Podsumowanie roku 2016

Koniec roku tradycyjnie już służy najróżniejszym przemyśleniom i podsumowaniom. Dla mnie pod względem podróżniczym był to dobry rok – przy wykorzystaniu 20 dni urlopu, udało mi się spędzić w podróży 37 dni. Byłam w 6 krajach. Na pokładach 14 samolotów pokonałam wraz z mężem jakieś 40 000 km, kolejne kilometry przebyliśmy w lokalnych autobusach i pociągach, na promie i pieszo.

Dwukrotnie wypożyczaliśmy auto. Otaczało nas mnóstwo kolorów, zapachów i smaków – poza lokalną kuchnią odwiedzanych miejsc, pierwszy raz zjedliśmy świerszcze, poczwarki jedwabników, tarantule i skorpiony. Spotykaliśmy się z niesamowitą serdecznością i otwartością mieszkańców odwiedzanych miejsc, ale także z natarczywością oraz nieukrywaną chęcią zysku za wszelką cenę. Każdy wyjazd wiązał się ze spontanicznymi decyzjami i zmianami planów, o ile takie w ogóle były. Spełniłam kilka marzeń, które czekały na swoją kolej długie lata – między innymi zachwyciłam się widokiem zachodzącego słońca na Santorini, przeniosłam się do magicznego świata Angkoru… Jednym słowem – był to rok pełen najróżniejszych wrażeń.

Dla bloga również był to dobry rok – odwiedziło go ponad 34 000 użytkowników! Otrzymałam od Was wiele maili z ciepłymi słowami, spływały liczne wiadomości z prośbą o pomoc w zorganizowaniu własnej przygody życia. Dziękuję, że jesteście i mam nadzieję, że będziecie mi towarzyszyć także w przyszłym roku!

Luty

W lutym spełniło się jedno z moich dawnych marzeń – spędziliśmy na Santorini kilka pięknych, aczkolwiek nieco wietrznych dni. Na wyspie byliśmy jednymi z nielicznych turystów, więc mogliśmy nacieszyć nasze oczy cudownymi widokami bez zbędnych tłumów. A naprawdę jest tam co oglądać – białe, czarne i czerwone plaże, malownicze urwiska, kościoły z charakterystycznymi dzwonnicami i oczywiście Oia – perła santoryńskiej korony. Miasteczko, z którego tak naprawdę Santorini słynie, bo któż nie kojarzy charakterystycznego widoku oświetlonych zachodzącym słońcem domków schodzących stopniowo w stronę morza? Po zmierzchu miejsce to wygląda równie magicznie. Oia skradła moje serce…

Kwiecień

W kwietniu najpierw spontanicznie pojechaliśmy po pracy na krótką wycieczkę… w góry. Z Warszawy do Zakopanego. Od lat marzyłam o zobaczeniu obsypanych krokusami górskich polan i właśnie w tym roku udało się nam ujrzeć na własne oczy ten cudowny pejzaż. Dosłownie wszędzie dookoła nas widać było fioletowy dywan. Widok zapierający dech w piersi. Szczególnie w tygodniu, gdy poza nami w Dolinie Chochołowskiej było naprawdę mało osób. Mam nadzieję, że w 2017 również się tam wybierzemy. Tym razem jednak nie ma to tamto, musimy być tam na wschód słońca i kropka.

Następnie przedostatniego dnia kwietnia ruszyliśmy na weekend do Berlina. Już kiedyś byliśmy w tym mieście, ale w związku z tym, że był to grudzień, za wiele nie zobaczyliśmy. Było lodowato, nieprzyjemnie, marzyliśmy jedynie o zagrzaniu się w jakimś ciepłym miejscu. Tym razem postaraliśmy się nadrobić tamte braki intensywnie zwiedzając niemiecką stolicę. Patrząc na to z perspektywy czasu i ostatnich tragicznych wydarzeń, był to chyba najdogodniejszy czas na odwiedziny w tym mieście. Więcej do Berlina może już się nie wybierzemy… Byliśmy także w bajkowym Poczdamie. Wkoło rozszalała się wiosna, a my chodziliśmy, chodziliśmy, chodziliśmy… Od miejsca do miejsca. Wszystkie tamtejsze pałace wprawiły nas w zachwyt – żałowaliśmy, że mamy tylko jeden dzień na to niesamowite miasto.

