z podróży

    Zjedzenie robaczka jest na liście moich podróżniczych marzeń. Być może wybiorę się do Tajlandii na taką kolacyjkę ;)

    Odpowiedz
  4. Magnes z podróży

    Schrupałabym :)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Dużo biłka, więc pożywne są – idealna przegryzka zamiast chipsów! ;)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close