Maj

W pierwszym dniu maja wróciliśmy do domu z Berlina i Poczdamu. Długo miejsca jednak nie zagrzaliśmy i już zaraz znów byliśmy w podróży, tym razem do Neapolu i jego okolic. Co prawda o mały włos wyjazd ten zakończyłby się znacznym uszczupleniem portfela, ale dzięki intuicji wszystko zakończyło się szczęśliwie. Przy okazji tego wyjazdu po raz pierwszy postawiłam nogę w kraterze wulkanu parząc nieco stopy przy parujących solfatarach. Pogoda nas rozpieszczała, więc zwiedzanie Pompejów, Herkulanum, czy wdrapywanie się na szczyt Wezuwiusza były samą przyjemnością. Do tego nie mogę pominąć mojej ulubionej włoskiej kuchni – czy potrzeba czegoś więcej do szczęścia?

Czerwiec

Pod koniec czerwca zdecydowaliśmy się po raz pierwszy na wyjazd last minute. Padło na Kretę. Jednego popołudnia zapadła decyzja o wylocie, następnego dnia rano byliśmy już w samolocie. Wyjazd zupełnie na spontanie – bez jakiegokolwiek planu. Wszelkich informacji szukaliśmy na miejscu. Ale było świetnie. Zobaczyliśmy kawał wyspy. Na Krecie cudowne widoki przeplatają się z interesującymi zabytkami z okresu minojskiego. Piękne plaże i laguny zachęcają do słodkiego lenistwa, jednak warto zachować umiar, ponieważ późniejsze komplikacje po zbyt długim wylegiwaniu się na słońcu mogą nie być zbyt przyjemne. Wiem co mówię :) No i te wszędobylskie kozy – zaglądające do aut, włażące pod samochody, skubiące wszystko co popadnie. I cykady… Wszędzie pełno jest niesamowicie głośnych cykad! Ten wyjazd utwierdził mnie w przekonaniu, że greckie wyspy to inny świat niż Grecja kontynentalna. Na Kretę trzeba będzie kiedyś wrócić i tym razem zobaczyć jej wschodnią część.

Listopad

W końcu nadszedł ten czas, gdy spakowaliśmy się w dwa niezbyt duże plecaki i wyruszyliśmy na spotkanie azjatyckiej przygody w Tajlandii i Kambodży. Ten wyjazd postanowiliśmy poświęcić na zobaczenie głównych turystycznych miejsc w obu krajach. Chcieliśmy poznać ich klimat, podejście miejscowej ludności do turystów. Na zbaczanie ze szlaków jeszcze przyjdzie kolej. Oj działo się… W Azji spędziliśmy cudowne 16 dni. Stanowczo za mało, ale wiemy już, że do Tajlandii jeszcze kiedyś wrócimy. Z Kambodżą już tak prosto nie jest, ale cieszę się, że mogłam zobaczyć Angkor oraz stolicę Khmerów wraz z jej zabytkami przypominającymi o tragicznej historii tego państwa. Szczególnie, że właśnie tam obchodziłam swoje 30-te urodziny. Tortu zbrakło, więc musiałam zadowolić się wężem, skorpionem i pająkiem ;) Jakby coś – w smaku niezłe, ale tam prawie nie ma co zjeść!

W porównaniu do roku 2015 wyjazdów było mniej, jednak nie oznacza to, że w międzyczasie narzekaliśmy na nudę. Raz bywało lepiej, raz gorzej, dlatego też mam nadzieję, że rok 2017 także będzie ciekawy i obfitujący w nowe doznania. Oczywiście te najprzyjemniejsze. Tego życzę sobie i Wam.

A jak zapowiada się 2017 rok pod względem podróżniczym? Na razie skromnie – w marcu ruszamy na Islandię, w maju być może skierujemy się ponownie na północ, ale póki co brak jeszcze konkretów. Zdradzę tylko, że być może uda się zrobić kilka kolejnych kroków w kierunku zrealizowania uaktualnionego nieco marzenia – zobaczenia Europy przed 35 urodzinami. Więcej będzie wiadome już wkrótce ;) Mam na oku jeszcze kilka kierunków, ale czas pokaże, co z tego wyjdzie.

Tymczasem: wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 2017!!!

Gala National Geographic: 7 Nowych Cudów Polski

Powiązane wpisy

6 Comments

  1. Ulek w Podróży

    Piękne podsumowanie :) Ja dziś zabieram się za swoje!

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Widziałam, że wpis już gotowy – zaraz zabieram się za czytanie! ;)

      Odpowiedz
  2. Carola Travels The World

    W naszym przypadku wielkie marzenie spełnione. Australia- było pięknie oby kolejny rok był tak samo udany, czego Wam również życzę

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Dziękuję! Oby spełniały się olejne marzenia! :D

      Odpowiedz
  3. Podróże bez ości

    Mnie robaki smakowały ;)

    Odpowiedz
    1. Podróżowisko.pl

      Mi również :D Szczególnie poczwarki jedwabnika. Szkoda, że skorpiony i pająki mają tam mało części zdatnych do jedzenia… Chitynowy pancerzyk jakoś mi jednak nie podszedł ;)

      Odpowiedz

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close